adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Ksiazki nr 24/2003

„Książki w Tygodniku”
„TP” nr 24/2003



  Tygodnik Powszechny


  Felietony

  Tematy miesiąca


STAŁE DODATKI

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

JAZZ W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Czy Śląska już nie ma?

Z Henrykiem Wańkiem, autorem "Finis Silesiae", rozmawia Aleksandra Klich

Wersja do druku
Napisz komentarz

ALEKSANDRA KLICH: - Tytuł Pana najnowszej książki "Finis Silesiae" brzmi jednoznacznie: Śląska już nie ma. Co się z nim stało?

HENRYK WANIEK: - Żeby to wyjaśnić, trzeba się cofnąć do października 1794 roku. Tytuł jest trawestacją słynnego okrzyku: "Finis Poloniae!", jaki miał wznieść Kościuszko po przegranej bitwie pod Maciejowicami. Tak przynajmniej napisano w "Südpreussische Zeitung" z 25 października 1794. Kościuszko później zaprzeczał, choć Polska rzeczywiście się skończyła. Ale coś z niej pozostało.
Na początku mojej pracy nad książką "Finis Silesiae" pojawiło się jako tytuł roboczy. Nawet fakt, że manuskrypt pod takim tytułem otrzymał nagrodę Fundacji Kultury, jeszcze nie przesądzał sprawy. Kiedy Wydawnictwo Dolnośląskie przystąpiło do edycji, zaproponowałem inny "Görlitz- -Gleiwitz, 23:55". Ale przeważył marketing i opinia Tadeusza Różewicza, która dla wydawnictwa jest święta.

- Inspiracją do napisania tej powieści były fotografie zamieszczone w niemieckim albumie wydanym w 1939 (drugie wydanie 1940) roku we Wrocławiu. Pejzaże Śląska sprzed wybuchu II wojny światowej to rzeczywistość zupełnie zapomniana?

Henryk Waniek jest malarzem, pisarzem, scenografem, tłumaczem. Maluje symboliczne pejzaże, w których spotykają się wpływy realizmu magicznego i surrealizmu. Urodzony w 1942 roku w Oświęcimiu, do Katowic przeniósł się z rodzicami w 1945 roku, tutaj ukończył Wydział Grafiki w filii krakowskiej ASP. Od 1980 roku mieszka pod Warszawą. Jest autorem książek eseistycznych: "Hermes w Górach Śląskich" (1994), "Opis podróży mistycznej z Oświęcimia do Zgorzelca 1257-1957" (1996, nominowana do nagrody Nike i wyróżniona nagrodą rządu Dolnej Saksonii), "Pitagoras na trawie" (1997) oraz powieści "Dziady berlińskie".
- Te fotografie pokazują świat niewątpliwie zaginiony. Co więcej, był to świat z urzędową systematycznością skazany po roku 1945 na wyrzucenie z pamięci. Na szczęście urzędowe dekrety nie są w stanie wymusić zapomnienia. Problem tylko w tym, kto pierwszy odważy się powiedzieć o nagim królu. W odczuciu Kościuszki Polska skończyła się w 1794 roku. W odczuciu wielu Ślązaków - ich kraj po 1945 roku. Czy definitywnie? Chciałbym temu zaprzeczyć.

- Choć historia, którą Pan opowiada w "Finis Silesiae", jest wymyślona, to jednak jej punkt wyjścia, fotografie i ich autor Karl Franz Klose, są realne. Skąd pomysł wysnucia fikcji z rzeczywistości?

- Nie lubię zmyśleń. Piszę, a raczej przepisuję, rzeczy przeczytane gdzie indziej. Usłyszane. Zobaczone na murach domów, na fotografiach, śmietnikach, kawałkach bruku wystających spod asfaltu. Czytam stare szpargały z tym samym zachwytem, z jakim czytam krajobraz. Od Oświęcimia do Zgorzelca wędruję przecież od dawna. Po tej księdze, jaką jest dla mnie Śląsk. Wiele już z niej wyczytałem i jeszcze wiele zostało. Piszę tylko sprawozdania z tej lektury. I to całe moje autorstwo. Żadne lust zu fabulieren, pasja narratorska, jak to kąśliwie określił Goethe. Tylko ciężka, niewdzięczna robota kopisty.

- Gdzie Pan odnalazł ślady po apokalipsie, która zniszczyła niemiecką historię regionu?

- Wyczytałem je w tej dziurze, jaka powstała w śląskiej rzeczywistości. Nie zdołano jej zatkać gazetowym sloganem, propagandowymi wiecami ani nawet represją. W dzieciństwie, baraszkując pod meblami w naszym mieszkaniu, zauważałem przyklejone karteczki z napisem JOSEPH WEINHOLD, MÜHLSTRASSE 19 - KATTOWITZ O/S. Już jako pięciolatek miałem świadomość, że ktoś tu był przed nami. Moja matka jeszcze pamiętała Weinholdów. Starsi, dobrzy ludzie, których syn nie wrócił spod Stalingradu. Gdy w ramach wysiedlenia opuszczali Śląsk, zostawili dla mnie skrzynię zabawek po swoim synu. W przeciwieństwie do niego, mnie czekał tylko Stalinogród, który szczęśliwie przeżyłem. Ale z niepokojącym uczuciem, że żyję w świecie po końcu świata. I w tym sensie, może rzeczywiście finis...?

- Wielu mieszkańców Śląska odrzuca myślenie o regionie w perspektywie niemieckiej przeszłości. Dla nich historia zaczęła się w 1945 roku. Kilka miesięcy temu protestowali, gdy władze Chorzowa postawiły pomnik Fryderykowi Wilhelmowi von Redenowi, niemieckiemu przedsiębiorcy, dzięki któremu na początku XIX wieku rozwinęło się na Śląsku górnictwo i hutnictwo.

- Pomijając patologię lęków, kłamstwa kreowane przez polityczną obłudę, a w końcu i zwyczajną głupotę, widzę tu przede wszystkim problem prawdy. Wszystko zależy od tego, czy człowiek kieruje się na wygodny fałsz - czasem pod presją specjalistów od mieszania w głowach - czy woli trwać przy prawdzie. Wielu mieszkańców Śląska przybyło tu po roku 1945 i dla większości był to raczej wyrok niż wybór. Propagandowa i absurdalna wizja rewindykacji Śląska przez Niemców-rewizjonistów cementowała ówczesny, a też jeszcze dzisiejszy stan świadomości. W celu utrwalenia go żerowano na bliznach psychicznych, związanych z wojennym cierpieniem Polaków; na uprzedzeniach narodowościowych; na narodowej megalomanii.
Posunę się krok dalej i powiem, że życie w prawdzie nie jest naszą specjalnością narodową. Tak to już jest od co najmniej bł. Wincentego Kadłubka. Wolimy wino i śpiew. Mityczne rojenia i komfortowe iluzje. Bywa, że nie można inaczej. Ale przychodzi czas i zabawa się kończy.
"Finis Silesiae" pisałem nie ku rozrywce, ale starając się trzymać prawdy. Widziałem ją nie tylko na starych, niemieckich fotografiach, ale także w albumie własnej pamięci, gdzie również mam wiele zdjęć. Zresztą, czego jak czego, ale prawdy na świecie nie brakuje. Trzeba ją tylko chcieć widzieć. Właściwie dziwię się, że nikt przede mną nie napisał tej książki, bo przecież już dawno należało. Wiem, że dla wielu może być oburzająca, a przynajmniej bolesna. Pisałem to tak samo dla nich, jak i dla tych, którzy teraz telefonują do mnie i dziękują. Pewien rozmówca z Gliwic powiedział mi nawet: "proszę pana, Paul to właśnie ja".

Henryk Waniek, "Kleine Heuscheuer", 2001


- Co ten czytelnik odnalazł w bohaterze Pańskiej książki?

- Sam był mieszkańcem Gliwic, który do swej przyszłej żony jeździł do Bytomia. W tej długiej rozmowie dosłyszałem potwierdzenie tego, na co - pisząc tę książkę przez pięć lat - mogłem mieć tylko nadzieję. Że zostanę wysłuchany, właściwie odczytany i zrozumiany. Gdy ktoś mi teraz mówi: "Paul to właśnie ja", czuję w tym potwierdzenie mojej wiarygodności.

- Paul jest nietypowym Niemcem. Ma w sobie słowiańskie rozwichrzenie, nie potrafi się odnaleźć w hitlerowskich Niemczech. Typowy mieszkaniec pogranicza?

- Może stało się tak, bo do charakteru powieściowego Paula przedostały się właściwości autora. Ale w gruncie rzeczy nie wiem, co to takiego: typowy Niemiec, typowy Polak i tak dalej. W ludziach nie interesuje mnie typowość, lecz wyjątkowość. Zatem muszę odrzucić równanie: typowy Niemiec - typowy hitlerowiec, bo to tak, jakby powiedzieć: typowy Polak - członek PZPR. To sprzecza się z moją wiedzą o ludziach, o ideologicznej i obywatelskiej deprawacji, o humanistycznej prawdzie. Ale w rozdziale o spotkaniu Paula z polskim artystą w Katowicach próbowałem zarysować różnice psychologiczne między Niemcem a Polakiem. Zresztą jest tam cała galeria postaci i spraw, która obalają wszelkie narodowościowe symplifikacje. Bo przy całej swej banalności, życie nie jest grą prostych figur. To przecież labirynt, nie autostrada.
Co zaś do pogranicza. Poza granicami naturalnymi, czyli geograficznymi, istnieją tylko sztuczne twory, płody politycznych kompromisów albo prowokacji. Szczególnie odczuwało się to na Śląsku. W świecie ludzkim obowiązywać powinny jedynie granice przyzwoitości i rozsądku. W ostatnich latach słowo "pogranicze" jest wyraźnie nadużywane. Służy jako proteza, podtrzymująca zachwianą równowagę poznawczą. "Pogranicze" usiłuje zmonopolizować całą złożoność i głębię procesów społecznych, kulturowych i politycznych etc., które mogą mieć miejsce dosłownie wszędzie. To, co przypisujemy "pograniczu", występuje tak samo na warszawskiej ulicy, jak w Nowym Jorku czy w Berlinie.

- Miłość dwojga bohaterów, Niemców, rozpada się tak jak rozpada się świat, w którym żyli. Cierpienie i krzywdy nie są losem wyłącznie Polaków?

- To prawda. Wszystko, co dzieje się w "Finis Silesiae", usiłuję przedstawić z czysto ludzkiej perspektywy. Dwie rzeczy - poza tymi, o których już mówiłem - były dla mnie zasadnicze. Jedna to demontaż naszych nacjonalistycznych iluzji - a właściwie ordynarnych kłamstw - odnośnie do Śląska. Drugą sprawą była próba rachunku za okaleczenia dokonane na cywilizacyjnym krajobrazie tej ziemi w ramach powojennego odwetu. Niemniej staram się unikać oskarżeń. Robię to raczej w kategoriach uczuciowych, a nie prokuratorskich. Napisałem, co wiem. Interpretacje to sprawa czytelników.

- Pańska koncepcja Śląska zakłada, że Śląsk bez Niemców to Śląsk uboższy. Co więc straciliśmy, tak radykalnie odcinając się po 1945 roku od niemieckiej kultury? Wbijając do głowy dzieciom ballady Mickiewicza i zapominając o Josephie von Eichendorffie, słynnym niemieckim poecie romantycznym urodzonym pod Raciborzem, a pochowanym na cmentarzu w Nysie? Wymagając czytania "Łyska z pokładu Idy" Gustawa Morcinka i przemilczając "Pierwszą polkę" gliwiczanina Horsta Bienka?

- Ależ nie trzeba żadnej koncepcji ani założeń, by stwierdzić, że nie tylko kultura śląska, ale kultura polska w ogóle ma ogromny dług wdzięczności u Niemców, rzemieślników, artystów, prawników, kupców, przemysłowców. To również oni od wczesnego średniowiecza europeizowali naszą kulturę. Niestety, dramaty XX wieku położyły na tym fakcie głęboki cień. Lecz mimo bismarckowskiego Kulturkampfu i nazistowskich zwyrodnień z jednej strony oraz antyniemieckiej pomysłowości Wersalu, Warszawy i Moskwy z drugiej, na Śląsku Polak, Niemiec, Żyd i Czech zawsze byli sąsiadami. Różnie bywało, jak to w sąsiedztwie, ale znacznie lepiej niż tam, gdzie Polak ma tylko Polaka za sąsiada.
Obawiam się, że tak postawione pytanie prowokuje do konfrontacji kulturalnej: Polska kontra Niemcy na ringu Śląska. To niepotrzebne. Nie tylko dlatego, że w ostatecznym rachunku nasz kulturalny i cywilizacyjny wkład okazuje się jednak skromniejszy, ale również dlatego, że nie ma kogo przeciwstawić Eichendorffowi. Wszak o Mickiewiczu trudno powiedzieć, że był Ślązakiem. Z kolei Horst Bienek, który stworzył wizerunek Śląska chyba prawdziwszy niż ten Morcinka, Kossak-Szczuckiej czy Szewczyka, był przecież, podobnie jak Janosch [niemiecki pisarz urodzony w Zabrzu, znany głównie z filozoficznych opowiastek dla dzieci - red.] - wygnańcem. Śląsk Bienka zawędrował gdzieś do Monachium, a Janoscha nawet na Wyspy Kanaryjskie. Witold Szalonek wygodniej czuł się w Berlinie niż w Katowicach, a Kazimierz Kutz w Warszawie jest bardziej Ślązakiem, niżby nim był w Szopienicach. Śląsk to nie tylko miejsce zdefiniowane geograficznie, jest on również zjawiskiem eksterytorialnym. Jest mitem i legendą, której przejawy są rozlane po całym świecie i wyrażane w różnych językach. Więc prawdę mówiąc, nie mam żadnej koncepcji Śląska. Niczego nie zakładam. Naginanie rzeczywistości do koncepcji i założeń jest mi zasadniczo obce. Śląsk w swej historii bezustannie padał ofiarą różnych politycznych konceptualizmów, u podłoża których niezmiennie stał nacjonalizm, raz niemiecki, raz polski, później znów niemiecki - nazistowski tym razem - i polski, komunistyczny na odmianę. Więc może wystarczy tego. Szczególnie teraz, gdy ze Śląska wciśnięto już niemal wszystko, co się dało, zostawiając w podzięce tylko ubóstwo, bezrobocie, przestępczość i pewną ilość skandali gospodarczo-finansowych.

- Czy wyciśnięty, jak Pan to określił, Śląsk ma coś jeszcze do zaoferowania? A może to właśnie dziś obserwujemy prawdziwy koniec tego regionu?

- W naszych czasach kończy się epoka eksploatacji i przemysłu według wzoru XIX-wiecznego. Jeśli uznamy, że Śląsk był tylko węglem, stalą i etosem pracy, to oczywiście - finis Silesiae! Ale poza pokładami węgla są tu jeszcze nieprzebrane zasoby materiału historycznego, socjologicznego, artystycznego, o sportowym (Małysz!) nie zapominając. A specjalnie wyróżnić chciałbym zalegające pod Śląskiem pokłady prawdy. Przepraszam, że tak natrętnie wracam do tego słowa, ale prawda również jest skarbem tej ziemi. Należy zacząć go wydobywać. Gdy już drukowała się "Finis Silesiae", rozmawiałem z prezesem Wydawnictwa Dolnośląskiego Andrzejem Adamusem i on mi powiedział, że mu się wszystko podoba, tylko dlaczego ta książka jest smutna? Ja mu na to, że może ma rację, ale ona jest przede wszystkim o prawdzie, a prawda - tak powiedziałem - ma przyszłość. I od razu zrobiło się weselej.

- Może wcześniej taka książka nie powstała dlatego, że polski Śląsk cierpi na chroniczny brak nie tylko literatury, ale i własnych literackich tradycji?

- Nie zgadzam się z tak radykalnym postawieniem sprawy, choćby ze względu na obfitość talentów literackich (zresztą nie tylko, bo i muzyka, plastyka, film etc.) w ostatnim ćwierćwieczu. Lecz i wcześniej nie było z tym aż tak źle. Szczególnie gdy zważyć na rozległość Śląska, bo to i Katowice, i Gliwice, również Opole, Wrocław, nie wspominając o innych ośrodkach oraz o "śląskiej diasporze".
Pamiętajmy też, że Górny Śląsk i jego artystyczny potencjał był trzymany w ciasnym gorsecie polityczno-policyjnego nadzoru. Poza tym dla wielu lokalnych talentów zabójczy stał się pewien "kompleks śląski". Region ten został ośmieszony w oczach całego narodu. Kto mógł, uciekał jak najdalej od tej polskiej Katangi, wszędzie było łatwiej być Ślązakiem niż tutaj, gdzie rządził i królował Herrenvolk. Raz polski, raz niemiecki. Ten lud był odwiecznie terroryzowany, cynicznie wykorzystywany, zdradzany. Również jego zasoby pisarskie. Tradycja literacka jest funkcją ciągłości i rzeczywistego, lokalnego rezonansu. Nie chcę wspominać już o obowiązkach państwa, a w tym wypadku władz regionalnych, względem kultury. Miejmy nadzieję, że ta tradycja, tu i ówdzie zwichnięta, właśnie się kształtuje.

- Ale po pierwsze: Górnoślązacy, w odróżnieniu od Dolnoślązaków, nigdy nie ufali zbytnio w siłę słowa. Stefan Szymutko, literaturoznawca, w "Nagrobku ciotki Cili" napisał, że signifie, to, co oznaczane, zawsze miało dla Ślązaków większą wartość od signifiant - tego, co znaczące. Słowo jest nietrwałe i relatywne, prawdziwą wartość ma życie, nie literatura. Może to powód braku - bo będę się przy tym upierać - dobrej śląskiej literatury. Po drugie: Śląsk nie doczekał się np. powieściopisarzy takich jak Huelle czy Chwin na Pomorzu. A to przecież też pogranicze poplątane etnicznie.

- Żeby ogarnąć w całości dotkniętą tu sprawę, musielibyśmy wypłynąć na ocean tragicznie przemilczanych lub cynicznie zakłamanych faktów. Nie jestem literaturoznawcą, więc ograniczę się tylko do uwagi, że Arno Lubos - mimo usiłowań Wilhelma Szewczyka, niemal zupełnie u nas nieznany pisarz i historyk literatury - sporządził wyczerpujący rachunek skarbów literatury śląskiej, uwzględniając zarówno niemiecko- jak i polskojęzyczne, od renesansu aż po wiek XX. O niektórych powodach zapoznania tego skarbu już wspominałem. Dałoby się ich znaleźć więcej, ale mniejsza już o to, dlaczego Ślązacy August Scholtis czy Hans Lipinsky-Gottersdorff, nie mówiąc o innych pisarzach, byli popularni w komunistycznej Czechosłowacji, natomiast w PRL-u w ogóle ich nie było.
Manifestują się tu dwie rzeczy, obie godne ubolewania. Pierwsza to zawzięta, niemal psychotyczna antyniemieckość tak zwanego Ducha Polskiego. Druga to ubóstwo kultury mieszczańskiej w historii polskiej. Więc raczej szabla niż szewskie szydło. Raczej ryngraf na piersi niż solidna praca na chleb. A jeśli bicie w pierś, to raczej w cudzą niż we własną. Po Powstaniach Śląskich tę część ziemi, która przypadła Polsce, poddano tzw. repolonizacji. Przyjeżdżali tu fachowcy, którzy uczyli Ślązaków polskości, zamiast samemu uczyć się europejskości. W pierwszych dniach września 1939 akolici wojewody Grażyńskiego w liczbie 30 000 osób wskoczyli do swoich limuzyn, zostawiając samotną garstkę patriotów śląskich na pożarcie największej wówczas armii świata. Tyle Śląskowi dała wówczas na dowód swych uczuć Najjaśniejsza Rzeczpospolita.
Co zaś do górnośląskich inklinacji ku życiu kosztem słowa czy literatury - może i nawet tak jest, jak Pani twierdzi. Ale człowiek mający coś do powiedzenia nie zastanawia się nad trwałością czy relatywnością słowa. W samej rzeczy, i ja również uważam, że życie jest ponad literaturą. Pisząc, wystrzegam się uprawiania pięknego werbalizmu, tak cenionego przez maniaków formy. W tym sensie w ogóle nie zajmuję się literaturą. Nie tyle piszę, co mówię, tylko że wolę mówić na papierze, bo to jest chyba lepiej słyszalne. I bardziej odpowiedzialne. No, cóż odpowiedzieć na tego Chwina i Huellego? A czy Gdańsk ma swojego Kutza, Góreckiego czy Kilara? Rzecz nie w tym, by mieć pokazowych powieściopisarzy, choć oczywiście to się również liczy. Jeśli idzie o Śląsk, myślę, że pies jest pogrzebany w lokalnej nieumiejętności gospodarowania potencjałem duchowym. Zmieniały się reżimy i zarządzające ekipy, ale od czasów towarzysza Zdzisława Grudnia pragmatyka kulturalna trzyma się utartych kolein. Raz na kilkadziesiąt lat zwoła się jakiś Kongres Kultury na Górnym Śląsku i odfajkowane. Tak jakby kongresy przydawały rumieńców kulturze. A to przecież tylko pan wojewoda ma swoich pięć minut i - jak to mówią - "po ptokach".

- Przyznaje Pan, że twórcy najlepiej opisujący Śląsk żyją w oddaleniu od tego regionu. Pan sam, od lat mieszkając pod Warszawą, jest tego przykładem. Może więc Śląsk lepiej widać z dystansu?

- Rzeczywiście, oddalenie pozwoliło mi scalić jego obraz, zobaczyć więcej, poznać głębiej. Coś w rodzaju utraconej miłości, którą usiłuje się naprawić, poniewczasie. Ale nawet mieszkając tutaj, zachowywałem dystans. Nie należałem do żadnych koterii ani partii. Nie pchałem się do koryta. Z gronem przyjaciół zafundowaliśmy sobie całkiem przyzwoite podziemie i przetrwaliśmy najgorszy czas, nie marnując ani chwili. Więc nie mogę powiedzieć, że czułem się tutaj źle. Nawet dokuczliwość tzw. aparatu przemocy brałem tyleż z rozbawieniem, co politowaniem. I jeśli się stąd wyniosłem, przedmiot moich uczuć zabrałem ze sobą. Nie odstępuję go nadal na krok.

- W wywiadzie udzielonym katowickiej "Gazecie Wyborczej" przyznał Pan, że w czasie ostatniego spisu powszechnego zadeklarował obywatelstwo śląskie. Ma Pan dwie ojczyzny: Polskę i Śląsk?

- Baudelaire w jednym ze swych poematów powiedział: naszą ojczyzną jest dzieciństwo. Skoro spis powszechny, który skądinąd uważam za typowy bubel - delikatnie mówiąc - naszych zmarnowanych czasów, dał mi możliwość opowiedzenia się za ziemią mojego dzieciństwa, dlaczego miałbym je przemilczeć? Każdy człowiek ma znacznie więcej ojczyzn niż mu to wmawiają kwestionariusze. A wśród nich tylko jedna jest niepodważalnie prawdziwa - jego język. "Litwo, ojczyzno moja", w najczystszej polszczyźnie. Prawda, jak to pięknie brzmi?

ALEKSANDRA KLICH jest dziennikarką "Gazety Wyborczej". Reprodukcje obrazów Henryka Wańka - dzięki uprzejmości redakcji kwartalnika "Grafia", który w najbliższym numerze opublikuje większą ich liczbę.


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny