"Tygodnik Powszechny", Nr 24 (2814), 15 czerwca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/ksiazki/24/ksiazki05.php Joanny Pollakówny słowo ostatnieOgarnąłeś mnie chłodem...
Jacek Łukasiewicz
Ostatni tom wierszy Joanny Pollakówny, ułożony przez nią przed śmiercią, odczytujemy jako jej słowo ostatnie. Od odejścia poetki nie minął jeszcze rok. Są to wiersze o śmierci, jest w nich perspektywa religijna, a zarówno ten temat, jak i ta perspektywa obecne były w dawniejszych jej wierszach, a także - choć inaczej - w jej książkach o malarstwie.
Nie oswoisz go nigdy, bo nie jest mieszkalny. Domu tu nie rozkładaj a tylko z mozołem wbijaj Krzyż - uścisk skrzyżowanych pali. I patrz weń. Patrz aż światłem się zapali. Ginie wszystko. W wierszu "Osoba": "Ta wewnętrzna - / z głębokiej odczuwana strony / roztłucze się jak dzbanek / z ręki wypuszczony". A zewnętrzna "strwoni się" w "stu źrenicach", w cudzych spojrzeniach. Czytaliśmy o tym już we wcześniejszych wierszach Joanny Pollakówny, zwłaszcza w wydanej w roku 1999 "Skąpej jasności". Modliła się tam: "Jak ze szkła wodną parę / nagle wszystko zetrzesz" ("Tyleś zamknął..."). Jeśli jest coś, co można zobaczyć, a co może prowadzić do innej rzeczywistości, to jest tym światło, ale cząstkowe, porcjowane. Nieuchwytne i chłodne ("W szczelinę / między bólem i tobą / wiotka jasność wpłynie, / niby czegoś lub kogoś chłodne rozumienie" - "Co mówi ból", luty 95). Gdzie indziej to "blada poświata", tytułowa "skąpa jasność". Albo najczęściej zupełnie inaczej: jest to światło przenikające, ostre jak strzał: "rozedrzeć by to życie jak sinawą chmurę, / przez której nagły otwór / z naddartym konturem / strzeli promień - i ostrzem / nakaże kierunek" ("Od zmęczenia matowe...", luty 92). Pollakówna była poetką bólu, jak Aleksander Wat. Po opuszczeniu "zrujnowanego, niemieszkalnego" ciała zostawia się razem z nim wszystko inne: urodę świata, dzieła sztuki wraz z zawartymi w nich przeczuciami metafizycznymi (w blaskach na przedmiotach, rysach portretowanych osób, w czarnych tłach), bliskich ludzi, nasze postrzegania zmysłowe. Granica śmierci jest bowiem dla tej poetki radykalna, umieramy w pełni ogołoceni, kończy się nasze mieć, zostaje tylko być. Niczego przez śmierć nie przeniesiemy. To męczyło już innych polskich poetów. Wracał do tego w swoich wierszach Herbert. Jastrun (za Rilkem) sądził, że widzi blask z tamtej strony i przenosi go w poezji na tamtą stronę - jakby z powrotem. Nie mamy już form, formy sztuki (naszej sztuki) także przestają być naszymi, również wtedy, gdy światło ukazujące urodę ziemi, jawi się w kłamliwym majestacie alegorii: królewskim, klasycystycznym wjazdem "szczęścionośnego słonecznego blasku" ("Cud słońca"). A jeśli:
że za rozpaczą śmierciami i grozą jest coś jak słońca spoza chmur eksplozja milcząca świętość wylana na świat Jest więc w tym zwłaszcza ostatnim tomie coś, co nie tylko nie wyraża dumy z krystalizacji wiersza, lecz podkreśla niedoskonałość, jeśli nie swoisty fałsz poetyckiej miniatury. Dlatego znajdują się w tym tomie chropowatości rytmiczne, spotkamy rym niedokładny, gdy właśnie oczekujemy dokładnego. A czasem przeciwnie: rym potoczyście porywa i mówi się wtedy do swojej duszy "przejrzystej i biednej" rytmicznym dystychem, by zapomniała o ciele, nie pytała "o skryte" i popłynęła "w szafir nieba czysty bez granic i bez dna" ("Że ta uroda śmiercią jest podszyta..."). Ale takie łagodne wizje ustępują innym, tym, w których światło jest ostre, "Nieubłagane piękno świata" brata się z bólem (pod pędzlem wielkiego Wenecjanina - "Pietŕ Belliniego"). A to, co widzialne, "zestrzeli się" w "strzałę żywego ognia". Życie dopełnia się w milczeniu, widocznym w oczach starzejącego się, ufryzowanego, drewnianego i smutnego aniołka na okładce. Milczenie jest wymowne, ale tylko wtedy, gdy rozciąga się pomiędzy wypowiedziami. Krótkimi, bo poezja liryczna i w ogóle sztuka - przy całym swoim bogactwie, przepychu, różnorodności - ma bardzo mało możliwości wypowiadania intuicji, odczuć przeczuć, przeświadczeń czy rozpoznań tego, co ostateczne. |