|
|
O "Malowaniu na Targowej" Tadeusza Sobolewskiego
Nostalgie i pretensje

Marta Cuber
Stan zagrożenia powieści trwa. Towarzyszy mu przekonanie o jej wyeksploatowaniu i śmierci.
Mimo to wielu ufa, że potrafi ona powiedzieć jeszcze coś ważnego. Tak właśnie jest z
Tadeuszem Sobolewskim i jego prozą "Malowanie na Targowej".
Podczas gdy literaturoznawcy biją na alarm, tuż obok, na polskich biurkach piętrzą się
wspomnieniowe narracje podtrzymujące życie gatunku. Niedawno wydana książka Joanny
Olczak-Ronikier "W ogrodzie pamięci", wspomnienia Karoliny Lanckorońskiej,
"Finis Silesiae" Henryka Wańka - by wskazać najczęściej omawiane tytuły. Świadczy
to wszystko o jednym: że powieść jeszcze nie zginęła! Odwrotnie, żyje i ma się nieźle,
więc malkontenctwem krytyki literackiej nie należy się przejmować.
Co prawda książka Sobolewskiego nie jest powieścią w dosłownym znaczeniu (nie jest też
tylko wspomnieniem), niemniej spełnia kilka warunków, które ten gatunek określają. Na
przykład: jest powrotem do przeszłości. Pisarz posługuje się w niej wyjątkowo
efektowną figurą retoryczną, którą filologia nazywa mądrze metastazą. Wraca do
dzieciństwa i młodości swoich babek, dziadków, ciotek, rodziców i własnej tak, jakby
odwiedzał chwilę temu pożegnanych przyjaciół. Aktualizuje i uobecnia przeszłość w
teraźniejszości. Nieuchronnie wpada w odmęty prywatnej mitologii, tyle że prostej,
malowniczej i bardzo przekonującej. Oczywiście, wolno ją kwestionować i pytać: jakże
tak można?! Przecież z dzieciństwa pamięta się niewiele! Otóż nie. Pamięta się i
to bardzo wiele. Jedni porównują sposób jego przechowywania w nieświadomości z
szufladą, którą starczy lekko wysunąć, by ukazała stare bibeloty. Dla mnie to raczej
zdrapywanie kartki, jaką jest życie. Starczy właściwie podrapać i zrobić miejsce na
historię, a wyświetli się sama.
W tym "wyświetlaniu" pomaga narratorowi "Malowania..." mama. "Ze
sterty domowych wspomnień, anegdot, pamiątek wyłania się historia. Znam ją od małego
z opowiadań mojej mamy". Gdyby nie ona, opowiadający (w tej roli autor prozy,
Tadeusz Sobolewski) nie dotarłby do recenzji z występów Buni, siostry dziadka, do jej
zeszytu z deklamacjami i ingerencjami cenzora, do wspomnienia o spotkaniu krewnej z
Sienkiewiczem. Z kolei pomoc mamy zdałaby się na niewiele bez roboty archiwariusza,
jakiej podjął się Sobolewski. Tu istotną rolę odgrywają zachowane pamiątki. Po tej
samej Buni, aktorce-amatorce: "lichtarzyk porcelanowy, szkiełko powiększające do
czytania z książeczki do nabożeństwa i sterty papierów, recenzje, cytaty, podziękowania,
bilet miesięczny z 1919 roku...", itd. Wszystko to odciśnięte na narracji, która
przypomina sklejkę z różnych czasów, głosów, anegdot i opowieści.
Na książkę Sobolewskiego składają się pisane w różnym czasie opowiadania-rozdziały.
Tworzą całość; można je z powodzeniem nazywać powieścią. Jedno jest w nich pewne:
nie zostały uładzone. Sobolewski darzy przeszłość swojej rodziny i jej teraźniejszość
zawsze tym samym: nostalgią i pretensją. Naraża się więc tym wszystkim, którzy ją
przechowali, zwłaszcza matce, która pomawia syna o "patroszenie":
"Dlaczego mój syn - przeczytałem później w jej Powierniku - zawsze wyszukuje, co
mógłby we mnie zganić? Skąd w nim to lubowanie się w patroszeniu? W przeciwieństwie
do mnie, on zawsze lubił się przyglądać patroszeniu kury. (...) wciąż tylko Kaczy Dół
i krytyka".
Jeśli więc autora wiatr nostalgii prowadzi z powrotem w historię, to przez wszystkie opłotki,
przez każdą rodzinną niewygodę. Nie ma w książce cienia, który zakrywałby to, co
brzydkie. Brzydkie jest tu w dwójnasób uwidocznione. Na przykład w jednym z tarnowskich
zaułków narrator znajduje szkalujący napis na murze. Nie wytrze go, zostawi. Gdzie
indziej powie o domu rodzinnym w Międzylesiu, zniszczonym w czasie Powstania, że nie
zachował zapachu drożdżowego ciasta, a "okazał się ruderą, wstrętnym slumsem,
gdzie trzcina wystawała z źle otynkowanych ścian". Niestety, taka jest siła
rozczarowania, której ulega każdy z nas.
Podlega się też innej sile: podróżowania. Bohater tej prozy, jako zapalony szperacz i
zbieracz rodzinnych pamiątek, lubi antyki. Nie omieszka odwiedzić przydrożnego sklepu
ze starociami, wszędzie węszy dawność. Dzięki temu zresztą Sobolewski powtarza znaną
lekcję: że historia, zwłaszcza prywatna, mieszka w szczegółach i szpargałach, wśród
moli i kurzu. A wydobyć ją może tylko odporny (alergia na kurz niewskazana!).
Nie przez przypadek najczęściej odkurzana jest karafka. Ten stały eksponat prozy
kojarzy się nie tylko z wizerunkiem kolejnych mieszkań Sobolewskiego; nie idzie też o
fakt, że wędruje wraz z właścicielem z miejsca na miejsce. Karafka to, w dużym skrócie,
La Fontaine, a wraz z nim Wańkowicz i jego piękna, osobista proza o wymownym tytule:
"Karafka La Fontaine'a". Nie chcę przez to powiedzieć, jakoby Sobolewski naśladował
Wańkowicza. Już raczej idzie tropem prywatnego reportażu, czasem podejmuje grę ze
znanym mu Białoszewskim czy w ogóle odwołuje się do klasyki autobiografii. Bo, było
nie było, "Malowanie na Targowej" jest autobiografią, co prawda znacznie
szczuplejszą od dzieła Wańkowicza, jednak nie mniej własną i osobistą.
Skoro czas zwraca nam siebie w rzeczach, co my możemy mu podarować? Sobolewski oddaje
czasowi opowieść rodzinną. Pewnego razu, podczas malowania mieszkania Aluni (ciotki,
siostry ojca) zakłóca rytuał imieninowych odwiedzin, pojawia się, żeby pomóc
przenosić ciężary i graty. Ale to tylko powierzchnia; od spodu bowiem wyłania się
czas. W tytułowym opowiadaniu tak skomentowany: "Na Targowej nie ma się wrażenia,
że czas biegnie po jednej linii. On idzie w dwa koncentryczne koła, po których
wirujemy, zawsze w tej samej odległości od siebie". Więc po orbicie? Po grecku? Bo
przecież to Grecy uprzytomnili światu kolistość czasu i istotę rytuału. Czas w książce
Sobolewskiego rządzony jest dobrym i złym wspomnieniem; narratorowi zapada w oko i ucho
to, co złe, dobre i najlepsze.
Poza wszystkim "Malowanie na Targowej" to książka rozgrzeszeniowa, adresowana
do ojca autora. Nie bez przyczyny postać ojca znajduje się w jej pierwszym planie. Na
autobiografię bowiem trzeba wymyślić pewien patent. Podpisać pakt z sobą,
czytelnikiem i tekstem. Takim patentem jest u Sobolewskiego figura ojca, wobec którego
narrator często bywa nie fair. "On był silny, a ja słaby. Moja niewola. Zawsze mówiło
się o ojcu, usprawiedliwiając jego dzikość, że on z niewoli wyszedł. Niewola, której
ja zaznałem, weszła w moje ciało, puls, żołądek, serce. Jak tu przepraszać? Niechby
pozostał zły do końca. To by mi zaimponowało".
O ile jednak łatwo znaleźć pomysł na utwór literacki, na porozumienie się z rodzicem
trzeba pokory, czasu, dystansu. Tu nie może być mowy o orbitowaniu. Tu czas to bolesne
rozdrapywanie rany. I jeszcze jedno: jak to wszystko pogodzić? Jak ustalić porozumienie
między sobą a ojcem, ojcem i matką, jego i jej rodziną? W zeszycie, w drzewie
genealogicznym, na zdjęciu może się da, ale w życiu? Można tylko w literaturze.
Pewnego razu narrator odnajduje ojcowski zeszyt z rodzinnymi zapiskami. Opowiada o nim
ojcu w szpitalnym ogrodzie. Dla obu kwestia nie nabrała jeszcze dystansu, nie okrzepła.
Rozmawiają o maszynce do golenia, sprawę rodziny, miłości i nienawiści przesuwając w
bezpieczny rejon pisania i nie martwiąc się wcale, że literatura będzie musiała tyle
udźwignąć.
|