"Tygodnik Powszechny", Nr 24 (2814), 15 czerwca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/ksiazki/24/ksiazki12.php

Pod władzą książek

Męska choroba
Andrzej Rostocki

Byłem sam. Rozpaczliwie poszukiwałem innego przedstawiciela mojej płci, ale aż po horyzont nie zauważyłem ani jednej, doskonale znanej mi, szlachetnej męskiej postaci. Zrozumiałem, że nie ma już dla mnie ratunku i pogodziłem się z myślą o zmysłowych torturach, które mnie czekają. Starcy mojego plemienia, w swoich opowieściach pełnych niedomówień, wspominali o tajemniczych istotach, z którymi kontakt jest przyjemny, ale grozi mężczyźnie nieobliczalnymi konsekwencjami, a nawet śmiercią. Nazywali je niebezpiecznymi kusicielkami i ostrzegali, że każdy mężczyzna po fizycznym z nimi spotkaniu musi poddać się wielu bolesnym, oczyszczającym rytuałom. Nigdy jednak nie poznałem ich zbyt dobrze, gdyż w młodym wieku zostałem wysłany na pustynię, by w ciszy, oddając się kontemplacji, przygotować się do czekającej mnie niebawem męskiej inicjacji.
Napierał na mnie tłum dziwnych, długowłosych, rozśpiewanych istot. Nie wyglądały groźnie, a z ich ciał emanowało wyraźne pragnienie dotknięcia mnie. Cofałem się, chociaż i mnie coś do nich ciągnęło. Lęk był jednak silniejszy. Próbowałem zachować się godnie w obliczu ostatecznej próby, zgodnie z wielowiekową tradycją socjalizacyjną, jakiej poddany jest każdy mężczyzna, ale nie przychodziło mi to łatwo. Nawet Zawisza Czarny - wielki bohater mojego słowiańskiego plemienia - rzuciłby się do rozpaczliwej ucieczki, porzucając wiernego konia, niezawodny miecz, którym powalił setki wrogów, oraz czarną zbroję i obtłuczoną w wielu bitwach tarczę. Nie byłem pewien zachowania rycerzy Okrągłego Stołu, ale w tej sytuacji nie postawiłbym na nich w zakładzie nawet złamanego szeląga. Tajemnicze postaci powoli zbliżały się, Teraz nawet byłem w stanie rozróżniać ich twarze. Nie były brzydkie, chociaż inne od tych, które dotychczas spotykałem. Z błyskotliwą inteligencją odrzuciłem hipotezę, że są to mężczyźni. W końcu byłem jednym z nich i w mgnieniu oka potrafiłem rozpoznać wszystkie cechy charakterystyczne dla mojej płci: przepiękną budowę ciała, godną dłuta greckich mistrzów, szlachetność rysów twarzy, nieskazitelną linię nosa i oczy pełne blasku. I najważniejsze, byliśmy doskonale płascy - rzeźby naszych torsów nie zakłócały żadne wystające okrągłości. Istoty zmuszające mnie do cofania się wyglądały zupełnie inaczej, a ich kształty były pełne nieznanych mi krągłości. Mimo długich szat mogłem zauważyć smukłą budowę ud i delikatność stóp w sandałach. A w górnej części swoich ciał, tam gdzie mężczyzna zwykle nosi zbrojny puklerz, one miały zachwycające, przykuwające wzrok nadzwyczaj strome wzgórki.
Przerażająca myśl przeszyła mi mózg, wystarczająco już zmęczony nowymi wrażeniami. Jeśli napierające na mnie istoty nie były mężczyznami, to w takim razie mogły być to tylko owe niebezpieczne kusicielki. W końcu dzięki mądrości plemiennych starców wiedziałem, że w ludzkim świecie istnieją tylko dwie płcie. Podobno niejaki Gombrowicz, traktowany z wielkim przez nich szacunkiem powiedział, że przydałaby się jeszcze trzecia, ale nikt nie był w stanie sobie tego wyobrazić, chociaż kilku próbowało. Przypłacili to wieloletnim szaleństwem i uporczywym trwaniem w stanie bezdzietności, co nie przysporzyło im szacunku. Przecież każdy głupi wie, że plemię bez dzieci zginie.
Świadom ostatnich chwil swojego krótkiego ascetycznego życia próbowałem sobie przypomnieć inne nauki, przekazywane mi od lat przez doświadczonych mężczyzn. Mówili oni z naciskiem, że nasz świat ma swoją odwieczną hierarchię: na jej szczycie są mężczyźni - doskonali, pełni cnót fizycznych i intelektualnych, a na dole społecznej drabiny znajdują się kobiety - podporządkowane i służące nam z powodu swojej wrodzonej, zatrważającej niedoskonałości psychicznej i umysłowej.
Z zaskoczeniem stwierdziłem, że mój wielki na początku lęk zaczął nagle przemijać. Kobiety nie były wcale odrażające. Roztaczały wokół siebie dziwny, zniewalający seksualny czar, któremu zacząłem ulegać. Czułem się odprężony i szczęśliwy. Zapragnąłem nagle kontaktu z nimi. Jedna z kobiet wyciągnęła do mnie rękę, a był to gest i wyraźnie przyjazny, i prześliczny. Z wahaniem podałem jej swoją, nasze palce delikatnie się dotknęły. Przez moje ciało zaczęły przebiegać jakieś dziwne prądy, z zachwytem pogrążałem się w ekstazie... Obudziłem się. Długo nie mogłem dojść do siebie. Spojrzałem na półkę przy łóżku. Leżała na niej książka Davida D. Gilmore'a "Mizoginia, czyli męska choroba", którą wczoraj otrzymałem specjalną pocztą z Wydawnictwa Literackiego. Czytałem ją długo w nocy, zafascynowany i jednocześnie przerażony męskimi przesądami. A więc to stąd ten dziwny sen. Dzisiaj doczytam do końca tę znakomitą książkę.
I chyba już nigdy nie zasnę.

David D. Gilmore, "Mizoginia, czyli męska choroba", przeł. Janusz Margański. Kraków 2003, Wydawnictwo Literackie.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl