adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Ksiazki nr 29/2003

„Książki w Tygodniku”
„TP” nr 29/2003



  Tygodnik Powszechny


  Felietony

  Tematy miesiąca


STAŁE DODATKI

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

JAZZ W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Wersja do druku
Napisz komentarz
Teodor Parnicki i jego "Ostatnia powieść"

Pisarz historii globalnej

Ryszard Koziołek

"Ostatnią powieść" pisał dużymi literami, zachowując wielkie odstępy między linijkami tak, że czasem jedno zdanie wypadało na stronę. Jak uwielbiany przez niego Joyce, który trapiony podobną chorobą oczu nanosił labiryntowe zdania "Finnegans Wake" na podwójne arkusze papieru kancelaryjnego, aby móc je potem samodzielnie odczytać.

Analogie z Joycem nie wyczerpują się jedynie na wspólnych technikach zapisu, wymuszonych dolegliwościami wzroku. O swoich późnych powieściach, powstałych w latach 80., mówił Parnicki, że są to "dzieła w toku", nawiązując do tytułu, jakim Joyce opatrzył pierwsze epizody swej ostatniej powieści. Kiedy przeczytał je Ezra Pound, stwierdził, że nic z tego nie rozumie. Rozgoryczony Joyce napisał wtedy w liście do Harriet Weaver z 24 listopada 1926 r.: "Znaczna część egzystencji ludzkiej upływa pod znakiem stanu, którego nie oddaje żywy język, oklepana gramatyka ani żywa fabuła".



TEODOR PARNICKI urodził się 5 marca 1908 w Berlinie-Charlottenburgu. Jego ojciec, inżynier Bronisław Parnicki, pochodził z częściowo zniemczonej rodziny z Wielkopolski, matka, Augustyna z Piekarskich, była Żydówką z Kijowa. W 1911 r. Parniccy przenieśli się do Rosji, po wybuchu I wojny Bronisław Parnicki jako poddany niemiecki zesłany został do Ufy, tam w 1918 r. zmarła Augustyna. Teodor po powtórnym ślubie ojca oddany został do Korpusu Kadetów i wraz z nim podczas rewolucji ewakuowany do Władywostoku. Szykanowany przez kolegów uciekł i przedostał się do Charbina w Mandżurii, pod opiekę miejscowej kolonii polskiej. Mówił po latach: "Specyficzne warunki mojej biografii sprawiły, że się znalazłem w Charbinie, w Chinach, ale w szkole polskiej, w gimnazjum polskim, nie umiejąc prawie mówić po polsku i właściwie niczego omalże o sprawach polskich nie wiedząc".

Po ukończeniu gimnazjum przyjechał w 1928 r. do Polski, studiował polonistykę, anglistykę i orientalistykę na Uniwersytecie Jana Kazimierza we Lwowie, publikował teksty krytycznoliterackie i opowiadania, prowadził działalność odczytową, podróżował. Po zajęciu Lwowa przez Sowietów został w styczniu 1940 aresztowany i po długotrwałym śledztwie skazany na 8 lat więzienia. Zwolniony po zawarciu układu Sikorski-Majski, pracował w ambasadzie RP w Kujbyszewie, w 1943 wraz z jej personelem ewakuowano go do Teheranu, stamtąd wyjechał do Jerozolimy, gdzie powstały "Srebrne orły". Po krótkim pobycie w Anglii mianowano go attaché kulturalnym w polskiej ambasadzie w Meksyku. Funkcję tę pełnił do lipca 1945, później pozostał w Meksyku; współpracował z prasą emigracyjną, w 1955 r. wydał w Bibliotece "Kultury" "Koniec ťZgody NarodówŤ". Po Październiku 1956 zaczął publikować w kraju, jego głównym wydawcą stał się Pax. W latach 60. dwukrotnie przyjeżdżał do Polski, w lipcu 1967 wraz z żoną Eleonorą powrócił tu na stałe. Był laureatem wielu nagród (m. in. dwukrotnie Nagrody Państwowej I stopnia i nagrody Fundacji A. Jurzykowskiego), w 1983 r. Uniwersytet Jagielloński przyznał mu tytuł doktora honoris causa. Zmarł 5 grudnia 1988 r. w Warszawie. W 1998 r. założone zostało w Katowicach Towarzystwo Literackie jego imienia.

Pierwszym większym utworem Parnickiego była powieść sensacyjna "Trzy minuty po trzeciej", drukowana w 1929 r. w odcinkach na łamach "Lwowskiego Kuriera Porannego". Właściwą jego domeną stało się jednak powieściopisarstwo historyczne, któremu nadał zupełnie nowy kształt. Kolejne jego dzieła to: "Hrabia Julian i król Roderyk" (powst. 1934, wyd. 1976), "Aecjusz, ostatni Rzymianin" (1937), "Srebrne orły" (1944), "Koniec ťZgody NarodówŤ" (1955), "Słowo i ciało" (1960), "Twarz księżyca" (t. 1-2: 1961, t. 3: 1967), "Nowa baśń" (sześciotomowy cykl powieściowy, 1962-70), "Tylko Beatrycze" (1962), "I u możnych dziwny" (1965), "Koła na piasku" (1966), "Śmierć Aecjusza" (1966), "Zabij Kleopatrę" (1968), "Inne życie Kleopatry" (1969), "Muza dalekich podróży" (1970), "Tożsamość" (1970), "Przeobrażenie" (1973), "Staliśmy jak dwa sny" (1973), "Sam wyjdę bezbronny" (1976), "Dary z Kordoby" (1981), "Rozdwojony w sobie" (1983), "Sekret trzeciego Izajasza" (1984), "Kordoba z darów" (1988) i pośmiertnie wydane: "Opowieść o trzech Metysach" (1994) i "Ostatnia powieść" (2003). Opublikowano też jego wczesne "Opowiadania" (1958), "Szkice literackie" (1978) i cykl wykładów wygłoszonych na Uniwersytecie Warszawskim w roku akademickim 1972/73 "Historia w literaturę przekuwana" (1980).

Źródła: "Współcześni polscy pisarze i badacze literatury. Słownik biobibliograficzny", t. VI (1999) - hasło opracowane przez Joannę Zawadzką, oraz "Literatura polska po 1939 roku. Przewodnik encyklopedyczny" (1989) - hasło "Parnicki Teodor" sygnowane "jł" (Jacek Łukasiewicz).


"Pokrzepiać mózgi"
Począwszy od lat 70. przylgnęła do Parnickiego etykieta pisarza trudnego czy wręcz nieczytelnego, a krytycy podejrzewali go o obłęd, określali jego literaturę mianem "paranoickoidalnej" lub łagodniej "literaturą absurdu"; on sam powtarzał, że powikłana faktura powieści nie wynika z chęci udręczenia czytelnika, ale ze skomplikowania przedmiotu, który opisuje. W rozmowie z Krzysztofem Mętrakiem powiedział: "Nie jestem elitarystą z założenia, nie miałbym nic przeciwko temu, by moje książki czytały setki tysięcy. Z góry jednak sobie uświadomiłem, że problemy przeze mnie poruszane mogą być wyrażone tylko w tej a tej formie. Ja za to płacę cenę; będę miał ograniczone pole czytelników".

Wskazując na podobieństwa pisarstwa Parnickiego z "literacką kuchnią" autora "Ulissesa" nie chcę sugerować, że Parnicki naśladuje styl Joyce’a. Twórca "Słowa i ciała" idzie drogą osobną nie tylko w obrębie literatury polskiej, ale i światowej. Cechą, która łączy go najmocniej z autorem "Ulissesa", jest specyficzna nad-świadomość tworzenia. W biografii Parnickiego dała ona o sobie znać bardzo wcześnie i przybrała kształt jego prywatnej misji pisarskiej. Miało nią być odnowienie powieści historycznej. Inaczej mówiąc, ambicją Parnickiego było doprowadzić powieść historyczną do poziomu, do jakiego Joyce wzniósł powieść realistyczną. W Polsce znaczyło to wydrzeć ten gatunek duchowi Sienkiewicza. Że Parnicki miał tego świadomość, świadczy m.in. jego credo pisarskie, wyraźnie polemiczne wobec Sienkiewiczowskiej idei "pokrzepiania serc": "Ja nie jestem przeciwnikiem pokrzepiania serc. Ale uważam, że należy raczej pokrzepiać mózgi". Chcąc uświadomić sobie nowatorstwo Parnickiego, trzeba lokować jego twórczość w kręgu najwybitniejszych dokonań późnej powieści modernistycznej oraz widzieć w nim wielkiego prekursora przemian, które w ostatnich dziesięcioleciach dokonały się w teorii historiografii. Parnicki, podobnie jak Miłosz, reprezentuje najdojrzalszą fazę modernizmu, którą przenosi i wbija głęboko w ponowoczesność. Ze swoją koncepcją pisarstwa totalnego, pustoszącego życie autora, który owładnięty jest misją wypowiedzenia rzeczywistości w jej potwornym skomplikowaniu, nie pasuje do czasów, kiedy czytanie jest wydatkiem o niepewnej wartości społecznej, a zwłaszcza czytanie tak obszernej i trudnej twórczości. Powinien więc być anachroniczny. Tymczasem ciągle szokuje swoim nowatorstwem. Wydobył powieść historyczną z podrzędnej roli popularyzatorki historii i stworzył najbardziej progresywną literaturę w powojennej Polsce. Twórczość wielu pisarzy potrzebuje przemian czasu - nowych zdarzeń i idei, aby mogła być rozumiana. Parnicki należy do tych twórców, których dzieło z roku na rok staje się bardziej aktualne. Jestem przekonany, że to będzie jeden z najważniejszych pisarzy polskich minionego stulecia.

Zagadki bez rozwiązania

"Ostatnia powieść" zaczyna się jak kryminalny "klasyk". Do emerytowanego oficera holenderskiej policji (ostatnio w służbie pruskiej) Jana Wanga przychodzi piękna kobieta Ingrid Jakobsen primo voto Darnlej z domu Dybwad i prosi go, aby rozwiązał zagadkę śmierci jej pierwszego męża. Gdyby szukać kryminalnego wzorca dla tej pary, najbliżej byłoby pewnie do "Skandalu w Czechach" - opowiadania, w którym Holmes został pokonany przez Irenę Adler. Drobnych podobieństw jest tu więcej, a wiemy też, że w trakcie pracy nad powieścią Parnicki wrócił do lektury Conan Doyle’a. Świadczy o tym zapis w opublikowanych fragmentach dziennika pod datą 20 IV 1982: "Lektury? Toynbee i Conan Doyle".

Czyżby zatem znużony utyskiwaniami krytyków na zbytnie skomplikowanie własnych powieści postanowił napisać intelektualny kryminał w dziewiętnastowiecznym stylu? Taka myśl powstać może w głowie czytelnika tylko przez pierwszych kilka stron. Dowcipnie demistyfikuje to Ingrid: "to, co miało być powieścią kryminalną, stanowczo nie powinno próbować przeobrażać się (...) w psychologiczną" (II, 201). Szybko okazuje się, że relacja między dwojgiem bohaterów wykracza poza proste zlecenie detektywistycznej usługi. Ingrid i Jan prowadzą ze sobą skomplikowaną grę, której sens bardzo powoli ujawnia się czytelnikowi. Niemal cała powieść (wyjąwszy "Epilog") rozgrywa się w berlińskim mieszkaniu Jana Wanga, zaś jej treścią są rozmowy prowadzone przez parę głównych bohaterów.

Dla wielbicieli twórczości Wielkiego Mieszańca po pierwszych stronach staje się jasne, że mają do czynienia z czwartą częścią tetralogii, w której skład wchodzą jeszcze: "Tożsamość", "Przeobrażenie" i "Sekret trzeciego Izajasza". Większość postaci mogliśmy spotkać w częściach wcześniejszych, a także w "Innym życiu Kleopatry" czy w szóstym tomie "Nowej baśni". Ale tu trzeba uspokoić i zarazem rozwiać złudzenia nowych czytelników Parnickiego; "Ostatnia powieść" jest samodzielnym dziełem, które można czytać i rozumieć bez znajomości wcześniejszych części. Zarazem gdyby ktoś chciał poszukiwać tam rozwiązań zagadek trapiących bohaterów "Ostatniej powieści", niewiele mu to pomoże. To nie jest największa powieść Parnickiego, ale ważna i z wielu względów intrygująca. Przejmuje smutkiem pożegnania i bawi prowokacjami, pisarskimi kpinami, podstępami sugerującymi klarowność poetyki kryminału.

Przewrotny autor w sielskiej atmosferze kawalerskiego apartamentu umieszcza uroczych, inteligentnych i bardzo niebezpiecznych bohaterów. Jan Wang częstuje swego gościa pierogami, krewetkami, kawiorem, deserami, francuskimi koniakami, wódką; rozmawiają o przeszłości, literaturze, operze, teologii. Z tej sielskości dość szybko wyłania się groza i brud wielkiej i małej polityki. Ingrid przybywa do Wanga tuż przed finałem spisku, który ma na celu pozbawić jej obecnego męża stanowiska w armii pruskiej. Wang ma ją chronić przed zemstą, a przede wszystkim nie przeszkadzać spiskowcom. Sama chce "zachować wielostronnie świetne w tak zwanym wielkim świecie stanowisko". Kiedy sprawa kończy się po jej myśli, wyjeżdża do Paryża, aby wrócić do znanego nam już mieszkania Wanga, latem 1883 roku, przynosząc nowe kłopoty osobiste i polityczne. Te anegdoty są zaledwie zalążkami ogromnie złożonych fabuł sensacyjno-historycznych, pleniących się bujnie na ponad tysiącu stron tej powieści.

Charakterystyczną cechą poetyki kryminału, jaką stosuje Parnicki, jest swoista dialektyka nadmiaru i braku informacji. Wielość postaci i spraw wydaje się powodować u czytelnika zawrót głowy, a równocześnie co rusz natykamy się na ślady informacji znanych postaciom, ale nie nam, jak choćby dziewięć listów wysłanych przez Ingrid Wangowi (II, 21) lub nieznane odpowiedzi Elżbiety i Ingrid na listy Hipolita Shaw ("Epilog: Następca"). Przytłacza nas kosmos genealogii, albo musi wystarczyć zaledwie imię przechwycone z dziejów (Jan Stanisław w "Tylko Beatrycze"). Przeszłość jest tu albo gadatliwa, albo nazbyt milcząca. Parnicki, wielbiciel romantyków, daje do zrozumienia czytelnikom, że nasza wiedza o innych ludziach i ich świecie jest zawsze niekompletna, fragmentaryczna, zakłamana; skazana na nasze domysły i interpretacje.

Co ciekawe, a widać to bardzo wyraźnie w "Ostatniej powieści", Parnicki chętnie sięga po te same rozwiązania fabularne, cytaty, problemy filozoficzne i teologiczne. To nie przejaw wyczerpania inwencji czy monotonii stylu, ale efekt przekonania, że rzeczywistość może objawić się jedynie w pewnych formach znaków. Nieskończoność zdarzeń nie ma do wyboru nieskończoności form. Chaotyczne i przygodne doświadczenie czasu i języka jest wspólne dla wszystkich ludzi wszystkich epok. Jak jednak zdać z tego sprawę w literaturze, w której nie ma przypadku ani wolności postaci, ale zamysł autora i porządek języka? Parnicki tworząc warianty fabuły, nierozwiązane zagadki, postacie-kameleony wprowadza przypadek i niepewność do lektury. Tak jak nie kontrolujemy rzeczywistości, tak i tu nie w pełni panujemy nad opowieścią. Oto realizm Parnickiego.

Historia-sieć

Akcja powieści trwa 30 lat. Rozpoczyna się w 1878 roku, a kończy w 1908. W retrospekcjach wracamy jednak aż do początku lat 50. XIX stulecia, do czasów wojny krymskiej. Koniec powieści zbiega się z datą urodzin autora. Także miejsce akcji, Berlin i Charlottenburg, przywołują miejsca życia i studiów (politechnika, którą skończył ojciec) rodziców Teodora oraz narodzin jego samego.

Kolejne rozdziały to wizyty Ingrid, oddzielone nieregularnymi przerwami, które pełne są dramatycznych wydarzeń nieprzedstawionych. Ciasna przestrzeń właściwej akcji - mieszkanie Wanga - jest soczewką, skupiającą najodleglejsze przestrzenie, nawet innych kontynentów, otwarte politycznymi misjami bohaterów. Tłem jest polityka Bismarckowskich Prus po zjednoczeniu Niemiec. Wszyscy bohaterowie tej powieści reprezentują kraje zaangażowane w jawne i tajne posunięcia pruskiej polityki wewnętrznej i zagranicznej: Polskę (Jasiewicz, Żelichowscy, Dębiccy, Woźniak, Gęgotkowie), Danię (Jakobsen, Olsen), Belgię (Kroll), Norwegię (Ingrid, pastor Dybwad), Rosję (Masłow), Bułgarię (Ługin), Hiszpanię (Espinoza), Anglię (Darnlejowie), Holandię (Iza i jej matka), Francję (Niania, Bernier), Grecję (bracia Ramosowie), Włochy (Cittadini). Postacią skupiającą wszystkich jest Ingrid. Uwikłana w skomplikowane gry nie tylko pruskiego wywiadu, bez skrupułów pozbywająca się kolejnych mężów, stanowi ośrodek epickich dialogów powieści.

W tym kosmopolitycznym świecie narodowość schodzi na drugi plan. Wpadamy wraz z postaciami w historię globalną, gdzie każde najdrobniejsze zdarzenie otwiera niekończące się i nieprzewidywalne konsekwencje. Świat przeszłości przyjmuje w tych powieściach kształt gigantycznej sieci związków i zależności, w której znika podział na jednoznacznie dominujące historyczno-cywilizacyjne centrum i "barbarzyńskie" peryferia.

W tym kontekście jest Parnicki znakomitym lekarstwem na polski kompleks prowincji. Polska historiozofia literacka od romantyzmu zadaje pytanie o sens dziejów powszechnych z perspektywy polskiego losu historycznego. Parnicki porzucił to pytanie. Historia według niego zawsze ma sens, bowiem człowiek to zwierzę sensotwórcze. Jego - Parnickiego - pytanie brzmi: jak tworzy się sens historii?, za jaką cenę historia ma sens? Jakie interesy, praktyki, lęki stoją za poszukiwaniem i wytwarzaniem "sensu dziejów"? Całkowicie odmiennie niż jakikolwiek pisarz polski postawił przeklęty problem: Polska - świat. On po prostu zlikwidował tę opozycję.

Świat Parnickiego to wielka historyczna wioska, gdzie wszyscy ze sobą rozmawiają i od siebie zależą. Najbardziej niewinne zdawałoby się i prowincjonalne sprawy są częścią wielkiej polityki. Oto w powieści wielokrotnie dyskutuje się na temat kłopotów z wystawieniem "Kordiana" w żeńskiej szkole w Niżnym Nowogrodzie. Powoli okazuje się, że jest to drobny element głównej strategii politycznej Bismarcka, mającej na celu utrzymanie neutralności Rosji wobec poczynań Prus w Europie. Jednym ze sposobów jest podsycanie nastrojów powstańczych wśród Polaków, aby wzbudzić w Rosji przekonanie o nieuchronności kolejnego powstania: "Kanclerz życzenie miewa co pewien czas także i takie, ażeby Rosję się straszyło nieuchronnością - oczywiście rzekomą tylko - wojny" (II, 74).

Powieści Parnickiego przepełnia szum i zgiełk polityki, ale jest to polityka nowego typu, polegająca na bezustannym analizowaniu informacji. Nie ma w nich miejsca na narracyjne rekonstrukcje światów z przeszłości; nie ma pejzaży, architektury, strojów, broni. Treść stanowią rozmowy, pisanie i czytanie. Jego bohaterowie mają wiedzę o wydarzeniach z najdalszych zakątków świata, ale też borykają się z tym, że nie da się nad tym nadmiarem informacji zapanować. Postacie to najczęściej szpiedzy, agenci, prawnicy, policjanci, słowem - urzędnicy. Jeśli w powieści historycznej XIX wieku królowała historia heroiczna (wojny, sojusze, zdrady, romanse) i tacyż bohaterowie, to u Parnickiego dominuje historia dyskretna, której banalności nie sposób ukryć. Spostrzegamy, jak historia i polityka zbiurokratyzowały się i odrealniły, ale nie ich konsekwencje dla ludzi. Ciągle ktoś tu kogoś śledzi i podsłuchuje. Nawet wspólna kąpiel morska jest pretekstem do identyfikacji np. żydowskiego pochodzenia. Na ironiczne pytanie Ingrid, czy towarzyszem kąpieli trzeciego z braci Ramosów też był agent, Wang odpowiada spokojnie: "Nie (...), lecz kiedyś gdzieś prawdopodobnie i z nim też ktoś się kąpał" (II, 153). Historia-sieć spowija każdego, w jego najbardziej niepowtarzalnym jednostkowym losie.

To pisarz naszego, nowego stulecia, globalizmu, internetu, info-polityki, niewiarygodnie zróżnicowanych form historyczności świata i człowieka. Kreśli obraz historii, której/których nie mieści już żadna narracja. Kiedy się rodziła, była etniczną opowieścią Zachodu, teraz musi wchłonąć dzieje kultur, które przez wieki żyły bez własnej historii bądź poza historią Zachodu. Paradoksalnie, to "kultury bez historii" nadały ponownego przyspieszenia "naszym" dziejom. Parnicki wiedział o tym i widział to w epokach o wieki oddalonych od naszego czasu.

Pytanie o czytelnika

Pisarstwo Parnickiego przywraca użyteczność rozmów o przeczytanych książkach. Wykraczają one poza uwagi w rodzaju: podobało się lub nie, albo popisy erudycji. Potencjalni rozmówcy są dla siebie wsparciem w rozumieniu lektury. Każdy zauważy coś, czego inny nie widział. Oto przykład: na początku drugiego tomu, na stronie jedenastej Ingrid i Jan zaczynają nagle prowadzić dziwaczny z pozoru dialog o kiełbasie:

"- Kiełbasy najbezsporniej jednak nie jada się, kiedy się nie ma zębów. (...)
- Ktoś kto nie ma zębów, równie bezspornie może rozmawiać...
- Czy z kiełbasą?
- Nie z nią, rzecz jasna, ale o niej: jak się ją produkuje albo czy spożywanie właśnie jej jest czymś, co zdrowiu szkodzi. I inaczej jeszcze mówić można o niej: jako o smakołyku wprawdzie, ale takim, którego nie powinien jadać katolik w piątki".

Rozpatrywany w kontekście samej treści rozmowy fragment ten jest kompletnie niezrozumiały. Kiedy jednak zobaczymy w tle słynne powiedzenie Bismarcka, że "ludzie, którzy lubią kiełbasę i szanują prawo, nigdy nie powinni wiedzieć, jak one powstają" - wszystko staje się jaśniejsze.

Ten i setki innych fragmentów jego dzieł mogą sugerować, że odbiorcą tych powieści jest historyk i literaturoznawca w jednej osobie. Ale tak nie jest i Parnicki nie zakładał podobnego "monstrum czytelniczego". Literatura nie powstaje z myślą o literaturoznawcach, podobnie jak prąd nie płynie w przewodach tylko dla elektryków. Pisał Parnicki, że "jest naprawdę idealny czytelnik człowiekiem, który nie lubi się afiszować, czyli inaczej jeszcze mówiąc: człowiekiem skromnym, zarazem zaś nie nazbyt pewnym słuszności sądów własnych" ("Sekret trzeciego Izajasza"). Potwierdza to Wang: "Cieszyć się z powodu, iż pewność się zdobyło, ma prawo tylko głupek" (II, 205). Nie zakładał też, że czytelnik będzie dorównywał mu erudycją i aktywnością poznawczą. Uważał jednak, że trudność lektury powinna taką aktywność wyzwalać: "trzeba się wraz ze mną uczyć, albo nie czytać i nie mieć o nic do mnie pretensji".

Mnożąc wersje wydarzeń, autor doprowadza odbiorcę aż do złości i zniecierpliwienia, aby ten sam próbował znaleźć odpowiedź na pytanie: "co tak naprawdę się zdarzyło?" Ileż razy utyskujemy jak Ingrid: "Ach znowu ťbyŤ! Te ciągłe, mnożące się i zlikwidować nie dające się ťbyŤ bardzo już męczą". To nie znaczy, że trzeba zamienić je wszystkie na zdania twierdzące. Wiele z nich nie ma rozwiązania, mają jedynie mnożyć warianty, zbijać z tropu, proponować fałszywe ścieżki. Tekst powieści nie jest całością, która została pocięta i wymieszana, nie chodzi o rozpoznanie ukrytego wzoru narracyjnej "rozsypanki". Takiego nie ma. Elementów jest za dużo, nie mieszczą się w żadnym modelu. Odrzucone głosy źródeł (realne lub wyobrażone) domagają się miejsca i świadectwa w narracji, ale nie sposób ich włączyć nie dekomponując jej kształtu. Nadmiar głosów rozsadza ją. W późniejszych powieściach postacie dyskutują i wykłócają się z autorem. To nie technika autotematyzmu, ale efekt personifikacji czy raczej personalizacji źródła historycznego. W ten sposób autor zakłóca potencjalnie dobre samopoczucie aktywnego odbiorcy, który, rozumiejąc wreszcie, na czym polega konstrukcja świata przedstawionego powieści, pojmuje, że tzw. "fakt historyczny" jest efektem intelektualnej obróbki - porządkowania, selekcji, dopasowywania do narracyjnej całości.

Nie trzeba się spieszyć z lekturą tej powieści, ale z uwagą pozwolić na wynurzanie się zarysu fabuły i wiarygodnego kształtu postaci. Niewielu jest pisarzy, którzy stawialiby czytelnikowi równie wysokie wymagania. Nikt go nie oprowadza po świecie powieści, postacie okłamują siebie nawzajem, nie wolno ufać ich słowom. Rozwiązanie nie czeka na czytelnika gotowe na końcu lektury. Ale postacie też często nie są w lepszej sytuacji. Kiedy Wang nie dość szybko rozwiązuje problem, Ingrid pyta go złośliwie: "Żąda, abym karmiła łyżką go?" (II, 99). Innym razem nieoczekiwanie w jednym długim akapicie streszcza mu wydarzenia osiemnastu dni. Jakąż ulgę odczuwa dobrze poinformowany czytelnik, choć zawdzięcza to tylko awarii telefonu Wanga (II, 182).

Oto jak wyobrażam sobie czytelnika Parnickiego: Jest młody, mierzi go dominujący ton literatury współczesnej; jest w nim skupiona złość, chęć intelektualnej prowokacji i niezgody. Szuka w czytaniu oporu, a w tekście pełnego szacunku przeciwnika. Żyje w świecie chaotycznym i skomplikowanym, którego nie potrafi wyjaśnić, a opowieści, jakie czyta i ogląda, są wulgarnie proste i oczywiste. Parnicki zostawia mu decyzję, co zrobić z bohaterami, musi orzec, kto wygrał w tej grze, po czyjej stronie jest racja; jest tym, "w czyich rękach gdzieś kiedyś znajdą się (...) zapisy przebiegu tych dziewięciu rozmów naszych".

"Żeglować nie da się nie żyjąc"

Najbardziej niezwykłe jego powieści zawierają rozmowy z pięknymi, inteligentnymi i niebezpiecznymi kobietami, jak Ingrid - La Belle Dame Sans Merci (tak słowami Keatsa mówi się o niej w "Sekrecie trzeciego Izajasza"). Relacja między nią i Wangiem jest niejednoznaczna i skomplikowana; stanowi jedną z najciekawszych zagadek w powieści. Nie ufają sobie i podziwiają się, bywają dla siebie okrutni. Ona kpi z niego: "Radzę gorąco tobie: ożeń się i to najprędzej, Janie Bez Ziemi... pod nogami, a z mgłą przed skośnooką twarzą!". Daje mu złośliwe lekcje tajnej polityki europejskiej. On zarzuca jej, że jest "niespostrzegawcza, nieprzezorna i amoralna" oraz że "łatwiej ją nie lubić niż lubić". Ale jest też nią bez wątpienia zafascynowany, a ona niewątpliwie go potrzebuje.

Nie znam drugiego polskiego pisarza, który stworzyłby równie fascynujące postacie kobiece: Teodora Stefania, Dioneja, Akwilia, Hermogenia, Saturnia, Reiczka, Ingrid. Są dla mnie obrazem autorskiego pragnienia, aby przymusić historię do mówienia "własnym" głosem, a nie "monofoniczną" narracją historyka. Na przykład Dioneja w niezapomnianej pozie, kiedy "usiadła na posłaniu. Objęła obiema dłońmi swą jedną pierś. - Chce mi się wiele mówić. Jestem jak krowa, która rykiem nawołuje dojarkę" ("Koniec ťZgody NarodówŤ"). Gdy zamierają dialogi, pojawia się pustka, martwo szeleszczą nieożywione "źródła" - dokumenty śmierci. "Umarli są o tyle niedogodni, iż milczą wtedy, kiedy potrzebne byłoby - i to ogromnie - ażeby nie milczeli".

Czytelnicy "Ostatniej powieści" doświadczą z pewnością dziwnego smutku, kiedy w połowie drugiego tomu skończą się dialogi Ingrid Darnlej i Jana Wanga. Ostatnia część - listy Hipolita Shawa - nie zdołają tego smutku usunąć. Są żałosne - jak ich autor - w swojej bezradności i osamotnieniu. Dzień, w którym nie przychodzi Ingrid, zapowiada śmierć, jest bowiem końcem rozmowy, a to znaczy końcem pisania. W finale powieści okazuje się, że zatoczyliśmy koło. Urodził się Teodor, przyszły powieściopisarz, kończy się to, co historyczne, a zaczyna to, co doświadczane i przeżywane - współczesne. Dotrzymał obietnicy: "Dzieło pisarskie swoje postaram się i dalej jeszcze konstruować - tak długo, aż to stanie się zupełnie niemożliwe" - zapowiada Wang.

Data widniejąca na nieukończonym rękopisie to 4 XII 1988. Parnicki zmarł następnego dnia. To powieść pisana ze świadomością zbliżającej się śmierci, której towarzyszy determinacja, aby jej nie sprzyjać. Mógłby Parnicki krzyknąć słowami Wanga: "Z gry, w którą wciągnięto mnie, do końca nie wycofam się". Wraz z postępowaniem lektury widzimy, jak zacieśnia się schyłek życia i pisania. Autor i Wang starzeją się, powtarzają w kółko to samo, niedowidzą ("Litera każda w liście tym mierzyła tyleż, co mały palec ręki"), za dużo palą, chorują na gardło, tracą przytomność, wynajdują nieudolnych następców (Fryderyk i Shaw), marzą o doskonałym (Byszewski); inni pouczają ich i pokpiwają z nich; podsłuchują i podglądają ("Już to napisał. (...) Jakieś dwadzieścia sekund temu").

Dziełom ostatnim skłonni jesteśmy przypisywać funkcję testamentu twórcy, myślowego epilogu, dzieła najgłębszego; albo przeciwnie: obserwujemy w nich znamiona wyczerpania talentu, pisania siłą bezwładu i przyzwyczajenia, powtarzania starych chwytów. Przestrzegam przed takim odczytaniem tej powieści, tym bardziej, że zdajemy się być ku temu kuszeni: tytułem, typowymi dla Parnickiego motywami, urwanym metafizycznie zdaniem końcowym. Tymczasem imperatyw pisania do końca nie wynikał u niego z przekonania, że każde - nawet ostatnie - słowo wymaga koniecznie utrwalenia, ale dlatego, że pisanie i życie splotły się w jego osobie w nierozdzielną całość. Efektem tego splotu jest w "Ostatniej powieści" ciągnący się niemal ponad wytrzymałość czytelnika dialog dwojga głównych bohaterów. Ale i on niknie, przecząc pragnieniu wyrażonemu w ulubionych przez Parnickiego wierszach "Eugeniusza Oniegina":

Wiem: już dobijam do przystani,
Lecz by przedłużyć smutne życie,
Muszę mieć, budząc się o świcie,
Pewność, że dziś Cię spotkam, Pani...

(tłum. Adam Ważyk)

A co na to Ingrid? Pewnie jak zwykle postawiłaby warunek: "Niech pan koniecznie postara się, aby z nas dwojga żadne nie umarło przed czwartkiem przyszłym, miły mi zawsze panie Wang". Ryszard Koziołek

RYSZARD KOZIOŁEK jest literaturoznawcą, pracuje na Uniwersytecie Śląskim. Ostatnio wydał: "Zdobyć historię" (1999) i opracowanie powieści Parnickiego "Tylko Beatrycze" w serii Biblioteka Narodowa (2001).


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny