"Tygodnik Powszechny", Nr 20 (2810), 18 maja 2003, http://www.tygodnik.com.pl/ksiazki/20/ksiazki03.php

Debiut powieściowy poetki Jolanty Stefko

Pamiętnik z okresu dojrzewania
Jerzy Jarzębski

"Możliwe sny" to bogata i wielowarstwowa powieść, która rzetelnie ukazuje raniący proces wewnętrznego porządkowania doświadczeń czasu dojrzewania.

Jolanta Stefko debiutowała przed paru laty poezją niezwykle oryginalną, ale nieprzychylną światu, w jakimś sensie autodestrukcyjną, bo bezskutecznie poszukującą racji ludzkiego istnienia. Ten pełen żalu i zawiedzionych oczekiwań protest przeciw bólowi egzystencji doczekał się wielu literackich nagród i powszechnego uznania, domagał się jednak jakiegoś wyjaśnienia, zejścia do źródeł, ujawnienia bolesnego węzła, którego zasupłanie zaowocowało niezgodą na świat.
"Możliwe sny" są taką właśnie książką - powieścią (dość nietypową), bo poezji trudniej schodzić w regiony "zwyczajnej rzeczywistości", pokazywać zdarzenia, a jednocześnie operować na kilku planach jednocześnie: onirycznej wizji, realistycznej fabuły, osobistego zwierzenia. Trudno jej także w tym samym momencie jakieś idee deklarować - i zarazem podważać wiarygodność czy dojrzałość deklarującego. A ta książka jest właśnie świadectwem niejednorodnym, gada kilkoma różnymi językami, które niekiedy sobie wzajem przeczą.

Cień Gombrowicza

Nie bez kozery opatruję tę recenzję tytułem z Gombrowicza. Jolanta Stefko korzysta bowiem niejako z podobnego przepisu na literaturę, choć może bardziej jest czasami gombrowiczowska od samego autora "Bakakaju". Powiadał ten ostatni, że jeśli chcemy pokazać w literaturze człowieka autentycznego, musimy robić to, unikając formalnej perfekcji i jednolitego tonu, pokazując prawdę o jednostce właśnie poprzez pęknięcia i niedoskonałości literackiego kształtu dzieła. Co jest zatem tą premedytowaną przez autorkę niespójnością?
"Możliwe sny" rozpoczynają się od marzeń i wizji młodziutkiego bohatera. Marzenia niedojrzałe nie są: jak mówił Schulz, to w ich formie, w najwcześniejszym dzieciństwie, otrzymujemy ten jeden, dla nas tylko przeznaczony sekret, egzystencjalną zagadkę, którą potem przez całe życie staramy się rozwikłać. Z takimi zagadkami borykać się musi od zarania bohater powieści - jedną z nich jest na przykład nieobecność ojca, inne mają charakter bardziej mroczny, symboliczny i nieodgadniony. Ale gdzieś w tym samym czasie poczyna się świadome życie społeczne chłopca: najwcześniejsze wspomnienia o rodzinie, znajomych, rówieśnikach, potem pierwsze doświadczenia szkolne.
Jolanta Stefko opisuje te przygody, nie korzystając jakby z lepszej wiedzy, jaką ma o życiu jako osoba dorosła. Jej bohater jest z pewnością chłopcem przedwcześnie dojrzałym, przerastającym otoczenie zarówno głębokością duchowych doświadczeń, jak po prostu - wagą i znaczeniem przeczytanych książek. Należy do tych piekielnie trudnych w prowadzeniu wychowanków, którzy nauczycieli i starszych krewnych przerastają nie tylko dlatego, że zasadnicze teksty kultury mają przeczytane "na świeżo", ale też dlatego, że owe teksty żyją w nich niesłychanie intensywnie, stanowią treść ich wewnętrznego kształtowania się, a nie jakieś na wpół zapomniane i przez to rozbrojone "lektury obowiązkowe" z czasów studenckich.
I jeszcze jedno: ich zasady moralne łączy z obserwowaną rzeczywistością swoiste krótkie spięcie, co pozwala natychmiast dostrzegać rozejście się deklarowanej etyki i praktycznego działania - inaczej jak u wielu dorosłych, którzy między ideały i świat wstawiają szereg zapośredniczających ekranów, które ostrość zasad faktycznie rozbrajają. Stąd bierze się poczucie wyższości, jakie demonstruje wciąż bohater powieści wobec tuzinkowych belfrów z liceum - i w ogóle wobec dorosłych, którzy zawodzą stale jego wysokie postulaty etyczne i intelektualne. Ale to poczucie wyższości jest właśnie sztubackie, stanowi element odwiecznej walki uczniów z ciałem pedagogicznym, bo na belferską głupotę i prymitywizm myślenia nauczycieli co zdolniejsi uczniowie narzekają od stuleci; oni też rozbrajają strach przed nimi i przed rozlicznymi represjami, jakie przynosi im szkoła, całym systemem deprecjonujących przydomków, rytualnych gestów, które aparat szkolny mają wykpić i poniżyć. Nauczyciel w starciu z uczniami nie ma właściwie szans, nie jest bowiem traktowany jak człowiek, tylko jak osobliwa kukła, która nie ma prawa do ludzkich uczuć i słabości. Więc niespodzianie jako szkolny "geniusz", wystawiający na śmiech swych prześladowców, jest właśnie bohater powieści całkiem stereotypowy, a jego przejmowanie się wysokością ocen w dzienniku całkiem nie licuje z dojrzałością, jaką objawia przy innych okazjach. "Wielki zdrabniacz" - Pimko - byłby z niego z pewnością zadowolony.
Ten rodzaj pęknięcia - między wagą doświadczeń duchowych bądź traumatycznych przeżyć dzieciństwa a pozorną błahością tego, co spotyka młodego człowieka w szkolnej gromadzie, jest czymś, z czym literatura radzi sobie z trudnością: albo przechyla się w "dojrzałość", tzn. z perspektywy dorosłości wybiera z dzieciństwa to tylko, co zdaje się być "na poziomie" (wtedy nawet treści niedojrzałe pojawiają się w dystansującej ramie, akcentującej dojrzałość artystycznego ujęcia), albo pozostaje w domenie sztubactwa, produkując popularne książki dla młodych chłopców i panienek, w których króluje banał, a wszystkie poważniejsze problemy załatwia się przy pomocy łatwych sloganów. Tymczasem prawda wygląda, zdaje się, tak, że w młodej głowie dojrzałość i niedojrzałość dokładnie są przemieszane, a hierarchia spraw nie jest jeszcze ustalona, co nie oznacza, że się ona właśnie wtedy - z wielkim dla jednostki bólem i kłopotem - nie ustala.
Wartością książki Jolanty Stefko jest więc to przede wszystkim, że ów raniący proces wewnętrznego porządkowania doświadczeń bardzo rzetelnie ukazała, nie bojąc się oskarżeń o niespójność czy formalne spękanie swej książki. Rzecz w tym, że autorce udaje się zachować ten sam dokładnie dystans zarówno do tego, co w jej bohaterze nad wiek dorosłe, jak do tego, co w nim (jeszcze) dziecinne; wszystkie doświadczenia są tam jednako ważne i jednako brzemienne w skutki - tak jak to jest naprawdę w życiu.

Drogi dojrzewania

Co więc jest treścią książki? Chłopiec, o którym pisze Stefko, pochodzi - jak autorka - z jednej z beskidzkich wsi w sąsiedztwie Bielska-Białej, tam chodzi do liceum, następnie odbywa praktykę w przedsiębiorstwie budowlanym w Żywcu, jeździ na szkolne wycieczki - to w region południowo-wschodniej Polski, to do Drezna czy Pragi (subkultura takich szkolnych wycieczek została tam bardzo celnie ukazana), wreszcie dorasta i przeżywa nieszczęśliwą miłość. "Jak wszyscy" - można by powiedzieć. Ale to, co w książce Jolanty Stefko ciekawe, rozgrywa się bardzo interesująco na poziomie dojrzewania - i to dojrzewania emocjonalnego.
Najpierw, jak się rzekło, są w życiu bohatera traumy dzieciństwa, związane ze zniknięciem ojca i kłopotami natury rodzinnej. To jest jak gdyby emocjonalny kapitał, z jakim chłopiec ląduje w szerszej grupie rówieśników. Może te właśnie przeżycia czynią go nadwrażliwcem, czułym zwłaszcza na cierpienie zwierząt, sprawiają, że z nimi czuje się związany bliżej niż z ludźmi. W kontaktach społecznych jest trudniej: chłopcu doskwiera wyraźnie poczucie wyobcowania, wynikające z wyższej niż przeciętna intelektualnej dojrzałości. Ale nie jest mu z tym w życiu łatwiej: jego umysł pracuje wprawdzie sprawniej niż u innych, za tym nie idzie jednak dojrzałość emocjonalna, co odciska się najmocniej na pierwszych doświadczeniach erotycznych, które są nieudane, naskórkowe, naznaczone jakąś dziwaczną pogardą wobec przygodnych partnerek.
Całkiem inną drogą idzie dojrzewanie do przeżyć estetycznych, spotkania z różnego typu Innością, ustanawianie wewnętrznej hierarchii wartości - erotyka jednak za tym nie nadąża, tak jakby poruszała inne zupełnie pokłady uczuć. W tej wczesnej fazie chłopiec przeżywa coś w rodzaju faustycznego zauroczenia władzą nad światem, władzą, rzecz jasna, nie tyle rzeczywistą, ile streszczającą się w umiejętności pewnego typu umysłowej manipulacji. Bez trudu dostrzeżemy też w powieści diabła, który młodemu Faustowi naszeptuje do ucha swe pokusy. Ale poczucie wyższości ukrywa to, co się bohaterowi niebawem da we znaki: zlodowacenie serca. Dlatego bardzo prędko panowanie nad rzeczywistością okaże się iluzją - wraz z obudzeniem miłości pojawi się bezradność: dyktować światu swoje warunki można łatwiej w domenie umysłu - uczucia nie poddają się dyktatowi, są nieprzewidywalne, wymagają wychylenia ku drugiemu człowiekowi, akceptowania jego suwerenności, w jakiejś mierze zapomnienia o sobie. Dlatego powieść Jolanty Stefko skończy się długim wyznaniem uczuć - i ucieczką bohatera ze znanego świata w całkiem już odległą, nadbajkalską obcość.

Pytania bez odpowiedzi

"Możliwe sny" będą miały pewnie bardzo różnych czytelników. Jedni odczytają warstwę fabularną książki - dzieje dojrzewania młodego chłopca w określonym historycznie czasie i realiach, inni dostrzegą to wszystko, co rozgrywa się w tej powieści pomiędzy sferą intelektu a sferą emocji, jeszcze inni przeczytają uważnie krótkie, czasem liryczne, czasem prowokacyjnie okrutne zapisy marzeń i będą w nich szukać zapowiedzi przyszłych zdarzeń, metaforycznego odbicia konfliktów, w jakie bohater wchodzi ze światem. Będą wreszcie tacy, którzy zanurzą się w surrealną rzeczywistość samych marzeń, wabiącą odbiorcę po prostu swą poetycką siłą wyrazu. Jest to bowiem powieść bardzo bogata i wielowarstwowa; na tyle, że nie starczy przeczytać ją raz: trzeba wczytywać się w nią parokrotnie, aby dostrzec związki pomiędzy poszczególnymi scenami i wątkami. Co interesujące: plan, spis rozdziałów powstał wcześniej niż sam tekst książki (ślad tego pozostał w postaci rozdziału "Historia", którego tytuł pojawia się w spisie rzeczy, ale który autorka usunęła ostatecznie z powieści, o czym jest w tekście stosowna adnotacja).
Są więc "Możliwe sny" dziełem bardzo świadomego zamysłu, a zarazem - książką widomie osobistą, w której raczej zadaje się pytania, niż formułuje odpowiedzi. Bo też wszelkie próby odpowiedzi na tak zadawane pytania, pytania o życie, jego sens, o rozwiązanie duchowe jednostki poszukującej wewnętrznej równowagi są domeną umysłów nieskomplikowanych. Naprawdę przecie odpowiedzi udzielić się nie da: można tylko dokonać wnikliwego przeglądu treści, jakie się nam w procesie życia jawią, dostrzec, jak to, co się wydaje z pozoru nieważne, staje się niepostrzeżenie budulcem konstrukcji wewnętrznej ludzkiego ducha, której zlekceważyć już niepodobna - i jak złudna łatwość dyrygowania światem, jaka nas mami niekiedy w młodości, zmienia się w dojrzałą świadomość ograniczenia (bo dojrzałość jest wtedy, kiedy już wiemy na pewno, czego nigdy nie osiągniemy i kim w życiu nie uda się nam zostać). O tym wszystkim jest powieść Jolanty Stefko. Warto tej książce o kłopotach dojrzewania poświęcić naprawdę poważną lekturę i namysł.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl