adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Ksiazki nr 24/2003

„Książki w Tygodniku”
„TP” nr 24/2003



  Tygodnik Powszechny


  Felietony

  Tematy miesiąca


STAŁE DODATKI

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

JAZZ W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Lektura miesiąca: o prozie wspomnieniowej Michała Głowińskiego

Punkty pamięci

Juliusz Kurkiewicz

Wersja do druku
Napisz komentarz

Głównym bohaterem książek wspomnieniowych Głowińskiego jest świadomość narratora-opowiadacza. Książki te układają się w przewrotną opowieść rozwojową, której bohaterowi zaoferowano modelową edukację dwudziestowieczną.

"Opowiadanie jest stałym bytu cieniem, jego koniecznym składnikiem, a może nawet - w jakimś sensie - samym życiem, skoro nie można umieścić go poza jego obszarami, wyrzucić w czeluście, znajdujące się z dala od jego granic. Opowiadam, więc jestem" - pisze Michał Głowiński w tekście zamykającym najnowszy tom jego opowieści, "Historię jednej topoli". Czy wydana właśnie "Historia...", wraz z "Czarnymi sezonami" (1998) i "Magdalenką z razowego chleba" (2001) stworzy wspomnieniową trylogię? Zamknięcie tomu metaliteracką refleksją o naturze samej czynności opowiadania mogłoby na to wskazywać, wszak od refleksji o pisaniu rozpoczynały się "Czarne sezony". Nawet jeśli tak się nie stanie i za jakiś czas będziemy mogli postawić na półce kolejny tom prozy autora "Nowomowy po polsku", i tak pewne jest, że właśnie szczególna literacka samoświadomość w znaczącym stopniu decyduje o odrębności tego zjawiska.

Michał Głowiński


Śmierć jako granica

Z wypowiedzi, których Michał Głowiński udzielił po ukazaniu się "Czarnych sezonów", tomu wspomnień opowiadającego o wojennych doświadczeniach urodzonego w 1934 roku autora, wynikało, że do tematu Zagłady nie zamierza on w najbliższym czasie wracać. Sprawa okazała się bardziej skomplikowana. "Magdalenka z razowego chleba" opowiada wprawdzie przede wszystkim o czasach stalinowskich, zaś "Historia jednej topoli" koncentruje się na latach następujących bezpośrednio po zakończeniu II wojny i opisuje dogorywanie niedobitków żydowskiego świata w powojennej Polsce, zagładę po Zagładzie. Jednak bez względu na czas i miejsce świadomość opowiadacza-bohatera jest określana przez przeżycia wojenne. Słowo "przeżycie" jest tutaj nieprzypadkowe - jak podkreśla Głowiński, oznacza ono nie tylko ocalenie, przetrwanie w sensie czysto fizycznym, ale przede wszystkim mające wpływ na osobowość uwewnętrznione doświadczenie, które Irit Amiel nazwała "osmaleniem".
Książki Głowińskiego nie opowiadają jedynie o Zagładzie, ale właśnie w przypadku tego tematu szczególnie ostro rysuje się zagadnienie "zapisywania pamięci", z którym musieli zmierzyć się wszyscy pisarze zajmujący się Holokaustem, od Nałkowskiej i Borowskiego po Irit Amiel i Idę Fink. Bo jak utrwalać to, co się ostało w pamięci? Trzeba się posłużyć jakąś istniejącą literacką konwencją bądź powołać do istnienia konwencję nową. Głowiński z całą mocą podkreśla, że między przywoływanymi z niepamięci zdarzeniami a ich literacką rekonstrukcją nie ma oczywistego przejścia. Przejście to jeszcze trudniej wyznaczyć, gdy w grę wchodzą traumatyczne doświadczenia wykraczające poza wymiar jednostkowy, a do tego udokumentowane ogromną liczbą spisanych świadectw. Okrutny paradoks, z którym musieli zmierzyć się piszący o Holokauście, polegał na tym, że same dobre intencje, pragnienie złożenia świadectwa, były niewystarczające. Temat ubrany w nieodpowiednią formę nieraz obracał się przeciw autorowi, a zgrzyt wynikający z nieodpowiedniego ujęcia bywał w tym przypadku szczególnie dotkliwy. Zarzuty wobec autorów, którzy nie potrafili Zagłady opisać, też miały szczególny ciężar - towarzyszyło im bowiem niewypowiedziane przekonanie, że skoro nie potrafią, lepiej zrobiliby nie zabierając głosu.
Z tych wszystkich trudności Głowiński zdaje sobie doskonale sprawę. Dlatego pisząc, świadomie przyjmuje na siebie szereg ograniczeń, a także zmusza czytelnika do pamiętania o sprawach, które zazwyczaj pomija się milczeniem. Być może najważniejszą taką prawdę, o której powinniśmy pamiętać sięgając po literaturę o Zagładzie, w tym po książki samego Głowińskiego, da się zamknąć w stwierdzeniu, że śmierć jest granicą dla pisarstwa. Śmierci żaden pisarz adekwatnie opisać nie może, bo jej nie przeżył, tak więc opowiadanie o "sezonie wielkiego umierania" jest w najlepszym razie obarczone pewną dozą zarozumialstwa, w najgorszym zaś - bywa literacką hochsztaplerką. Opowiadanie o śmierci, także o tym rodzaju umierania, który stał się powszechny w "czarnych sezonach", jest zawsze opowiadaniem z perspektywy żywych, jest więc opowiadaniem raczej o przeżyciu niż o umieraniu.

Poetyka fragmentu





Inną kwestią jest kwestia samej formy literackiej. Głowiński wybiera poetykę fragmentu (którą posłużył się już wcześniej w "Przywidzeniach i figurach", zbiorze "małych tekstów" na rozmaite tematy) dlatego, że ta najlepiej odpowiada mechanizmom pamięci, dzięki którym samo opowiadanie o przeszłości jest w ogóle możliwe, a także dlatego, że inne formy, szczególnie powieściowe, lepiej służą mówieniu o trwaniu niż o końcu. W "Historii jednej topoli" Głowiński wyjaśnia, dlaczego nie napisał rodzinnej sagi: "Nie można pisać sagi rodzinnej, która byłaby opowieścią o zniknięciu pewnego świata, o jego fizycznym końcu. To prawda, jedna z najwybitniejszych powieści tego typu, niewykluczone, że wśród wielopokoleniowych epopei rodzinnych w ogóle najznakomitsza, nosi podtytuł "Dzieje upadku rodziny". Upadek rodziny jest tu wszakże przypadkiem indywidualnym i swoistym, w żaden sposób nie równa się unicestwieniu świata, w którym owa rodzina istniała, nie zamyka się wizją drzwi, za którymi znajduje się już tylko przepaść, gettowe mury i krematoryjne kominy. (...) A w takich przypadkach formy epickie, choćby problematyczne i zdegradowane, rozpadają się".
Wybierając poetykę fragmentu, którą posługuje się we wszystkich trzech książkach wspomnieniowych, Głowiński stara się być wierny swej pamięci. "Czarne sezony" opatruje zastrzeżeniem, że nie zamierza wypełniać luk pamięci fabularną watą, czego rezultatem jest zbiór ułożonych chronologicznie literackich okruchów - opowieści o wydarzeniach błahych (jak opowieść o kupionym w getcie ciastku, wyrwanym bohaterowi z ręki przez wygłodniałego chłopca) i poważnych (jak samobójstwo dziadka ze strony ojca). W "Magdalence..." i "Historii..." zabiegiem szczególnie często stosowanym jest użycie literackiego trybu przypuszczającego, służące przedstawianiu hipotetycznych losów portretowanych postaci, snuciu domysłów na ich temat, ale o stosowaniu tego zabiegu czytelnik za każdym razem jest uprzedzony. W końcu w "Magdalence", w części zatytułowanej "Mieszaniny podróżne", znalazły się opowieści o podróżach (przedwojennych, współczesnych, ale też wojennych, najstraszniejszych), w których pojawiają się elementy literackiej fikcji, o czym czytelnika również uprzedzono. Mamy więc swoiste continuum wierności pamięci, które jest też continuum nasycenia fikcyjnością. Warto zauważyć, że tam, gdzie chodzi o przeżycia z okresu Zagłady, autor jest najmniej skory do szafowania literacką fikcją.
Temat Zagłady dysponuje już własnym słownikiem, wątpliwości tego, który o Zagładzie pisze, nie ograniczają się do wyboru określonej literackiej formy, sięgają poziomu poszczególnych słów. Kilka lat temu mówił o tym Głowiński w ważnej rozmowie z Anką Grupińską na łamach "Tygodnika Powszechnego". Czy pozbawione zastrzeżeń przyjęcie rozmaitych określeń nie jest de facto niebezpiecznym kompromisem, zgodą na dyskurs stworzony przez oprawców? Takie terminy jak "aryjska strona" czy "selekcja" są eufemizmami, słowami, które ukrywają swą istotną treść. Podobne wątpliwości budzą inne terminy, choćby samo określenie "Holokaust", które dzięki niesionym przez siebie asocjacjom religijnym zakłada pewien sposób rozumienia opisywanego przez siebie zjawiska.
Głowiński długo zastanawia się, jakim słowem określić swą ucieczkę z warszawskiego getta, w końcu podkreśla, że również słowo "wyjście", które w końcu wybrał, jest nieadekwatne: "posługuję się tym słowem tylko dlatego, że nie mam na podorędziu innego, takiego, które nadawałoby się bardziej; "ucieczka" w moim odczuciu jest jeszcze mniej odpowiednia. Oczywiście, ma ono wspaniałe konotacje, przywołuje świat biblijny, nie użyłbym jednak wyrazu exodus, dlatego, że odniesiony do tego rodzaju wydarzeń brzmiałby zarówno uwznioślająco, jak i pretensjonalnie.(...) W historiach, które złożyły się na Zagładę, nie ma analogii nawet do najokrutniejszych epizodów z Biblii. Księga, także w tych fragmentach, w których nie ustrzegła się opowiadania o wydarzeniach porażających, czy wręcz potwornych, ustanawiała zawsze pewne wartości, przyjmowała, że w świecie istnieje pewien porządek, mający swoje sensy."
Tak jak na język służący opisywaniu Zagłady, Głowiński jest również wyczulony na monopolistyczny język stalinowskiej propagandy, zamykający usta tym, którzy nie chcą się nim posługiwać. Znów mamy do czynienia ze swoistą demaskacją przemocy, nie tyle fizycznej, co intelektualnej. Zresztą te dwa typy przemocy zazwyczaj chodzą ze sobą w parze.

Antywiedza i antybohaterowie

Głównym bohaterem książek Głowińskiego jest świadomość narratora-opowiadacza. Książki te układają się w przewrotną opowieść rozwojową, w której bohaterowi zaoferowano modelową edukację dwudziestowieczną: przede wszystkim odczute na własnej skórze zetknięcie ze skutkami dwu totalitaryzmów. Wiedza, jaką świat chce przekazać bohaterowi, jest właściwie antywiedzą, mówi ona o niemożliwości znalezienia porządku, o tym, że żadne reguły etyczne ludzi nie obowiązują i że żadne zasady metafizyczne rzeczywistością nie władają. Opowiadacz musi co chwilę podważać literacką zasadę prawdopodobieństwa, gdyż nie da jej się zastosować do opisu rzeczywistości, którą rządzi przypadek. Bohaterowie, których spotyka, są antybohaterami albo reprezentującymi cały katalog ludzkich małości i resentymentów, albo okaleczonymi przez wydarzenia w stopniu nie mniejszym niż on sam.
Narrator z perspektywy lat przyjmuje wobec innych taktykę zoologa, rozglądającego się po nieprzebranym bogactwie ludzkiego świata, tropiącego mechanizmy rządzące ludzkim zachowaniem, myślowe odruchy warunkowe i duchowe paradoksy. Spod tej obserwacji nie wyłącza swej własnej osoby, nie cofa się przed bezwzględnym sprawozdaniem z własnych postaw (nie tylko wtedy, gdy opisuje swe zauroczenie ideologią komunistyczną, ale też wtedy, gdy mówi o swej obojętności w obliczu choroby i śmierci babki). Jego dominującym uczuciem jest zdziwienie: jak możliwa jest taka podłość, jak możliwe jest takie pomieszanie dobra i zła, istniejących obok siebie, w jednym człowieku, jak możliwe jest wreszcie ludzkie bohaterstwo w takim świecie? Rozdzielenie tego, co tragiczne, i tego, co komiczne, tutaj nie obowiązuje, źródłem ludzkiej śmieszności jest często nieszczęście.
W świecie opisywanym przez Głowińskiego próżno by szukać przewodnika, mistrza, nauczyciela życiowej prawdy. Rezultatem takiej edukacji jest właściwie duchowy regres: zamiast otwarcia na świat - strach przed nim, zamiast coraz pełniejszego uczestnictwa w życiu - otępienie i izolacja. Akt pisania jest w tym przypadku przezwyciężaniem tej antyedukacji, procesem otwierania się na świat, zdobywania się na ton intelektualnego dystansu, opatrywania swych przeżyć przypisami. Już samo posłużenie się literacką formą jest przecież aktem porządkującym, szeregowaniem tego, co uszeregować się nie da, namiastką ładu.
Ograniczeniem świadomości opowiadacza jest pamięć. Jest to "pamięć punktowa", tożsama, jak podkreślał Głowiński w rozmowie z Anką Grupińską, z niemożliwością zapanowania nad przestrzenią (czy: przestrzeniami) przeszłości. Czas nie może zostać odzyskany, pamięć punktowa niczego nie rekonstruuje, nie jest w stanie ustalić prawidłowego porządku czasoprzestrzennego.

W sieci pamięci

W opowieści z "Historii jednej topoli" Głowiński portretuje staruszkę od lat szukającą zgubionej parasolki, żyjącą w przekonaniu, że zgubiła ją niedawno: "W mentalnym świecie pani Anieli różne rzeczy się pomieszały, czas utracił swą linearność, jego segmenty nie następowały po sobie, w konsekwencji powstała czasowa pulpa, nieokreślona i zbełtana, w której zginęły czasowe przedziały oddzielające to, co zdarzyło się przed laty, nawet w odległych przestrzeniach dzieciństwa, od tego, co stało się niedawno, można by powiedzieć: w zasięgu ręki". Takie wypaczenie pamięci jest tylko skrajnym przypadkiem. Jednak nawet "zdrowa" pamięć jest często obarczona błędem, bo przeprowadza swoje własne odkształcenia i nieoczekiwane skojarzenia poza naszą wiedzą i wolą. W wysiłku odnajdywania przeszłości pamięć wyławia z ludzkiego pejzażu jedynie pojedyncze twarze i przedmioty, które przestają być częścią magmowatego tła. Pamięć taka może być porównana do sieci, "przez której oka przelatuje wiele, ale coś zawsze zostaje". Tak więc stosunek Głowińskiego do zjawiska, które nazywamy pamięcią, jest dwoisty: naznaczony zwątpieniem czy nawet rezygnacją, ale też pełen ufności. "Nie ma bowiem stałych punktów na mieście, bo i one zatapiane są przez fale czasu, ale być mogą (i są) - w pamięci". W dwudziestym wieku procesy znikania, stanowiące od zawsze nieodłączną część ludzkiego doświadczenia, uległy porażającej barbaryzacji. Michał Głowiński jest jednym z tych, którzy to dwudziestowieczne doświadczenie znikania próbują opisać.

Michał Głowiński wypowiadał się na temat pisania o Zagładzie w obszernej rozmowie z Anką Grupińską, opublikowanej w "TP" ("Kontrapunkt") z 25 marca 2001.


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny