adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Ksiazki nr 20/2003

„Książki w Tygodniku”
„TP” nr 20/2003



  Tygodnik Powszechny


  Felietony

  Tematy miesiąca


STAŁE DODATKI

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

JAZZ W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
"Sercątko": pierwsza po polsku powieść Herty Müller, niemieckiej pisarki z Rumunii

Między mówieniem a milczeniem

Katarzyna Leszczyńska

Wersja do druku
Napisz komentarz

Urodzona w rumuńskim Banacie Herta Müller nawet w "wolnym świecie" nosi w sobie Rumunię Ceauçescu. Już od ponad 20 lat jest ona tematem jej książek.

Odbierając w Niemczech w roku 1994 prestiżową nagrodę im. Heinricha von Kleista Herta Müller mówiła o tym, co różni ją od autora rozprawy "O teatrze marionetek": podczas gdy Kleist wierzył jeszcze w istnienie drzwi kuchennych do raju, z którego zostaliśmy wygnani, nie odrzucał możliwości odzyskania "gracji", właściwej stworzeniom pozbawionym świadomości, u niej raj nie istnieje, a niewinność straciła nawet przyroda. "Mogłam się była udać na poszukiwanie owej niewinności, ale nic by to nie dało. Ponieważ spłodził mnie po II wojnie światowej esesman, który wrócił do domu. A wrodziłam się w stalinizm. Ojciec i czas - to dwa fakty ostatecznie uniemożliwiające ponowne objawienie się gracji".

Między dyktaturą a martwą tradycją

Herta Müller przyszła na świat w 1953 roku w Nitzkydorf, w rodzinie rumuńskich Szwabów, w czasie, gdy mniejszość niemiecka w Rumunii czuła się podwójnie zagrożona: po pierwsze konsekwencjami przegranej u boku Hitlera wojny, po drugie szykanami komunistycznego państwa. Ciągły strach przed zniknięciem uczynił z członków tej małej społeczności więźniów martwej tradycji. Dla Müller wieś rodzinna stała się przykładem represyjnej zbiorowości, niszczącej wszelkie przejawy indywidualizmu, symbolem skostniałych patriarchalnych struktur, ukrytego faszyzmu: obiektem nienawiści, a jednocześnie motorem twórczości.

Herta Müller
Müller pisze po niemiecku; rumuńskiego, jako języka dyktatury, nauczyła się późno. Język niemiecki stał się dla niej ucieczką w wolność, ale jako że był jednocześnie zakłamanym językiem banackiej wsi, musiała pisać niejako wbrew niemu, zachować czujność, kwestionować utarte znaczenia słów, ujawniać ich podwójne dno.
Pierwsze jej opowiadania powstały w zgiełku fabryki maszyn, gdzie po ukończeniu w roku 1976 germanistyki i romanistyki zatrudniona została jako tłumaczka. Pracę straciła już w roku 1979 - po odrzuceniu oferty współpracy ze służbami bezpieczeństwa. Od tego czasu chwytała się różnych dorywczych zajęć, w końcu jednak, nie wytrzymując życia w klimacie nagonki, złożyła w roku 1985 wniosek o wyjazd z kraju. Do chwili otrzymania paszportu w roku 1987 i wyjazdu do Berlina Zachodniego nie wolno jej było opuszczać miejsca zamieszkania ani publikować. Do dziś mieszka w Niemczech, pisze, ma za sobą gościnne pobyty na europejskich uniwersytetach, jest laureatką wielu nagród. Jednakże nawet w "wolnym świecie" nosi w sobie Rumunię Ceauçescu. Już od ponad 20 lat jest ona tematem jej książek.
Wydana ostatnio pod polskim tytułem "Sercątko" powieść Müller (wyd. niemieckie 1994) zaczyna się i kończy stwierdzeniem: "Kiedy milczymy - powiedział Edgar - stajemy się nieprzyjemni, kiedy mówimy - śmieszni". Pomiędzy tymi zdaniami autorka usiłuje się uporać z zawartą w nich aporią. Müller szuka języka, który by nie opowiadał o przyczynach śmierci, strachu, terroru, lecz pokazywał je w migawkach z życia codziennego, który by nie opisywał uczuć, lecz wywoływał je. Musi go szukać, gdyż nie chce milczeniem wspierać dyktatora, ani słowami banalizować totalitaryzmu, gdyż jej wizja sztuki wyrastającej z życia wymaga nieustannego składania świadectwa. Pisze mimo świadomości, że ludzkie przeżycia jedynie poprzez całkowite ich przekształcenie mogą znaleźć odzwierciedlenie w słowach. Proces przemiany zmysłowo postrzeganej rzeczywistości w medium wyobraźni czy też literatury nazywa "wynajdującym się postrzeganiem".

"Śmierć tania jak dziura w kieszeni"

Bohaterowie "Sercątka" to grupa przyjaciół piszących wiersze, czytających przeszmuglowane z Niemiec książki, wysyłających za granicę spisy i zdjęcia osób zamordowanych bądź aresztowanych. Zbliżył ich strach i samobójstwo Loli - dziewczyny z zapadłej prowincji, poszukującej lepszego świata, męża w białej koszuli i awansu społecznego. Jej romans z funkcjonariuszem partyjnym zakończył się denuncjacją i samobójstwem, pośmiertną eksmatrykulacją i jednogłośnym wykluczeniem samobójczyni z szeregów partii.
Lola wiesza się w szafie, na pasku narratorki, w jej walizce zostawia swój pamiętnik. Pamiętnik wkrótce znika z zamkniętej walizki, zaś narratorka stara się w rozmowach z przyjaciółmi zrekonstruować skradzione słowa Loli, uczy się czytać w swej pamięci, odnajduje w niej każde słowo utraconego pamiętnika. Ta śmierć towarzyszy narratorce, Georgowi, Kurtowi i Edgarowi w ostatnich miesiącach studiów, w krótkim okresie pracy zawodowej, zakończonym porażką: zwolnieniem, przesłuchaniami, samobójstwem lub emigracją.

HERTA MÜLLER, "SERCĄTKO". Przeł. Alicja Buras. Wołowiec 2003, Wydawnictwo Czarne
Śmierć jest w tej książce wszechobecna. Czai się w pozornie niewinnych słowach: "Dziś nie mogę jeszcze wyobrazić sobie grobu. Jedynie pasek, okno, orzech i stryczek". Na pasku powiesiła się Lola, z okna wyskoczył Georg, na stryczku skończył Kurt. Wielkości orzecha był guz oznaczający wyrok śmierci na Teresę, przyjaciółkę narratorki. Śmierć w kraju dyktatora dopada prawie wszystkich, którzy chcą od niego uciec - w świadectwach zgonu określana jest jako "naturalna", w prywatnych rozmowach nosi imię miejsca, gdzie dopadła swą pechową ofiarę: kukurydza, granica, woda, pociąg towarowy. Każda ucieczka stanowi ofertę złożoną śmierci, ofiarodawcy zaś tłoczą się w kolejce: "Kiedy jednego obsłużono śmiercią, inni przesuwali się na jego miejsce. (...) Śmierć tania jak dziura w kieszeni: człowiek wkładał rękę i całe ciało wciągane było za nią. To opętanie ogarniało ich tym mocniej, im więcej na nie zmarło".
Jedyną osobą, do której śmierć nie chce przybyć, jest dyktator. Nie pomagają plotki o jego kolejnej nieuleczalnej chorobie powtarzane tak gorliwie, jakby już one same zawierały śmiertelny wirus. On też jako jeden z nielicznych pragnie zostać: "Tylko dyktator i jego strażnicy nie chcieli uciekać. Widać to było po ich oczach, rękach i ustach: dziś jeszcze i jutro od nowa będą przy użyciu psów i kul robić cmentarze. Ale także przy użyciu paska, orzecha, okna i stryczka".

Strach, obłęd, samotność

W kraju, w którym wciąż się czuje za plecami czyjś oddech, a fabryki, pola i knajpy nasłuchują, ludzie żyją w strachu. Produkowany jest on codziennie w rytuałach poniżania praktykowanych przez strażników totalitarnego państwa, w nadzorze, kapryśnym grymasie łaski, w obojętności. Objawia się jako pijacka delirka, odwrócony, martwy wzrok, ręce bijące brawo na zebraniach partyjnych. Jedynie pomyleńcy, tacy jak głuchoniema karlica gwałcona przez wszystkich mężczyzn w mieście, filozof opowiadający masztom telefonicznym o Kancie, czy mężczyzna od lat czekający przed więzieniem z bukietem w ręku na zmarłą żonę, nie boją się, gdyż zamienili strach na obłęd.
Ci, którzy pozostali przy zdrowych zmysłach, służą mu i nie mogą uciec od winy: zawsze są w jakimś stopniu wspólnikami władzy. Konsekwencją strachu jest powszechna nieufność. Konsekwencją powszechnej nieufności jest samotność, od której nie ma ucieczki. Samotność ta rodzi jednak również rozpaczliwą potrzebę bliskości i przyjaźni wbrew rozsądkowi. Potrzebę miłości, która - mimo że zawsze zawiera w sobie zarodek zdrady - zniszczona odrasta niczym skoszona trawa.
Ale miłość ukrywa się tak dobrze, że trudno ją znaleźć. Pozostaje więc seks z przypadkowymi, stłamszonymi codziennością mężczyznami, których oczy jedynie podczas stosunku tlą się życiem. Pozostają jedynie "pchnięcia w brzuch na ziemi w parku", onanizująca się butelką Lola, kosząca "miłość, która nigdy nie urosła, jej każde długie źdźbło na brudnobiałym prześcieradle".
Władza zinstrumentalizowała i zbrukała seksualność: oficer śledczy nazywa spotkania przyjaciół "psim weselem", wyzywa narratorkę od kurew. Aby ją upokorzyć, każe jej się rozbierać podczas przesłuchań. Ciało nie jest erotyczne, nagość oznacza przemoc. Za pomocą ciała handlarki zawierają transakcje z celnikami, w pochwie przewożą biżuterię. Ale tęsknoty za miłością nie da się wyplenić, seks jest rodzajem ucieczki, zawiera w sobie moment przekroczenia, tęsknotę za wyrwaniem się z zamknięcia: "Zadawałam sobie już wtedy pytanie, dlaczego chodzę z nim do lasu. Poleżeć trochę pod nim na gęstej trawie i wywierzgać się z uwięzionego ciała, i potem ani na moment nie zawisnąć wzrokiem na jego oczach - może to było to".

Natura w służbie państwa

Nieufność nie ogranicza się do ludzi i do uczuć. Jak mówiła Müller w swoim "kleistowskim" przemówieniu, w jej kraju "nawet rośliny przestały być po prostu roślinami. Żywe płoty z tui lub jodły rosły wokół domów władzy. Zawsze były tam zielone. Strzegły czegoś, co dla większości ludzi w kraju było nie do zniesienia. Z szeregu roślin przeszły na stronę państwa. I nie tylko one, również czerwone goździki, również czerwone róże. Nadstawiały swoje kolory, kształty, zapachy i ozdabiały wystąpienia władzy. Ci u władzy wykorzystali wprawdzie te rośliny, ale tylko dlatego, że miały one właściwości, które wykorzystać się dały. Rządzący znają się na tym. To, co oni przywłaszczali sobie, dla mnie nie wchodziło już w rachubę. A to, co zwalczali, stawało mi się drogie. Nie miałam tak naprawdę wyboru, nie mogłam sama sobie wyszukać ludzi czy rzeczy bliskich mojemu sercu. Zawsze mogłam sięgać tylko po to, czego rządzący jeszcze sobie nie wzięli".
Ceauçescu bał się natury, w "Sercątku" czytamy, że na trasie przejazdu dyktatora jesienią pierwsze żółte liście farbowano na zielono, dobrze odżywione krowy podróżowały wraz z nim, żeby przed jego oczyma paść się na coraz to innej łące. Müller nie ufa naturze, ponieważ ta, mimo obaw dyktatora, nie robiła mu krzywdy. Dlatego u Müller nie ma krajobrazów, sielskich opisów przyrody, jest jedynie okolica, którą ludzie noszą wypisaną na twarzy, która ich stłamsiła. Cały świat jawi się wykoślawiony, zapchlony, brzydki i wrogi. Korzenie chwytają za nogi, źdźbła trawy kłują w łydki, powój pachnie słodko jak strach, rośliny oglądają się za ludźmi. Zimowe słońce ma zęby, a chmury przypominają płaty śniegu na zaoranym polu, psy i koty są chude, obdarte dzieci zjadają nasiona malwy, a świnie zataczają się pijane od sfermentowanych jagód.
Austriacki pisarz Thomas Bernhard uzasadniał mroczność swej twórczości tym, że w mroku wszystko staje się wyraźne. Müller zdaje się podzielać to przeświadczenie. Bez wątpienia wpisuje się również w tradycję austriackiej "Antiheimatliteratur". Odrzuca opiewanie stron rodzinnych, beztroskiego dzieciństwa, "szczęśliwej" wsi i ojczystej przyrody - skansenu swojskości. Zbyt dobrze wie, że rumuńska prowincja tchnie zaduchem i nietolerancją, a banacka wieś - jako enklawa niemieckiej mniejszości - stanowi rezerwat faszyzmu. Nad łatwym do kontrolowania krajem-wsią czuwa "oko władzy". Opór poetyckiego postrzegania również dochodzi do głosu w spojrzeniu - nieufnym i kwestionującym ujednolicony obraz świata w totalitaryzmie. Odkrycie takiego patrzenia pociąga za sobą zrozumienie, że nie ma żadnej całości. Rozpada się nawet ciało - jego poszczególne części nabierają nowej wymowy i usamodzielniają się. Włos może być przesłaniem, oczy są rozbiegane, ręce na zebraniach partyjnych same histerycznie fruną w górę. Świat składa się z elementów, których znaczenie nigdy nie jest pewne: przecinek w nagłówku listu wzywa pomocy, drzwi zamieniają się w trumnę, szafa budzi strach, ludzie piją krew zwierząt, chłopi uciekający ze wsi zabierają ją ze sobą i produkują w socjalistycznych fabrykach drewniane owce i blaszane arbuzy. Wszędzie widoczne są pęknięcia w sfastrygowanym naprędce totalitarnym świecie. Jedyną możliwą formą oporu przeciw niemu jest opowiedzenie się właśnie po stronie owej fragmentaryczności przeciwstawiającej się totalności "oka władzy".

Zagadka sercątka

Müller wciąż jeszcze nosi swoją okolicę wypisaną na twarzy i jedynie pisząc o niej może żyć, wyczulona na wszelkie zniewolenie czy przemoc - również w świecie demokratycznym. Tytułowe sercątko (po niemiecku Herztier) jest pojęciem, którego sama autorka nie potrafi precyzyjnie wyjaśnić: "W każdej sytuacji sercątko musi mówić za siebie. (...) Nie jest to nic, co można dokładnie określić. Nie jest jasne, czy sercątko ratuje, czy też jest tym, co jest w ludziach niszczone i ranione". Sercątko w dziecku musi wypocząć po zabawie, sercątko dyktatora, brzydsze od wnętrzności wszystkich zwierząt tego świata, leży zwinięte i zmęczone w lodówce, sercątko zmarłego ojca narratorki mieszka w jego matce, śpiewającej babce, która rani i bierze pod panowanie sercątko własnego męża kochającego inną, sercątko nie pozwala pójść narratorce za wezwaniem śmierci, sercątko pobitej kobiety przeskakuje z jej brzucha w rękę pocieszającej ją narratorki i z powrotem.
Sercątko pozostaje zagadką, może jest żywotnością o różnej sile i moralnej jakości, czymś, co w nas nie podlega kontroli i każe nam przeżyć, instynktami zarówno niskimi, jak i wysokimi? Można je w każdym razie zranić, można nim manipulować, jego utrata oznacza utratę życia. Być może to właśnie sercątko pcha narratorkę do pisania o tym, co überendlich ("Nadwieczne jest okno, które nie znika, kiedy ktoś wypadł przez nie"), każe pamiętać o oknach, szafach, uważać na prawdę w postaci nieustannie zagrożonej połknięciem pestki wiśni na języku.
Z aporii między mówieniem a milczeniem nie ma idealnego wyjścia. Można jednak spróbować mówić tak, aby nie zagłuszyć całkowicie milczenia, aby zdania były kontynuacją tego, co niewypowiadalne. W taki właśnie sposób narratorka usiłowała opowiadać historię Loli i swych przyjaciół, tak Müller opowiada o codzienności totalitaryzmu, stwarzając niezwykle sugestywny język zbliżony do magicznego realizmu, stanowiący jego specjalną odmianę pozbawioną niewinności i wszelkich złudzeń łagodzących ból. Ta książka rani, pokazuje otchłanie ukryte w zwykłych słowach, gestach i otaczających nas rzeczach. I wzywa do patrzenia, myślenia, dawania świadectwa.


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny