|
|
"Pippi i Sokrates" Gaarego i Sjaastada
Spotkanie na szczycie

Jacek Podsiadło
Stateczna ciotunia Filozofia wyraźnie zaczyna nam na starość bzikować. Figle, na jakie
pozwala się jej w książce o Pippi i Sokratesie, mogą się nawet chwilami wydawać
niestosowne. Ale jak nam dzięki temu odmłodniała! I jaka ludzka się stała, jaka
przystępna!
Mówi się o książce Gaarego i Sjaastada jako o książce dla młodzieży. I można się
z tym zgodzić, choć z zastrzeżeniem, że dla młodzieży już wyrośniętej, powiedzmy,
studenckiej. Ale i czytelniczy seniorzy, o ile zachowali młodość ducha i gotowość na
przygody, przeczytają ją z przyjemnością.
Zaraz, przygody? Ilekroć słyszy się o czyjejś "przygodzie z filozofią", łatwo
można nabrać podejrzeń. Wielka mi przygoda ślęczeć jeśli nie nad antycznymi, to w
każdym razie niedzisiejszymi rozważaniami typu co by było, jakby nic nie było, albo
ile jest prawdziwego osła w ośle, kiedy można było pójść w tym czasie do zoo.
Tymczasem tutaj mamy do czynienia z dziełem, które dałoby się określić jako
filozoficzna książka przygodowa. W skrócie figlozoficzna. Na pewno dobra na lato.
Pewnego razu dwaj norwescy myśliciele postanowili zapoznać ze sobą najbardziej
zwariowaną dziewczynkę i największego gieroja myślenia, jacy chodzili po ziemi. Wiele
im w tym względzie ułatwiły literackie możliwości konstruowania światów równoległych
i szkatułkowych narracji, także (postmodernistyczne?) rozluźnienie formalnych rygorów
pozwalające na fabularne tautologie i mnożenie operacji autotematycznych. Zaczyna się
od tego, że Sokrates wpada do Willi Śmiesznotki, żeby pokazać Pippi książkę
"Pippi i Sokrates". Zaraz potem okazuje się, że ich spotkanie jest tekstem,
nad którym pochylają się Agathon, gospodarz uczty uwiecznionej przez Platona, i
Theodoros, matematyk często uczestniczący w sokratejskich dysputach. Ci dwaj są zarazem
Agatonem i Teodorem, marynarzami asystującymi Pippi w jej dalekomorskich przygodach i
bohaterami wielu anegdot. "Nie jesteśmy przecież niczym związani, mam na myśli
miejsce i czas", zauważa Agaton. "Równie dobrze możemy być szwedzkimi
marynarzami i jednocześnie greckimi mędrcami! W ogóle możemy nieźle namieszać".
Jeśli dodamy do tego, że Sokrates czyta Pippi fragmenty książki Gaarego i Sjaastada
obszernie cytowane właśnie w niej, a potem dołącza do nich marynarz Fridolf z
"Pippi na morzach południowych" będący zarazem Fajdrosem z "Dialogów"
Platona, to rzeczywiście już na starcie mamy niezłe zamieszanie (przed metą jeszcze się
ono spotęguje, ale omawiając książkę przygodową nie powinno się zdradzać za
wiele). Drugoplanowe postacie z książki Lindgren decydują o roli, jaką chcą odegrać
w czytanym przez siebie tekście, w którym Pippi i Sokrates czytają tę samą książkę
o sobie, która ich stworzyła i którą i ja mam przed sobą. Występują w
"prawdziwej" książce, ale ta z kolei jest tylko rekwizytem w ich książkowym,
co nie znaczy już, że "nieprawdziwym" świecie. Wszystko to służy
doprowadzeniu do sytuacji, w której to, co wymyślone, w żadnym stopniu nie będzie upośledzone
wobec tego, co rzeczywiste. Podkreśla to Pippi zwracając uwagę Sokratesa na zalety
"tego, że się nie żyje": "Nam, wymysłom, jest o wiele lepiej niż
prawdziwym ludziom, którzy muszą zmagać się z pracą, odciskami, pidatkami kominalnymi
i śmiercią". Z tą myślą świetnie koresponduje z kolei uwaga rzucona mimochodem
w przedmowie przez Margaretę Strömstedt, przyjaciółkę i krytyka Astrid Lindgren.
"W kontaktach z twórczynią Pippi często czułam, jak wiele obie - i Pippi, i
Astrid - zaczerpnęły od siebie nawzajem. Upodobanie do wspinaczki po drzewach towarzyszyło
Astrid jeszcze długo po przekroczeniu przez nią wieku emerytalnego". Pisarz tworzy
postać, a postać odpłaca pisarzowi pięknym za nadobne. To bardzo silna więź, jak więź
krwi w rodzinie, gdzie rodzice "tworzą" i uczą życia dziecko, sami jednocześnie
"stając się" dzięki niemu i ucząc się od niego.
W tym miejscu muszę, a w każdym razie wolno mi, zrzucić na chwilę kaftan bezpieczeństwa
kogoś, kto ma tylko zrecenzować książkę. Nie jesteśmy przecież niczym związani, a
ja nie potrafię nie zrecenzować jednocześnie Pippi jako postaci. Stali Czytelnicy
"TP" zauważyli być może, że dość regularnie pisuję o Pippi w okolicach
ostatniej strony. Usprawiedliwieniem tego upodobania niech będzie jego geneza. Kiedy
Astrid Lindgren po długim i pełnym trosk oraz chodzenia po drzewach życiu zrobiła krok
w stronę bycia wymysłem, próbowałem, całkowicie nieświadomy istnienia książki
Norwegów, napisać okolicznościowy felieton i zajrzałem do jednej z książek o Pippi.
I nagle, po trzydziestu latach przerwy, jej przygody znów mnie wciągnęły, choć
inaczej. Aczkolwiek opisane są najprostszym z możliwych języków, zobaczyłem je jako
summę pozwalającą czytać się bez końca i wciąż odkrywać nowe klucze do znanych,
czasem na pamięć, zdarzeń i zdań.
To samo poczuli chyba Gaare i Sjaastad; oni akurat odsłaniają takowe klucze nawiązując
głównie do konstrukcji filozoficznych i teorii teologicznych, co zresztą mogłoby
zirytować Astrid Lindgren niechętną zbyt daleko idącym analizom swoich książeczek i
zawsze podkreślającą, że jest "zwyczajną wiejską dziewczyną z Vimmerby".
"Porównując Pippi z Chrystusem, posunęlibyśmy się być może trochę za
daleko", przyznają obaj panowie na wspomnienie propozycji poćwiczenia chodzenia po
wodzie, złożonej przez Pippi twardo stojącym na gruncie praw logiki i fizyki Tommy'emu
i Annice. Ale ośmielają się spytać, czy Tommy nie wziął swego imienia po niewiernym
Tomaszu. A może po Tomaszu z Akwinu? Czy cudowna przemiana grochów w pigułki arbuzowe
przeciw dorosłości dokonana na oczach Tommy'ego przez Pippi pozostaje w związku z
naukami świętego o transsubstancjacji? Dlaczego Tommy dokładnie powtarza pytanie
Platona o prawodawcę w ustalaniu znaczeń słów? Czy nauczycielka przypadkiem wybiera na
lekcji ten sam przykład rachunkowy, co Platon i Kant, 5+7=12? Czy mocarz Adolf, którego
pokonuje Pippi, to alter ego Hitlera? Czy spotkany przez Pippi w Szanghaju Chińczyk z
uszami tak wielkimi, "że mógł ich używać jako peleryny", jest tym samym
monstrum, które spotkał w Szanghaju Zaratustra i określił jako ludzką łodyżkę dla
potwornego uszyska? "Czy jest to wyraz nieprawdopodobnego zbiegu okoliczności,
ukrytego porządku kosmicznego, czy też uleganie czyjemuś faktycznemu wpływowi?",
pytają autorzy.
Najprzyjemniej byłoby, zdaje się, wybrać odpowiedź drugą. Staje się to łatwiejsze,
kiedy zgadzamy się uznać książki Astrid Lindgren o Pippi za dzieła natchnione.
Kosmiczny porządek ma prawo ujawniać się w takich nawet bez wiedzy pisarza. I może
tylko takich książek bohaterowie zaczynają żyć własnym, coraz mniej wymyślonym, życiem.
Pippi jest czymś więcej niż postacią czy "ikoną" kultury masowej, jest
archetypem. Można odwoływać się do mocy, jaką uosabia, nawet jeśli sama moc i jej źródła
nie zostały nazwane. Dlatego nie da się jej utrzymać w ryzach samej tylko literatury i
nie da się jej też zredukować do roli kulturalnego gadżetu, choć Strömstedt zauważa
już na wstępie wstępu, że "Zamiast niej widać mnóstwo magnetowidów, na których
jakaś narysowana figurka z otwartą buzią twierdzi, że jest Pippi Pończoszanką,
chociaż ani trochę nie przypomina oryginału. Miękkie, ckliwe lalki udają taką Pippi,
jaka nigdy nie istniała". Polski wydawca "Pippi i Sokratesa" postępuje
tak, jakby nie doczytał nawet tej pierwszej strony książki, bo na okładce umieścił
zdjęcie dziewczynki właśnie lalkowatej, ładniutkiej i niepodobnej do oryginału, ale w
świetle ogólnej glorii należnej za tę publikację można mu to odpuścić, a książkę
zawsze można obłożyć. Widać zresztą, że do ostatniej chwili wydawca walczył o
zachowanie twarzy (Pippi): na reprodukowanej obok okładce ma ona rozpuszczone włosy; to
tak, jakby Kojaka przedstawić w papilotach. Ale już na moim egzemplarzu książki za
sprawą dość chamskiego fotomontażu ma warkoczyki. Należy się spodziewać, że w następnym
wydaniu wydawca przypomni sobie, że warkoczyki te powinny sterczeć.
Tak, uważam książki Lindgren za teksty natchnione, ale nie zmierzające ku żadnej
ortodoksji, a nawet nie zawsze konsekwentne. Podejrzewam, że obejmują całość
najistotniejszych problemów człowieka, choć nie porywają się na rozwiązywanie
kwestii ostatecznych; na przykład jedynym sposobem mówienia o śmierci i zagładzie
(Pippi "urodziła się" podczas II wojny światowej) jest niedopowiedzenie. O
ile w świętych księgach można ponoć znaleźć odpowiedź na każde nurtujące człowieka
pytanie, o tyle w przygodach Pippi, dzięki rozplenionym w nich paradoksom i ironii, można
znaleźć co najmniej trzy odpowiedzi na każde z takich pytań. Daje to wyobraźni
wielkie pole do popisu, z którego także norwescy autorzy z zapałem korzystają.
Niejednokrotnie zdarza im się przy tym przegiąć palmę prawdopodobieństwa, kolejne
erupcje erudycji pozwalają im skojarzyć wszystko ze wszystkim, a to już niebezpieczne.
Kiedy Pippi odkrywa, że tajemnicze słówko "spunk" oznacza żuka gnojaka,
twierdzą: "Nie bez znaczenia jest, że właśnie wizerunek małego żuka (...) był
najbardziej rozpowszechnionym świętym amuletem wysoko rozwiniętej cywilizacji
egipskiej". Kiedy Pippi nakręca pozytywkę z popularną melodią "Ach, mój
drogi Augustynie", filozofowie nakręcają się rzekomo ukrytą w tym intencją,
traktują ją jako odsyłacz do nauk Ojca Kościoła. Kiedy Pippi przedstawia się długą
litanią wymyślnych imion, kojarzy im się to z familią Paracelsusa, czyli Philippusa
Aureolusa Theophrastusa Bombastusa von Hohenheim, rzeczywiście bombastyczną, ale że od
razu każe im to nurkować w głębie alchemii, to chyba przesada. Kiedy zjada muchomora,
zauważają, że wyprzedziła samego Huxleya w eksperymentach z poszerzaniem bram
percepcji. Byłoby to irytujące, gdyby nie szydercze komentarze wtrącane przez wątpiących
w tak daleko idące analogie klasycznych filozofów i przez samą Pippi. W ten sposób
autorzy mrużą oko i zdają się podsuwać owe różne odpowiedzi, mówić raczej
"co by było, gdyby", niż "jest tak a tak".
Możemy zatem uznać ich dzieło za otwarte, tak jak otwarta jest kwestia, co Pippi miała
na myśli, kiedy niewiele myśląc chlapała językiem produkując kalambury i złote myśli.
Książka służy mniej może nauce, a więcej inteligentnej zabawie; "to miłe
zadanie" - stwierdzają bezpretensjonalnie Gaare i Sjaastad mając na myśli swój
zamiar zrównania Pippi z Sokratesem. I może to właśnie jest największą zaletą
"Pippi i Sokratesa", że po spotkaniu tych dwojga najbardziej zwariowana
dziewczynka świata jakby nieco zmądrzała, a najbardziej klasyczny z filozofów nieco
zwariował. Nie za bardzo, ale wystarczająco, żeby pod koniec książki i podwieczorku u
Pippi wygłaszać sentencje typu "Sok w dużych filiżankach do kawy jest o wiele
lepszy niż dwa podwójne puchary z trucizną".
Za odpowiedź na taki toast niech posłuży ze strony autorów książki zdanie wyrażone
już w innym jej miejscu: "Niech Bóg chroni nas przed spotkaniem z przemądrzałymi
dziećmi, które dorosły, nie spotykając po drodze żadnej Pippi!".
|