adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Ksiazki nr 24/2003

„Książki w Tygodniku”
„TP” nr 24/2003



  Tygodnik Powszechny


  Felietony

  Tematy miesiąca


STAŁE DODATKI

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

JAZZ W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Oblicza płynnej nowoczesności według Zygmunta Baumana

Dmuchać na zimne

Jarosław Makowski

Wersja do druku
Napisz komentarz

Ludzkość znalazła się dziś w sytuacji, dla której analogii próżno szukać w historii. Świat współczesny aż roi się od zasadzek i nieprzetartych dróżek. By stąpać bezpiecznie po tej ziemi nieznanej, trzeba nie tylko przebiegłości lisa, ale i nieskazitelności gołębia. Czy są to cechy, które charakteryzują dzisiejszego Homo sapiens?

Człowiek potrafi latać w kosmos i wkrótce będzie umiał klonować istoty ludzkie. Kultura współczesna nie znosi słowa granica. Pojęcie to znika ze słownika nowoczesnych: to, co dziś nieosiągalne, jutro, najdalej pojutrze stanie się rzeczywistością. Nie ma projektów, których nie dałoby się wcielić w życie, nie ma idei, których nie dałoby się przekuć w czyn.
Jednych to fascynuje i skłania do głoszenia apologii współczesnej kondycji ludzkiej. W innych budzi niepokój. Do tych ostatnich należy polski socjolog i filozof, emerytowany profesor uniwersytetu w Leeds, Zygmunt Bauman. Jego twórczość jest lustrem, w którym powinien przejrzeć się współczesny człowiek. Kto ma dość odwagi, by spojrzeć prawdzie w oczy, powinien uważnie przeczytać dwie jego nowe książki: "O pożytkach z wątpliwości" (OPW) i "Razem osobno" (RO).

Męczące obieranie pomarańczy

Książki Zygmunta Baumana warto studiować, bo kąsają i żądlą. Ale, jak notował Franz Kafka, jeśli czytana książka nie otrzeźwia nas raptem ciosem między oczy, to po co ją czytać?
Bauman umie obserwować: jego uwadze nie uchodzą nawet tak drobne, wydawać by się mogło, sprawy, jak obieranie pomarańczy. Starożytni Rzymianie pozostawili po sobie mądrą maksymę: festina lente, śpiesz się powoli. Dziś, kiedy wciąż brakuje nam czasu, kto by się przejmował mądrością starożytnych. Obecnie, przekonuje filozof, wszystko, co wymaga wysiłku czekania, traci wartość. Po co obierać pomarańcze, skoro można mieć od razu wyciśnięty sok? Rozmaite korporacje dwoją się i troją, by ułatwić człowiekowi życie. Firma Lipton, ku poklaskowi amerykańskich rodziców, wprowadziła na rynek saszetki z herbatą, które można wkładać wprost do kubka z lodowatą wodą. Po co? By pominąć oczekiwanie na wrzątek, które wystawia cierpliwość na zbyt ciężką próbę.
Takie podejście do życia sprawia, że stąpamy po bardzo kruchym lodzie. A chodząc po lodzie, trzeba - jak pouczał Emerson - szybko się poruszać, by uniknąć tragedii. Współcześni wzięli przestrogę amerykańskiego filozofa dosłownie: zamiast poczekać, aż lód będzie grubszy, przyspieszyli kroku. Współczesny człowiek to "byt zniecierpliwiony". Błyskawiczna kawa, szybka podróż; sformułowania typu: "na dłuższą metę" czy na "dłuższy dystans" tracą rację bytu. Stają się filozofią naiwnych i nieudaczników; z pewnością nie tych, którzy postanowili, że wycisną życie niczym cytrynę.



