dotb.gif

„TP”, Nr 29 (2819), 20 lipca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/ksiazki/29/ksiazka02.php

Książka miesiąca: "Urwany lot" Hanny Świdy-Ziemby

Między analizą socjologiczną a osobistym wspomnieniem

Michał Głowiński


"Urwany lot" Hanny Świdy-Ziemby jest znakomitym wzorem pisania o Polsce Ludowej. Nie ma w nim ujęć krańcowych, punktem wyjścia jest rozumienie.

Zapowiedzi nowej książki Hanny Świdy--Ziemby znaleźć już było można w jej książce poprzedniej "Człowiek wewnętrznie zniewolony" (1997), będącej jedną z najwnikliwszych i najdonioślejszych prac o Polsce Ludowej, takich, w których udało się znaleźć właściwy ton, daleki zarówno od apologii, charakterystycznej dla naiwnych chwalców minionego czasu, jak od bezwzględnych oskarżeń, przedstawiających tę zamkniętą już epokę jako jednolite, nie podlegające żadnym przemianom i ewolucjom piekielne półwiecze. Krańcowość taka właściwa jest zresztą raczej artykułom publicystycznym i potocznym wypowiedziom, rzadziej ujawnia się w rozprawach naukowych.

Losy pokolenia

Jednakże kiedy wspominam o zapowiedziach, myślę przede wszystkim o czym innym. Ta fascynująca książka stanowi niezwykle fortunne połączenie dwu całkiem różnych wzorów pisania, które na ogół się nie łączą: zdyscyplinowanej metodologicznie analizy socjologicznej, stawiającej problematykę ogólną, i osobistego wspomnienia, momentami bliskiego autobiografii. Wyraźne cele poznawcze i ambicje teoretyczne zespolone zostały z opowieścią o losach pewnej generacyjnej grupy, do której w swych czasach licealnych i studenckich należała autorka, grupy, która dla niej jest nie tylko przedmiotem uczonych dociekań, jest także kręgiem bliższych i dalszych znajomych, kolegów, przyjaciół. Z tą grupą właśnie dzieli ona młodzieńcze doświadczenia, to jej losy, upodobania i wybory może analizować na podstawie własnych wspomnień. Posługuje się metodą dokumentów osobistych, z tym, że w ich obręb wprowadza też własne teksty o rozmaitym charakterze. Jest narratorem, ale także - z mniejszą lub większą wyrazistością w poszczególnych częściach książki - jedną z wielu bohaterek opowieści.

Jak na profesjonalnego socjologa przystało, Hannę Świdę-Ziembę interesuje to, co określa jako procesy socjalizacji, przebiegające w dramatycznej rzeczywistości historycznej, wyznaczanej przez świeżo zakończoną wojnę i przez to wszystko, co składało się na instalowanie nowego reżimu, ale też przez wciąż żywe wzorce zachowań i postaw, przejęte z okresu międzywojennego. Lata 1945-1948 są dla pokolenia młodych inteligentów, nazywanych za Znanieckim ludźmi dobrze wychowanymi, czasem wyborów trudnych, skomplikowanych, niekiedy na swój sposób paradoksalnych. Jest to grupa narażona na indoktrynację, w większości przypadków jej niechętna, opierająca się uwodzicielskim czarom marksizmu, ale zarazem bliższa lewicy niż prawicy. Aprobuje ona lewicowe propozycje rozwiązań socjalnych i gospodarczych, odrzucanie ideologii komunistycznej nie równa się uznaniu własności prywatnej jako podstawy porządku społecznego. Przeciwnie, są to sprawy traktowane rozdzielnie.

Rzeczywistość w stanie narodzin

Losy swojego pokolenia autorka ujmuje w sposób dynamiczny, przekonana, że na jego dzieje, jak też na postawy i ideowe wybory poszczególnych jego członków zdecydowany wpływ ma to, co się w Polsce (jeszcze wówczas nie nazywanej oficjalnie Ludową) dzieje. Fascynuje ją analiza historycznych przymusów wpływających na indywidualne zachowania. A jest to rzeczywistość w stanie narodzin, zmienna, pełna nieustannego ruchu i wewnętrznych cezur. Rzeczywistość, w której toczy się walka nie tylko między siłami politycznymi, ale także między uniwersami symbolicznymi, odwołującymi się do innych systemów wartości i wyobrażeń. Nowy twór symboliczny, z jakim przychodzi kreowany w tych latach ustrój, jest postrzegany z dystansem bądź ignorowany, ale jednocześnie oddziaływa, nie można bowiem być wobec niego obojętnym, bo reguluje coraz rozleglejsze połacie życia codziennego.

Szczególnie interesujące wydają mi się rozważania o trwaniu pewnych poglądów czy raczej - mniej obowiązująco - wizji świata, przejętych bezkrytycznie z okresu międzywojennego. Wyniesione z tego czasu wzorce mają w większości przypadków (nie we wszystkich!) znaczenie pozytywne, są jednym z tych czynników, które uodporniają na wpływy komunistycznej ideologii i frazeologii, są wszakże w wielu dziedzinach życia społecznego i intelektualnego czymś niezmiernie dziwnym, stanowią nie przylegający do nowej sytuacji anachronizm. Hanna Świda-Ziemba pokazuje, jak sprzyjają one konserwowaniu schematów myślowych, które utraciły wszelkie uzasadnienie i nie służą poznawaniu zmienionej w czasie wojny i wciąż przekształcającej się rzeczywistości.

Opisywana w tej książce generacja, urodzona około roku 1930, jest w istocie ostatnią, która wyniosła z dzieciństwa jakiś obraz tamtych lat i zdążyła sobie przyswoić z początkowego okresu edukacji pewne kategorie i wyobrażenia. Faktem podstawowym wydaje się wszakże to, że działający po 1945 nauczyciele, nawet jeśli wtedy rozpoczynali pracę pedagogiczną, byli uformowani w dwudziestoleciu. To oni stali się głównymi nosicielami tradycji.

Przedmiotem analizy i zarazem bohaterem tej książki jest młodzież inteligencka z lat 1945-1948, a więc nie tylko autorce najbliższa, ale też najlepiej znana. Owa inteligenckość jest tu zresztą kategorią nieco dwuznaczną, chodzi bowiem o tych, którzy uczą się w szkołach ogólnokształcących i na wyższych uczelniach, ale też wywodzą się z rodzin wykształconych, pielęgnujących pewne tradycje, niechętnych temu, co właśnie powstaje. W doświadczeniach autorki tak rozumiana inteligenckość tworzy jedność, aczkolwiek nie musiało to stanowić reguły. Przeciwnie, bo, jak się zdaje, dla sporej części młodzieży w okresie tuż-powojennym sprawą istotną stało się to, co tutaj z powodów zrozumiałych było nieważne: możliwość awansu społecznego. A trzeba pamiętać, że w pierwszych latach władzy ludowej awans społeczny stanowił stały wątek propagandowy, stał się swojego rodzaju ideologicznym wabikiem, mającym przyciągać młodych ludzi. Był chyba skuteczny, zwłaszcza że szła za nim pewna praktyka, odpowiadająca ambicjom i oczekiwaniom tych grup społecznych, do których się zwracała.

Dwie perspektywy

Pokolenie, tak ważne dla konstrukcji intelektualnej tej książki, nie stanowi kategorii o w pełni wymiernych granicach, jego swoistość wyznaczają bowiem nie tylko daty, ale także, a w pewnych okolicznościach przede wszystkim, dynamiczne procesy społeczne i zachodzące zmiany. W studium Hanny Świdy-Ziemby ogromną rolę odgrywają wątki subiektywne; niech będzie to usprawiedliwieniem dla recenzenta, że także do nich się odwoła.

Jestem nieznacznie, bo tylko o cztery lata, młodszy od pokolenia, którego postawy i losy są tu analizowane, czasy szkolne były jednak dla mnie czymś całkiem innym niż dla tej generacji. Decyduje o tym wiele rozmaitych czynników. Na pierwszym miejscu wymieniłbym to, że moja i moich kolegów pamięć o okresie międzywojennym była znacznie skromniejsza. Gdy wybuchła wojna, nie miałem jeszcze pięciu lat, a dziecko w tym wieku mniej pamięta i mniej zauważa niż to o kilka lat starsze, a więc pierwsze moje świadome obserwacje łączą się z latami początkowymi okupacji. Chodzi wszakże nie tylko o to, ważne było, że ten, kto zdawał maturę w roku 1948, znalazł się w całkiem innym położeniu niż ten, który to czynił w roku 1951. Zmienił się program szkolny, a świat dookolny podległ przyśpieszonej stalinizacji. Margines swobód już w liceum radykalnie się zmniejszył, choć opierając się na własnych doświadczeniach mogę stwierdzić, że najgorsze były pierwsze lata na uniwersytecie - aż do początku marca roku 1953; nic formalnie się nie zmieniło natychmiast po śmierci Stalina, można jednak było swobodniej oddychać.

W związku z ogólnymi przekształceniami inaczej kształtowały się postawy młodych ludzi. Wstąpienie do ZMP w istocie przestało być deklaracją ideową czy wyborem politycznym. W mojej klasie należeli prawie wszyscy, było bowiem wiadomo, że przynależność stała się jednym z warunków przyjęcia na wyższe uczelnie. Moi wierzący koledzy nie zrezygnowali po zapisaniu się do ZMP z praktyk religijnych, chyba żaden z nas nie przeżył tego, co w tamtych czasach nazywało się przełomem ideologicznym. Było wiadome, że chodzi o decyzję o charakterze pragmatycznym, ze swej istoty oportunistyczną, ale usprawiedliwioną, bo może mieć wpływ na całe życie. Ogromną rolę w zachowaniach maturzystów 1951 grało dwójmyślenie, w zasadzie jeszcze niepraktykowane przez maturzystów z roku 1948. Jest to różnica o znaczeniu podstawowym i zasadniczych konsekwencjach.

*


Na "Urwany lot" chciałbym spojrzeć z jeszcze jednego punktu widzenia. Jest on bowiem - podobnie jak "Człowiek wewnętrznie zniewolony" - znakomitym wzorem pisania o Polsce Ludowej. Nie ma w nim ujęć krańcowych, punktem wyjścia jest rozumienie (w sensie hermeneutycznym), chodzi bowiem nie o proste zdemaskowanie rzeczywistości społecznej opartej na fałszu i terrorze (to, że ona taka była, wszyscy wiedzą!), ale o wniknięcie w istotę procesów i sytuacji, a przede wszystkim - postaw, wyborów i zachowań jednostek i grup, które w tej rzeczywistości się znalazły. Opisywanie PRL-u jest pasjonującym wyzwaniem dla historyków zajmujących się wielką polityką, ale nie tylko, bo także dla historyków codzienności, światopoglądów i obyczajów, jak również - dla socjologów i badaczy różnych dziedzin sztuki. Wyzwaniem podejmowanym z dobrym skutkiem - o czym świadczy wiele publikacji, choćby prace współpracowników Marcina Kuli, ogłaszane przez wydawnictwo Trio (w tym świetne książki Marcina Zaremby i Adama Leszczyńskiego), znakomite książki Wojciecha Tomasika o socrealizmie, a także znajdujące się na pograniczu analizy socjologicznej osobistego wspomnienia dzieła Hanny Świdy-Ziemby.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl