|
|
Książka miesiąca: o powieści Wojciecha Kuczoka "Gnój"
Normalni, wydrążeni, źli

Piotr Śliwiński
Tutaj kraina nieżywa Kraina kaktusowa Tu hodują kamienne Obrazy
(T. S. Eliot, "Wydrążeni ludzie". Tłum. Cz. Miłosz)
"Gnój" to powieść, która boli, zachwyca chirurgiczną precyzją, z jaką ból
traktuje, mimowolnie zrodzony zachwyt przekształca w niepokój. Powieść wydarta życiu
i zanurzona w literaturze.
Wojciech Kuczok należy do szczupłego grona młodych pisarzy, którym udało się pokonać
ograniczenia pokoleniowego stylu. Już w debiutanckich - znakomitych! - "Opowieściach
słychanych" sprzed czterech lat pokazał talent na rzadko spotykaną miarę. Językowy
słuch, zaleta i swoisty fetysz wielu młodszych autorów, ujawnił się na poziomie
arcywrażliwości, niedostępnym dla konkurencji, nikt też nie potrafił sporządzić równie
wstrząsającej mieszanki zwyczajności i grozy. Wydanie tamtej skromnej książeczki było
prawdziwą sensacją, niedawna publikacja powieści "Gnój" nie jest już
sensacją, lecz ważnym wydarzeniem.
Obrazki rodzinne
Zrazu wydaje się utwór Kuczoka jednym z wielu, aczkolwiek wyjątkowo starannie
dopracowanym, konterfektem rodzinnej przeszłości, oczywiście - portretem domyślnym,
raczej rzeczą wyobraźni niż pewności zdarzeń, jakimś intelektualnym i artystycznym
projektem historii, która rozwinęła się, zanim na scenie pojawił się główny,
wiarygodny, pierwszoosobowy narrator. To, co mu się przydarzyło, musiało mieć
korzenie, ba, samo to, kim był, nie mogło być dziełem przypadku.
Zwykła ludzka skłonność, podparta przecież autorytetem nauk, by widzieć nasze życie
w formie ciasnego splotu przyczyn i skutków, naturalna chęć pokrzepienia się dowodami
na wyższość logiki i pierwszeństwo porządku przed chaosem, prowadzi do inicjalnej części
utworu, będącej rekonstrukcją okoliczności poprzedzających zasadniczą akcję.
Pisarzowi nie zależy jednak na obrazie pasywnym lub złożonym z przypadkowych
obserwacji, on opisuje swój dom rodzinny, sadybę, gniazdo, szaniec, żeby pokazać i
samemu sobie pomóc zrozumieć ten trudno uchwytny moment, od którego bastion przeciw
zmienności i nieracjonalności świata zaczyna się chwiać w posadach, potem staje się
okrutnym więzieniem, by w końcu widowiskowo upaść.
Nie tak miało być. "Ten dom miał dwa piętra. Ojciec starego K. wybudował go dla
swojej rodziny..." - powieść rozpoczyna się aktem wzniosłym, gdyż czymś takim właśnie,
patetycznym, choć pospolitym, okazuje się zbudowanie domu. W świetle antropologii
kulturowej jest on bowiem "wszechświatem, który człowiek sobie buduje naśladując
wzorcowe dzieło bogów - kosmogonię" (Mircea Eliade), nowym początkiem, ustaleniem
centrum świata, wyrazem sakralnej wrażliwości. Stawiając dom, właściwie kamienicę,
składającą się z paru mieszkań, ale nie na sprzedaż lub wynajem, tylko dla własnych
potrzeb, chciał ojciec starego K. stworzyć przestrzeń życiowego rozwoju dla swoich
dzieci, a także nadać ich wspólnej egzystencji wyrazistą społeczną rangę.
Zabezpieczyć się i wybić, dać silny impuls do powstania klanu, odznaczyć się na tle
pospólstwa, mieć służbę ("koniecznie, koniecznie") - takie oczywiste cele
przyświecały ojcu starego K. i jego żonie, reżyserom wielkiej konsolidacji.
"Ale nie przewidzieli nadejścia wojny", która skomplikowała przejrzysty plan.
Trzeba było sprzedać parter, z jednych ambicji ustąpić, resztę odłożyć na wieczne
później. Opowieść o rodzinie K. upodabnia się w pierwszej części do wielu znanych
dokumentów osobistych z ostatniego stulecia. Po jednej stronie familia, jak rozłożyste
drzewo, po drugiej historia jak niszczycielski wiatr. Z reguły przekazy tego typu
relacjonują choćby na poły zwycięską walkę drzewa z wichrem, Kuczok nie.
Wprawdzie ojciec starego K. przeżył, co nie było dane licznym jego krewnym, a także
przetrwał dom, to w środku jednego i drugiego, człowieka i budynku, zagnieździła się
pustka, pojawiło się uczucie rozpadu, dało o sobie znać wydrążenie: "(...) do
końca życia nie przestał śnić o ruinach wszystkiego, co w życiu zbudował, i choć
śniły mu się wyłącznie budynki, z czasem pojął, że zgliszcza, o których śni,
chodzą na jego nogach, jedzą jego posiłki, sypiają w jego łóżku, z czasem pojął,
że to on jest ruiną...".
Zatem choć w zakończeniu pierwszej części ("Gnój" jest tryptykiem) pojawia
się kategoryczne stwierdzenie, iż w bezpośredniej rodzinnej przeszłości nie ma żadnych
"śladów", żadnych "tradycji", gdyż "było inaczej", to
podkreślić należy, iż przeszłość tę coraz głębiej przenikała wspomniana pustka.
Skojarzenie czysto formalnego ideału porządku z wewnętrzną pustką prędzej czy później
zrodzić musiało gwałt. Nie było tradycji bicia, pewnie - bicie to efekt nieprzydatności
i zwyrodnienia tradycji.
Sceny z pejczem
Wywołują zgrozę: "Pejcz nie był zbyt długi, miał około czterdziestu centymetrów
długości, był za to gruby, krępy - gumowy nahaj, twardy i wypełniony w środku. Nie
żadna rurka z gumy...". Cierpienie spowodowane użyciem tego - "wypełnionego w
środku" - wychowawczego narzędzia zapadło na zawsze w pamięć. Składa się ono z
ognia wędrującego po wszystkich członkach, palącego ciało, ale jest w nim również
coś innego - ciche, nienazwane doświadczenie grzechu. Poniewierane dziecko życzy ojcu -
jego to bowiem ręka dzierży pejcz - śmierci, w krótkiej i niezbyt krwawej (jedna
ofiara, właśnie stary K.) wojnie. Wojna jest okresem legalnego zabijania,
niejednokrotnie okazją do wymierzenia sprawiedliwości za sprawy, których nie piętnują
kodeksy; uchyla tez problem winy.
Wyobraźmy sobie dziecko systematycznie katowane, w imię jakichś rzekomo koniecznych
zasad postępowania, do tego obciążone grzesznym, rozpaczliwie wypychanym pragnieniem zgładzenia
swego rodziciela... Ślady na ciele, rany w duszy. Głośna skarga, stłumiony bunt,
bezradność - czy może istnieć sytuacja bardziej przejmująca, egzystencja bardziej
ponura? Dziecko zbite przez dorosłego jest wyjątkowo uniwersalną alegorią krzywdy.
Co gorsza, stary K. nie bije tylko z powodu swych sadystycznych skłonności. Bije również
dlatego, że mu wolno, jest wszak ojcem, właścicielem swego syna. Bije, bo wierzy, że
tylko za pomocą metod radykalnych zdoła ukształtować swoje dziecko na niepodobieństwo
współczesnego świata. Po ojcu pozostała mu chęć wyróżnienia się z tłumu, szanuje
formę jako wartość samą w sobie, imponuje mu nieskazitelność (np. syna leczy - dręczy
- muzyką Haydna), ma wyraźne skłonności utopijne, do ustanawiania abstrakcyjnych porządków.
Poza tym nudzi się i z nudów, bawiąc się w strażnika dobrych obyczajów i zasad
"grzeczności", bije. Wreszcie bije, bo kocha.
Kuczok wchodzi z alians z krytykami patriarchalnej rodziny, Izabelą Filipiak
("Absolutna amnezja") czy Kingą Dunin ("Tabu", "Obciach"),
by poprzestać na znanych współczesnych przykładach. Podstawą tego modelu jest
aprobowana - w imię tradycji - bezmyślność wobec gotowych, niezmiennych wzorców, a
także mściwa dbałość o to, by następcom nie było lżej, luźniej. Dyscyplinuje się
ich zarówno siłą, jak i słowem. Stary K. ma na podorędziu spory arsenał przysłów,
złotych myśli, gnomów, wskazówek, którymi terroryzuje chłopca. Każdy z elementów
tej parcianej retoryki służyć ma unicestwieniu w zarodku erozji nienaruszalnych prawd,
w istocie służąc zdławieniu partnerstwa i dyskusji, czyli utrwaleniu własnej
zwierzchności.
Ale jest coś jeszcze, co Kuczok zdaje się zauważać ze zdziwieniem. W stosunkach
rodzinnych prócz pustki i gwałtu występuje przywiązanie, wzajemna zachłanność, pożądanie
siebie, miłość. Staremu K. zdarza się okazywać wyrozumiałość, a nawet - zwłaszcza
w chorobie - rozczulenie. Jeszcze częściej bywa zaborczy, złakniony syna: "Nikt
nigdy nie domagał się mojej obecności tak kategorycznie jak stary K. Jeśli miałbym to
pragnienie brać za oznakę miłości ojcowskiej, jak radziła matka, byłbym nie mniej znękany,
za to samoocena rosłaby mi jak na drożdżach...". Żąda więc obecności syna, także
żony, jak właściciel nie umiejący pogodzić się z utratą czy też jakimś stopniem
autonomii należącego doń przedmiotu.
Jeśli to miłość, to niedobra, totalitarna, dążąca do zawładnięcia obiektem i
podporządkowania go sobie. Z tym, że to niedobre uczucie jednak ma to i owo wspólnego z
dobrym, bo nie jest przecież tak, że dobrą miłością nazwiemy tę jedynie, którą
uważa się za agape, dar Ducha Świętego - jest nią i ta, która ciągnie za sobą cień
władzy i ugina się pod ciężarem odpowiedzialności za przywłaszczone cudze życie.
Nie da się w stu procentach wykluczyć, że stary K. jest taki nie tylko dlatego, że
ulega swej podłej naturze, ale i dlatego, że pragnąc dobra, nie potrafi zrozumieć, na
czym ono polega.
Zatem jest tak, jak twierdzą krytycy patriarchalnych zwyczajów - w normalności tkwią
zarodki i usprawiedliwienia gwałtu. Stary K., o którym mówimy, że nie jest do końca
przeżarty przez zło, byłby tej reguły opaczności doskonałym przykładem. Zionie
normalnością. W czasach powszechnej awaryjności międzyludzkich form traktuje normalność
niczym religię, z najwyższą czcią, rytualnie, na każdym kroku podkreślając jej
przymioty. Jest dla niego celem snobistycznych wysiłków, pouczenia adresowane przezeń
do syna stanowią esencję trywialności i banału, kłującą w oczy nawet tak niewrażliwe,
jak jego.
O co mu chodzi? Usiłuje zasłonić pustkę parawanem, na którym wypisane byłyby - jak
zaklęcia - wszelkie drobnomieszczańskie sentencje. Ale zaklęcia nie działają, pustka
nie staje się mniej groźna, przeciwnie, gęstnieje, aż wreszcie dochodzi do implozji -
zapadnięcia się starego domu, punktowego końca świata: "Załomotało. Zapadło. W
siebie się wessało. W ziemię wklęsło". W błoto, wodę i gnój. Osunęło się
podłoże, nie wytrzymały stare fundamenty, na Śląsku rzecz normalna: "...tak właśnie
kończy się świat / Nie hukiem ale skomleniem".
Ocalenie w prozie?
Przejścia rodzinne są tu przejściem przez piekło, to prawda, lecz nie oznacza to, że
Kuczok stworzył utwór publicystyczny, który bez oporu da się użytkować w dyskusjach
o trucicielskich atrybutach rodziny. Jest na to zbyt osobisty ("wszędzie tam, dokąd
dotarłem, ciągnąłem za sobą cień tego domu"), choć oczywiście nie należy się
zbytnio spieszyć z utożsamianiem narratora z autorem, jak i zbyt literacki. Piszący nie
tylko cierpi, przeszukując pamięć, ale i bawi się pisaniem.
Dużo jest w powieści kapitalnych, naznaczonych kpiną portretów, pełno głęboko
ironicznych uogólnień na temat ludzkiego losu, są nader inteligentne wiwisekcje
stylistycznego charakteru rozmaitych etosów - rodzicielskiego, małżeńskiego, sąsiedzkiego,
zawodowego, a także różne miary dystansu do samego siebie. W końcu ten dom nie dający
się zapomnieć, przeboleć, jest odbiciem - okropnie przewrotnym - bezdomności, na jaką
choruje większość współczesnej literatury. Stąd coda nasuwająca na myśl
Konwickiego, Zagajewskiego i innych wielkich wygnańców, którzy nie potrafią przestać
troskać się o to, co stracili. Stąd i skojarzenie z "Wydrążonymi ludźmi",
którzy - jak u Kuczoka - nie mają czego stracić, gdyż żyją w pustce.
|