Cywilizacja konsumpcyjno-rynkowa na pierwszy plan wysuwa mobilność i zdolność do natychmiastowego użytku. Stawianie pytań o transcendencję, sens życia czy nieuchronność śmierci trąci ekstrawagancją. Ten, kto stawia takie pytania, traci czas. A kto może sobie pozwolić na luksus utraty cennych sekund w dobie "płynnej nowoczesności"? "Płynna nowoczesność", termin ukuty przez Baumana, ma oddawać klimat naszych czasów. Jeszcze nie tak dawno, przekonuje filozof, żyliśmy w okresie stałej nowoczesności, której zadaniem było tworzenie stałych i "twardych grządek". Człowiek wiązał się z zakładem pracy, identyfikował się z jego dyrekcją i załogą, nie wyobrażał sobie, że może nie doczekać w nim emerytury. Sekret powodzenia w "płynnej" nowoczesności tkwi w czym innym: nie można być zanadto konserwatywnym, nie wolno zagnieżdżać się w jednym miejscu pracy czy w jednym związku małżeńskim. Grzeszy ten, kto nie posiada w zanadrzu dodatkowej furtki.
Płynna nowoczesność wymaga mobilności, "znajdowania się pod ręką". "By udowodnić swą wartość rynkową, trzeba się wykazać elastycznością, gotowością reagowania na każde wezwanie i zaczynania wszystkiego od nowa" - pisze filozof (OPW, s. 117). To strategia Don Juana, strategia życia przeżywanego jako seria nowych początków. Cóż z tego, że Kierkegaard uważał ją za patologię. Dziś stała się normą obowiązującą w niemal wszystkich dziedzinach ludzkiej aktywności.

Polowanie na zająca

Co to oznacza dla relacji między ludźmi? Podstawową ikoną naszych czasów jest, niestety, ikona konsumenta. Dlatego życie człowieka sprowadza się do liczenia zysków i strat, przychodów i rozchodów. Dotyczy to zarówno życia małżeńskiego i rodzinnego, jak i wyboru komputera czy zegarka. Pisze Bauman: "Żyjąc w społeczeństwie konsumentów, jesteśmy postrzegani, oceniani, chwaleni lub ganieni według standardów panujących w takim społeczeństwie" (OPW, 147).
Kim jest konsument? To człowiek, który ceni w życiu lekkość oraz szybkość. Życiowego sukcesu nie mierzy wielkością zakupów, ale ich częstotliwością. Nie przywiązuje się do tego, co posiadł: przypomina mieszkańców Leonii, jednego z "Niewidzialnych miast" Itala Calvina, których szczęście i powodzenie mierzone jest ilością wyrzuconych na śmietnik niepotrzebnych odpadów. Zresztą: spece od marketingu nie spoczną, póki nie wmówią nam, że potrzebujemy wciąż nowych gadżetów - czyż najnowsza komórka Nokii nie układa się w ręku lepiej niż ta, którą obecnie dysponujemy? Już Pascal notował, że zając ustrzelony nie bawi tak, jak polowanie na zająca. Szybko pozbywać się tego, co się znudziło, i poszukiwać nowego, to naczelna dewiza konsumenta. Doskonale ten mechanizm opisał Richard Sennett, brytyjski socjolog często przywoływany przez Baumana. Porównał on strategie życiowe Rockefellera, bożyszcza "społeczeństwa wytwórców" sprzed pół wieku, i Billa Gatesa, jego następcy w dzisiejszym "społeczeństwie spożywców". Ten pierwszy, powiada Sennett, trzymał się kurczowo swych kopalń, szybów, fabryk - i gotów był ich bronić kłami i pazurami. Ten drugi pozbywa się bez zmrużenia oka tego, co wczoraj pieścił i czym się chełpił.
Strategiom rynkowym podlegają nie tylko przedmioty, ale także osoby. Dlatego więzi łączące ludzi słabną, a związki między nimi podupadają. Niepokoi to Kościoły i ich przywódców, jak również psychologów. Deficyt lojalności, przywiązania czy przyjaźni jest faktem. Za to kontaktowość ma dziś świetne notowania. Tej cechy poszukują na przykład pracodawcy u potencjalnych pracowników. Liczy się nie głębia kontaktów, lecz ich liczba; nie trwałość, lecz łatwość nawiązywania nowych (w domyśle - zrywania dawnych). Ilość zastępuje jakość.
Także miłość nie oparła się rynkowej koniunkturze. I tu wkradły się handlowe reguły, zgodnie z którymi towar jest "do zwrotu". Miłość sprowadzono do seksu, a seks, jak mówi Bauman, został "oczyszczony" - stał się bytem samym w sobie, mocno "stającym na własnych nogach". To z kolei prowadzi do "czystego związku", którym rządzi zasada: jeśli nie jesteś "w pełni zadowolony" z dotychczasowego związku, masz prawo z niego zrezygnować, opuścić bez wyrzutów sumienia partnerkę/partnera. "Idea "czystego seksu" ma w sobie coś z wiarygodnej gwarancji zwrotu wydanych pieniędzy - a partnerzy "związku czystego seksualnie" mogą czuć się bezpieczni, wiedząc, że żadne zobowiązania nie wynagrodzą kruchości ich zaangażowania" (RO, s. 145).
Szaleńcem byłby więc ten, kto chciałby się wiązać do grobowej deski, trwać w miłości i wierności. Dlatego osoby, które poszukują partnera w dyskotece czy choćby w krakowskich kawiarniach, mogą napotkać na nie lada kłopoty. Młodzi ludzie, pisze Bauman, obawiają się, że nie zdobyli dość umiejętności, by nawiązywać osobiste, głębokie relacje. Dzisiejszy człowiek jest jakby "upośledzony moralnie": pragnie wielkiej miłości, ale zarazem boi się jakichkolwiek zobowiązań. Istnieje jednak sposób, by zaradzić temu nieszczęściu. Na ratunek przychodzi internet: jak wyznaje pewien dwudziestolatek w ankiecie, będącej częścią badań prowadzonych w Bath University: "zawsze można wcisnąć "delete". To banalnie proste, nie odpowiadać na emaile" (RO, s. 166).
Deficytu odpowiedzialności w relacjach między wolnymi osobami nie można tłumaczyć tylko rozwojem "elektronicznych randek". Bauman uważa, że nim staliśmy się tym, czym jesteśmy obecnie, społeczeństwem indywidualistów pełnej fazy nowoczesności, zdarzyło się wiele rzeczy, które przyczyniły się do tego, że długoterminowe zobowiązania stały się rzadkością, długoterminowe zaangażowanie - luksusem, a obietnica wzajemnego wspierania się "w zdrowiu i w chorobie" - perspektywą nierealistyczną i niewartą zachodu. Dlatego ostrzega: "zgubny wpływ kultury konsumpcyjnej polega na tym, że obiecuje, iż lekarstwo na wszystkie nasze kłopoty leży gotowe na sklepowej półce i trzeba umieć je tylko znaleźć".

Serce na dłoni

Gołym okiem widać też upadek życia społecznego. Czy jest to proces nieunikniony, czy też dzieje się on za naszym, ludzi epoki płynnej nowoczesności, przyzwoleniem?
Za rozpad społecznych więzi i życia publicznego część odpowiedzialności ponoszą media. Tak popularne i oglądane przez niezliczone rzesze widzów talk show prowadzą do degradacji wspólnoty. Ludzie wyrzekają się prywatności własnej i gardzą szacunkiem dla prywatności cudzej. Zwierzanie się z intymnych uczuć, które powinny takimi pozostać, oraz domaganie się od innych podobnej wylewności prowadzi do tego, co Sennett nazywa "upadkiem człowieka publicznego". Książka Sennetta "The Fall of Public Man" powstała już w 1974 r. - pisząc ją, autor zapewne nie śnił, że przyjdzie czas, kiedy jedna osoba w grupie zaczyna z własnej woli "otwierać się", idąc na całość w swej wylewności i zmuszając pozostałych członków grupy do wysłuchiwania i aprobowania jej zwierzeń. Dziś jest to norma. Kult szczerości nie zna dziś zahamowań. Kłopot w tym, że obraca on w proch życie publiczne, które przecież ma swoje reguły. Do najważniejszych z nich, pisze Bauman, należy przestrzeganie pewnej etykiety, która pozwala komunikować sobie nawzajem to, co możemy, i powinniśmy sobie komunikować, zachowując dla siebie to, co intymne. Złamanie tej zasady skłania życiowych partnerów do zamykania się w sobie: zamiast zbliżać, powiększa dystans, prowadząc do zaniku poczucia prawdziwej więzi.
W epoce dominacji masowych mediów wciąż jesteśmy pouczani, że swoje życie towarzyskie powinniśmy organizować wokół społecznych konfesjonałów: spowiadać się przed nimi ze wszystkiego, a jednocześnie odgrywać rolę spowiedników. "Nie ma już miejsca na refleksję, że szacunek wobec Innego nakazywałby może oszczędzenie jemu albo jej żenującego wglądu w cudze - bardziej lub mniej wstydliwe, bardziej lub mniej nieprzyzwoite - z reguły dosyć szpetne i wystawiające nerwy na ciężką próbę prywatne sekrety" (OPW, s. 159).
Także programy telewizyjne, które opierają się na "pogawędkach zwykłych ludzi", drukowane w gazetach plotki z życia gwiazd i polityków z adnotacją "tylko u nas", to publiczne lekcje o tym, jak puste jest życie publiczne. Ale również o tym, że nie warto pokładać nadziei w niczym bardziej publicznym niż prywatne problemy i prywatne metody ich rozwiązywania. Taki obrót rzeczy sprawia, powiada Bauman, że samotne jednostki wchodzą na agorę tylko po to, żeby znaleźć się w towarzystwie innych samotnych jednostek. I wracają do domu utwierdzone w swej samotności.

Jak żyć razem?

Czy mamy powody, by martwić się o nasze życie społeczne? Co dzieje się z człowieczeństwem w dobie płynnej nowoczesności? Czy mechanizmy rynkowe, które wkradły się także w relacje między ludźmi, podkopując sens takich wartości, jak solidarność, współczucie, odpowiedzialność czy miłość, zadomowiły się tam na stałe? Innymi słowy: czy możliwe jest dobre życie razem w płynnej i niestałej epoce?
Zygmunt Bauman odpowiada mimo wszystko: tak. Ale zaraz dodaje: by żyć dobrze razem, trzeba uwierzyć, że przykazanie "kochaj bliźniego, jak siebie samego" nie jest "drewnianym żelazem". Sęk w tym, że - jak pisał inny Zygmunt, Freud - nakaz ten stoi w głębokiej sprzeczności ze sposobem myślenia lansowanym przez naszą kulturę - opartym na egoizmie i poszukiwaniu szczęścia. Tę zasadę można uznać za sensowną, zaakceptować i wcielić w życie jedynie pod warunkiem, że ulegnie się mocy religijnej maksymy credere quia absurdum!
Kusi więc, by zadać pytanie: "dlaczego miałbym to czynić?", "czy to mi się opłaca?" Odpowiedź brzmi - nie! Nakaz "miłowania bliźniego swego" kłóci się zasadniczo z naturalnymi skłonnościami człowieka, jego pożądaniami i pragnieniami, jak również zdrowym rozsądkiem. Przypominanie tego przykazania wciąż pozostaje skandalem. Potwierdza to historia rabbiego Hillela, który poproszony o objaśnienie nauki Bożej w czasie na tyle krótkim, by słuchający mógł spędzić go stojąc na jednej nodze, jako jedną, a przy tym wyczerpującą odpowiedź, zawierającą w sobie wszystkie Boskie przykazania, przywołał wezwanie: "miłuj bliźniego swego jak siebie samego".
Nakaz ten wymaga, powiedzą zwolennicy życiowego realizmu, rzeczy niemożliwych: jak mam miłować swojego wroga? Jak pomóc złoczyńcy, który ograbił mi dom? Jak przebaczyć oprawcy, który zabił ukochane dziecko? Zgoda: przykazanie miłości wymaga heroizmu. I właśnie dlatego, że żąda od człowieka rzeczy niemożliwych, jest miejscem narodzin człowieczeństwa. "Wszystkie inne uznane powszechnie formy współżycia, podobnie jak stojące za nimi reguły, przyjęte apriorycznie lub przyjęte z doświadczenia, tworzą tylko (zawsze niepełną) listę przepisów tego nakazu. Gdyby zignorować go lub odrzucić, nie byłoby komu układać owej listy ani głowić się nad jej uzupełnieniem" (RO, s. 187).
Także nauczanie innego rabbiego, Jezusa z Nazaretu, najeżone jest nie-ludzkimi wymaganiami: "kto cię uderzy w prawy policzek, nadstaw mu lewy", "miłuj swoich nieprzyjaciół", "jeśli kto prosi cię, byś poszedł z nim siedem kroków, idź siedemdziesiąt siedem". Czy Jezus stawiałby takie zadania, gdyby nie wierzył, że człowiek im nie sprosta? Czy nakładałby na barki istoty ludzkiej ciężary nie do udźwignięcia? To prawda, że człowiek rzadko staje na wysokości zadania. Czy to jednak znaczy, że mamy przestać się starać, zrezygnować z heroizmu, jakim dziś jest - czyż to nie paradoks?! - gest dobroci. Zmiana obyczajów ludzi żyjących w epoce płynnej nowoczesności jest zadaniem na miarę człowieka. Zadaniem nie tylko wykonalnym, ale i koniecznym.
Koniecznym, gdyż w płynnym i niestałym świecie aż roi się od wykluczonych, poniżonych, wyrzuconych na margines istot ludzkich - naszych bliźnich. Ale znów można pytać: w imię czego mam się opiekować moim bliźnim? Albo inaczej: Kainie, gdzie jest Abel, brat twój?
Francuski filozof Emannuel Levinas, którego myśl w twórczości Zygmunta Baumana zajmuje miejsce szczególne, pisał, że twarz człowieka stawia opór: nie w sensie fizycznym, lecz etycznym. Nie jest to opór, który stawia silny człowiek napastnikowi, ale opór etyczny, który bije z oczu, coś, co nas jednocześnie wzywa do pomocy. To sytuacja, kiedy słyszymy dzwonek do drzwi, otwieramy je i nikogo nie ma, prócz pozostawionego na progu niemowlęcia. Wydarzenie to odczytujemy jako apel, gdyż wartość apeluje. Wartość nie ma siły fizycznej, tylko moralną. Dlatego Levinas nazywa twarz mistrzem, a zarazem wdową, sierotą, obcokrajowcem. Wdowa i sierota to ktoś pozbawiony opieki, obcokrajowiec to ktoś narażony narażony na brak tolerancji.
Bauman wyciąga konsekwencję z intuicji Levinasa i dopowiada: jeśli dziś nie zatroszczymy się (bez wzajemności) o tych, których głosu nikt nie słyszy, świat uczynimy nieludzkim. A to by oznaczało, że człowiek zgubił swoje człowieczeństwo. Polski socjolog jednak nie wierzy, by mogło to kiedykolwiek nastąpić. Zawsze znajdzie się owych 36 sprawiedliwych, którzy ocalą człowieczeństwo. Dzięki Bogu!

*


Czytając książki Zygmunta Baumana można się buntować: przecież miłość nie jest dziś tylko towarem, obywatel nie jest tylko konsumentem, a gesty ludzkiej solidarności nie są tylko zagłuszaniem wyrzutów sumienia. Przecież raju na ziemi zbudować się nie da, ludzie nie są aniołami. To prawda: ale wytrawny filozof i przenikliwy socjolog nie może pozwolić sobie na luksus utraty intelektualnej czujności. Jeśli czasami kreśli nadto surowy obraz naszego wspólnotowego życia, to tylko po to, by obudzić nas z letargu. Podług starej zasady, że warto dmuchać na zimne...

Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny