dotb.gif

„TP”, Nr 32 (2822), 10 sierpnia 2003, http://www.tygodnik.com.pl/ksiazki/32/ksiazka03.php

Książka miesiąca: o powieści Wojciecha Kuczoka "Gnój"


Normalni, wydrążeni, źli

Piotr Śliwiński


Tutaj kraina nieżywa Kraina kaktusowa Tu hodują kamienne Obrazy
(T. S. Eliot, "Wydrążeni ludzie". Tłum. Cz. Miłosz)


"Gnój" to powieść, która boli, zachwyca chirurgiczną precyzją, z jaką ból traktuje, mimowolnie zrodzony zachwyt przekształca w niepokój. Powieść wydarta życiu i zanurzona w literaturze.

Wojciech Kuczok należy do szczupłego grona młodych pisarzy, którym udało się pokonać ograniczenia pokoleniowego stylu. Już w debiutanckich - znakomitych! - "Opowieściach słychanych" sprzed czterech lat pokazał talent na rzadko spotykaną miarę. Językowy słuch, zaleta i swoisty fetysz wielu młodszych autorów, ujawnił się na poziomie arcywrażliwości, niedostępnym dla konkurencji, nikt też nie potrafił sporządzić równie wstrząsającej mieszanki zwyczajności i grozy. Wydanie tamtej skromnej książeczki było prawdziwą sensacją, niedawna publikacja powieści "Gnój" nie jest już sensacją, lecz ważnym wydarzeniem.
Obrazki rodzinne

Zrazu wydaje się utwór Kuczoka jednym z wielu, aczkolwiek wyjątkowo starannie dopracowanym, konterfektem rodzinnej przeszłości, oczywiście - portretem domyślnym, raczej rzeczą wyobraźni niż pewności zdarzeń, jakimś intelektualnym i artystycznym projektem historii, która rozwinęła się, zanim na scenie pojawił się główny, wiarygodny, pierwszoosobowy narrator. To, co mu się przydarzyło, musiało mieć korzenie, ba, samo to, kim był, nie mogło być dziełem przypadku.

Zwykła ludzka skłonność, podparta przecież autorytetem nauk, by widzieć nasze życie w formie ciasnego splotu przyczyn i skutków, naturalna chęć pokrzepienia się dowodami na wyższość logiki i pierwszeństwo porządku przed chaosem, prowadzi do inicjalnej części utworu, będącej rekonstrukcją okoliczności poprzedzających zasadniczą akcję. Pisarzowi nie zależy jednak na obrazie pasywnym lub złożonym z przypadkowych obserwacji, on opisuje swój dom rodzinny, sadybę, gniazdo, szaniec, żeby pokazać i samemu sobie pomóc zrozumieć ten trudno uchwytny moment, od którego bastion przeciw zmienności i nieracjonalności świata zaczyna się chwiać w posadach, potem staje się okrutnym więzieniem, by w końcu widowiskowo upaść.

Nie tak miało być. "Ten dom miał dwa piętra. Ojciec starego K. wybudował go dla swojej rodziny..." - powieść rozpoczyna się aktem wzniosłym, gdyż czymś takim właśnie, patetycznym, choć pospolitym, okazuje się zbudowanie domu. W świetle antropologii kulturowej jest on bowiem "wszechświatem, który człowiek sobie buduje naśladując wzorcowe dzieło bogów - kosmogonię" (Mircea Eliade), nowym początkiem, ustaleniem centrum świata, wyrazem sakralnej wrażliwości. Stawiając dom, właściwie kamienicę, składającą się z paru mieszkań, ale nie na sprzedaż lub wynajem, tylko dla własnych potrzeb, chciał ojciec starego K. stworzyć przestrzeń życiowego rozwoju dla swoich dzieci, a także nadać ich wspólnej egzystencji wyrazistą społeczną rangę. Zabezpieczyć się i wybić, dać silny impuls do powstania klanu, odznaczyć się na tle pospólstwa, mieć służbę ("koniecznie, koniecznie") - takie oczywiste cele przyświecały ojcu starego K. i jego żonie, reżyserom wielkiej konsolidacji.

"Ale nie przewidzieli nadejścia wojny", która skomplikowała przejrzysty plan. Trzeba było sprzedać parter, z jednych ambicji ustąpić, resztę odłożyć na wieczne później. Opowieść o rodzinie K. upodabnia się w pierwszej części do wielu znanych dokumentów osobistych z ostatniego stulecia. Po jednej stronie familia, jak rozłożyste drzewo, po drugiej historia jak niszczycielski wiatr. Z reguły przekazy tego typu relacjonują choćby na poły zwycięską walkę drzewa z wichrem, Kuczok nie.

Wprawdzie ojciec starego K. przeżył, co nie było dane licznym jego krewnym, a także przetrwał dom, to w środku jednego i drugiego, człowieka i budynku, zagnieździła się pustka, pojawiło się uczucie rozpadu, dało o sobie znać wydrążenie: "(...) do końca życia nie przestał śnić o ruinach wszystkiego, co w życiu zbudował, i choć śniły mu się wyłącznie budynki, z czasem pojął, że zgliszcza, o których śni, chodzą na jego nogach, jedzą jego posiłki, sypiają w jego łóżku, z czasem pojął, że to on jest ruiną...".

Zatem choć w zakończeniu pierwszej części ("Gnój" jest tryptykiem) pojawia się kategoryczne stwierdzenie, iż w bezpośredniej rodzinnej przeszłości nie ma żadnych "śladów", żadnych "tradycji", gdyż "było inaczej", to podkreślić należy, iż przeszłość tę coraz głębiej przenikała wspomniana pustka. Skojarzenie czysto formalnego ideału porządku z wewnętrzną pustką prędzej czy później zrodzić musiało gwałt. Nie było tradycji bicia, pewnie - bicie to efekt nieprzydatności i zwyrodnienia tradycji.


Sceny z pejczem

Wywołują zgrozę: "Pejcz nie był zbyt długi, miał około czterdziestu centymetrów długości, był za to gruby, krępy - gumowy nahaj, twardy i wypełniony w środku. Nie żadna rurka z gumy...". Cierpienie spowodowane użyciem tego - "wypełnionego w środku" - wychowawczego narzędzia zapadło na zawsze w pamięć. Składa się ono z ognia wędrującego po wszystkich członkach, palącego ciało, ale jest w nim również coś innego - ciche, nienazwane doświadczenie grzechu. Poniewierane dziecko życzy ojcu - jego to bowiem ręka dzierży pejcz - śmierci, w krótkiej i niezbyt krwawej (jedna ofiara, właśnie stary K.) wojnie. Wojna jest okresem legalnego zabijania, niejednokrotnie okazją do wymierzenia sprawiedliwości za sprawy, których nie piętnują kodeksy; uchyla tez problem winy.

Wyobraźmy sobie dziecko systematycznie katowane, w imię jakichś rzekomo koniecznych zasad postępowania, do tego obciążone grzesznym, rozpaczliwie wypychanym pragnieniem zgładzenia swego rodziciela... Ślady na ciele, rany w duszy. Głośna skarga, stłumiony bunt, bezradność - czy może istnieć sytuacja bardziej przejmująca, egzystencja bardziej ponura? Dziecko zbite przez dorosłego jest wyjątkowo uniwersalną alegorią krzywdy.

Co gorsza, stary K. nie bije tylko z powodu swych sadystycznych skłonności. Bije również dlatego, że mu wolno, jest wszak ojcem, właścicielem swego syna. Bije, bo wierzy, że tylko za pomocą metod radykalnych zdoła ukształtować swoje dziecko na niepodobieństwo współczesnego świata. Po ojcu pozostała mu chęć wyróżnienia się z tłumu, szanuje formę jako wartość samą w sobie, imponuje mu nieskazitelność (np. syna leczy - dręczy - muzyką Haydna), ma wyraźne skłonności utopijne, do ustanawiania abstrakcyjnych porządków. Poza tym nudzi się i z nudów, bawiąc się w strażnika dobrych obyczajów i zasad "grzeczności", bije. Wreszcie bije, bo kocha.

Kuczok wchodzi z alians z krytykami patriarchalnej rodziny, Izabelą Filipiak ("Absolutna amnezja") czy Kingą Dunin ("Tabu", "Obciach"), by poprzestać na znanych współczesnych przykładach. Podstawą tego modelu jest aprobowana - w imię tradycji - bezmyślność wobec gotowych, niezmiennych wzorców, a także mściwa dbałość o to, by następcom nie było lżej, luźniej. Dyscyplinuje się ich zarówno siłą, jak i słowem. Stary K. ma na podorędziu spory arsenał przysłów, złotych myśli, gnomów, wskazówek, którymi terroryzuje chłopca. Każdy z elementów tej parcianej retoryki służyć ma unicestwieniu w zarodku erozji nienaruszalnych prawd, w istocie służąc zdławieniu partnerstwa i dyskusji, czyli utrwaleniu własnej zwierzchności.

Ale jest coś jeszcze, co Kuczok zdaje się zauważać ze zdziwieniem. W stosunkach rodzinnych prócz pustki i gwałtu występuje przywiązanie, wzajemna zachłanność, pożądanie siebie, miłość. Staremu K. zdarza się okazywać wyrozumiałość, a nawet - zwłaszcza w chorobie - rozczulenie. Jeszcze częściej bywa zaborczy, złakniony syna: "Nikt nigdy nie domagał się mojej obecności tak kategorycznie jak stary K. Jeśli miałbym to pragnienie brać za oznakę miłości ojcowskiej, jak radziła matka, byłbym nie mniej znękany, za to samoocena rosłaby mi jak na drożdżach...". Żąda więc obecności syna, także żony, jak właściciel nie umiejący pogodzić się z utratą czy też jakimś stopniem autonomii należącego doń przedmiotu.

Jeśli to miłość, to niedobra, totalitarna, dążąca do zawładnięcia obiektem i podporządkowania go sobie. Z tym, że to niedobre uczucie jednak ma to i owo wspólnego z dobrym, bo nie jest przecież tak, że dobrą miłością nazwiemy tę jedynie, którą uważa się za agape, dar Ducha Świętego - jest nią i ta, która ciągnie za sobą cień władzy i ugina się pod ciężarem odpowiedzialności za przywłaszczone cudze życie. Nie da się w stu procentach wykluczyć, że stary K. jest taki nie tylko dlatego, że ulega swej podłej naturze, ale i dlatego, że pragnąc dobra, nie potrafi zrozumieć, na czym ono polega.

Zatem jest tak, jak twierdzą krytycy patriarchalnych zwyczajów - w normalności tkwią zarodki i usprawiedliwienia gwałtu. Stary K., o którym mówimy, że nie jest do końca przeżarty przez zło, byłby tej reguły opaczności doskonałym przykładem. Zionie normalnością. W czasach powszechnej awaryjności międzyludzkich form traktuje normalność niczym religię, z najwyższą czcią, rytualnie, na każdym kroku podkreślając jej przymioty. Jest dla niego celem snobistycznych wysiłków, pouczenia adresowane przezeń do syna stanowią esencję trywialności i banału, kłującą w oczy nawet tak niewrażliwe, jak jego.

O co mu chodzi? Usiłuje zasłonić pustkę parawanem, na którym wypisane byłyby - jak zaklęcia - wszelkie drobnomieszczańskie sentencje. Ale zaklęcia nie działają, pustka nie staje się mniej groźna, przeciwnie, gęstnieje, aż wreszcie dochodzi do implozji - zapadnięcia się starego domu, punktowego końca świata: "Załomotało. Zapadło. W siebie się wessało. W ziemię wklęsło". W błoto, wodę i gnój. Osunęło się podłoże, nie wytrzymały stare fundamenty, na Śląsku rzecz normalna: "...tak właśnie kończy się świat / Nie hukiem ale skomleniem".


Ocalenie w prozie?

Przejścia rodzinne są tu przejściem przez piekło, to prawda, lecz nie oznacza to, że Kuczok stworzył utwór publicystyczny, który bez oporu da się użytkować w dyskusjach o trucicielskich atrybutach rodziny. Jest na to zbyt osobisty ("wszędzie tam, dokąd dotarłem, ciągnąłem za sobą cień tego domu"), choć oczywiście nie należy się zbytnio spieszyć z utożsamianiem narratora z autorem, jak i zbyt literacki. Piszący nie tylko cierpi, przeszukując pamięć, ale i bawi się pisaniem.

Dużo jest w powieści kapitalnych, naznaczonych kpiną portretów, pełno głęboko ironicznych uogólnień na temat ludzkiego losu, są nader inteligentne wiwisekcje stylistycznego charakteru rozmaitych etosów - rodzicielskiego, małżeńskiego, sąsiedzkiego, zawodowego, a także różne miary dystansu do samego siebie. W końcu ten dom nie dający się zapomnieć, przeboleć, jest odbiciem - okropnie przewrotnym - bezdomności, na jaką choruje większość współczesnej literatury. Stąd coda nasuwająca na myśl Konwickiego, Zagajewskiego i innych wielkich wygnańców, którzy nie potrafią przestać troskać się o to, co stracili. Stąd i skojarzenie z "Wydrążonymi ludźmi", którzy - jak u Kuczoka - nie mają czego stracić, gdyż żyją w pustce.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl