adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Ksiazki nr 20/2003

„Książki w Tygodniku”
„TP” nr 20/2003



  Tygodnik Powszechny


  Felietony

  Tematy miesiąca


STAŁE DODATKI

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

JAZZ W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Książka miesiąca: oracja na powrót "Połoniny"

Vincenz i Tischner, czyli "poszerzanie serca"

Joanna Tokarska-Bakir

Wersja do druku
Napisz komentarz

Czy są na sali etnografowie? Pełnoletni? Więc czytam: "Huculszczyzna była skarbem etnograficznym, którego ukazanie w świetle dziennym zaćmiłoby "Tristes tropiques" i cały strukturalistyczny bełkot Lévi-Straussa. Nikt jednak z polskich etnografów [w porę] tym się nie zainteresował".

Gdy Jerzy Stempowski pisał te słowa, strukturalizm zdawał się ostatnim krzykiem mody. Dziś wiemy, że był raczej trzaśnięciem drzwiami - domknięciem epoki, która ani Huculszczyzny, ani Stanisława Vincenza rozpoznać nie mogła. "Nie zawsze jest winą książki, drogi czytelniku, gdy uderzywszy o głowę, usłyszysz dźwięk pusty" (Adolf Nowaczyński).

Trzy zagadki

Tradycja panegiryków w Polsce jest bardzo stara. Czy można wygłosić orację na cześć Stanisława Vincenza i uniknąć panegiryku? "Bezpiecznie nic nie twierdzić na pewno, lepiej zaczekać" (PS 55). Może rozpocząć od zagadek? Zagadka, szczególnie ta, której się nie objaśnia, pozwoli powiedzieć co trzeba, i ustrzec się panegiryku.


STANISŁAW VINCENZ, "NA WYSOKIEJ POŁONINIE. OBRAZY, DUMY I GAWĘDY Z WIERCHOWINY HUCULSKIEJ", t.1: "PRAWDA STAROWIEKU". Sejny 2003, Wydawnictwo Pogranicze
Zagadka pierwsza: na kim mógłby wzorować się Bóg Ojciec, gdyby zechciał być do kogoś podobny, i co my byśmy z tego mieli?1
Druga: komu Stanisław Thugutt przepowiadał, że będzie jak Radziwiłł w jedwabnym chałacie i białych pończochach zasiadać do stołu z dwunastoma rabinami?
Trzecia: za kim pewien galicyjski rabin agitował: "Trzymajcie te wariaty, une są potrzebne!"? Czwarta: o kim napisano: "Istnieją ludzie, którzy jawnie żadnej władzy nie sprawują, ale w ukryciu rządzą pokoleniem"?2
Stanisław Vincenz znał się na zagadkach, ale nie usiłował ich przechytrzyć. Na pytanie "czy Bóg istnieje" odpowiadał: "Bóg istnieje bardziej niż ja", ale zaraz dodawał: "Bóg daje nam zagadki, które trudno zgadnąć. Ja na przykład nie mogę zrozumieć zagadki wojennej, na co ta cała wojna była, z mordowaniem tylu niewinnych ludzi". W tej niewiedzy co do boskich intencji Vincenz wzorował się na huculskich diabełkach - szczeznykach, świadkach wielkiego głodu na Wierchowynie, które "cicho, grzecznie wcale", pytały: "dlaczego wasz Bóg pozwala na to wszystko?" (PS 435).
U swoich greckich źródeł określona mianem próblema, zagadka początkowo była rozumiana jako "przeszkoda, coś rzuconego pod nogi", dopiero potem stała się "sformułowaniem do dociekania, dialektycznym pytaniem, które rozpoczyna dyskusję". W wersji Vincenzowskiej zagadka została pozbawiona przymusu objaśnienia i oczyszczona z wrogości, którą zabarwił ją Sfinks, zadający pytania Edypowi.
Vincenz uczył zaczynać od zagadek, ale odpowiadać radził nie za wszelką cenę.
W odpowiedzi nie spieszyć się - majemo czies!
Mówić prawdę, ale patrzeć końca, bo "z wszystkiego, co żywe, zbawienie wyrosnąć może. Zniszczenie też" ("Barwinkowy wianek", s. 405)
Nie oszukiwać, ale i nie dawać się oszukać.
Dawać wybór, unikać dowodów. Perswadować.

Skąd wziął się Stanisław Vincenz?

Nie wiadomo. Wszystkie genealogie ustalone, żadna tego nie wyjaśnia. Stanisław Vincenz jest jak niespodzianka u Heraklita - "Kto nie spodziewa się niespodzianki, nie znajdzie jej. Żadna droga do niej nie prowadzi". "Szeroka słowiańska twarz, łysa czaszka w okolu siwych kosmyków, ręce rozłożone w geście powitania. Szlachcic polski na progu swego domu" (Czesław Miłosz, "La Combe").
"Ale odmienny od "narodowej" sztancy, bo szlachcic kresowy" - dopowiada Miłoszowi Kot Jeleński, też częsty bywalec u Vincenzów - "wierny temu, co JEST, mędrzec, który "nigdy nie był wygnany"". >br> I znów Miłosz: "Szaleni szlachcice [kresowi], zrośnięci z niepolską etnicznie glebą, górowali w jakiś sposób nad swymi pobratymcami z Królestwa Polskiego. Vincenz, zukrainszczały i zżydziały dokładnie w tym stopniu, jaki jest niezbędny, by w jego osobie dokonał się stop trzech pierwiastków jego ojczyzny (...), kiedy chce ująć coś dobitnym, ludowym zwrotem, używa ukraińskiego. W swoich medytacjach nad Samaelem, czyli Złym, zapuszcza się w przerażające głębie dialektyki żydowskich bałagułów spod Kosowa (...). I nagle z polskiego szlachcica wyziera ktoś inny: cadyk w huculskim kożuchu". Ktoś, kto na wieść o tym, że pobożna znajoma powierzyła go św. Teresie z Lisieux, z całą naturalnością odpowiadał: "mnie może najwięcej strzeże to, że w Słobodzie był Baal Szem Tow". Jeśli wierzyć Platonowi, że w niebie idei wszystkie rzeczy mają swoje odwieczne modele, na długo zanim powstała Fundacja Pogranicze, Stanisław Vincenz zasiadał już w jej niewidzialnej radzie nadzorczej. "Narody nie muszą mieć i nie mają granic twardych - zanotował w roku 1938. - Wchodzą jedne w drugie. Przesiąkają, przechodzą stopniowo jedne w drugie". To właśnie u Vincenza, drugiego po Mickiewiczu, odsłania się ta inna Polska, w której matką polskiego wieszcza może być Żydówka, w której żydowski dopływ polskości docenia się jako siłę, "lampę we krwi". Zaraz po wojnie Vincenz ciskał się, czytając to, co wypisywano o jego Kresach: "Jeśli piszą o Lwowie, to żeby fałszować. Polacy, że polski (...) Ukraińcy fałszują, że ukraiński. (...) Żydzi nie lubią wspominać, że byli spolszczeni". Pisarz, zżydziały w równym stopniu, jak jego żydowscy rozmówcy byli spolonizowani, uparcie równoważył obrazek żydowskiego chłopca, który stoi pod murem cmentarnym "jakby zaklęty przez czar modlitw chrześcijańskich" ("Spotkanie z chasydami"), obrazkiem małego Stasia, wspinającego się w Jom Kippur ku rozjarzonym oknom bóżnicy nad Czeremoszem. Z powodzeniem mógłby też sam wypowiedzieć słowa, które przytacza wplecione w następującą opowieść: "W czasie uchodźczego pobytu na Węgrzech poznałem młodego chasyda [Ziębę], rodem z Węgier, który spędził kilka lat w szkole rabinackiej w Polsce, u znanego rabina Rokacha w Bełzie. (...) Zięba w czasie ukrywania się i podczas oblężenia Budapesztu namiętnie oddawał się lekturze. "Najwięcej mnie pociąga literatura rosyjska i literatura polska; rosyjska - Dostojewski i Tołstoj, to sprawy ludzkie, - a polska, to sprawy religijne". "A któreż to dzieła z literatury polskiej?" - zapytałem. Zięba wyliczał bez zająknienia: "Wielki Megid, słowa samego Baal Szem Towa, Mendel z Witebska, Nachman z Bracławia i inni"". Jak niezrozumiały jest dziś ten wywód o przynależności języków żydowskich do polskiej tradycji kulturalnej, do życiowej i religijnej przestrzeni Rzeczypospolitej. Jak wyjałowiona, wytrzebiona, wyzuta z siebie samej została ta tradycja i sama idea Rzeczypospolitej, skoro poza garstką ludzi pogranicza nikt o podobnym dopływie wciąż nie chce dziś pamiętać3.

Widok z Żabiego


"W poszyrzonym sercu"

Ze swoją "dawnością"4, "poszyrzonym sercem", Vincenz ciągle nas wyprzedza. Ktoś, kto wszędzie dostrzegał zagadki, nie dostrzegł zagadki, jaką był sam. Skąd, po wiekach jałowego rozdzielenia, ten ktoś wiedział, że intelekt i mądrość, rozum i serce, są do siebie przypisane, od początku sobie przeznaczone? Zanim domyślił się tego ktokolwiek inny z jego pokolenia, Ateny i Jerozolima, Heidelberg i Berdyczów, upchnięte w jego "poszyrzonym sercu", dawno były u siebie. Pogodziła je Vincenzowska gawęda: "niby to poddana niezgrabności i powtarzankom typowym dla ludowego gawędziarstwa, gdyż przeważnie głos zabierają [tu] woźnice, wędrowni kramarze, pasterze lub myśliwi - atakuje [ona] jakby od tyłu współczesną racjonalistyczną arogancję, oblega inną sferę duszy, zastępuje dowód - tajemnicą, pewność - pytaniem, i odwraca wszystkie wartości: Błogosławieni ubodzy duchem" (Jeanne Hersch). Krytykując swoje pokolenie, które "wartości Berdyczowa i Ger mierzyło kryteriami Paryża i Heidelbergu" (Heschel), Vincenz cierpliwie budował przeprawę powrotną. Ale celem nie był powrót, tylko swobodne przejście tam i z powrotem.
Jak Platon nie wychylał nosa poza dialogi i listy, tak i on nie wychodził poza gawędę. Nie znosił "mandatorstwa". Nie chciał trafiać do wszystkich, ale do każdego z osobna. Apelował nie do uczuć, a do przeczuć. To nie nauka, choć taka mogłaby być i nauka. I nie etyka. Jego sztuka stawia wymagania i jednej, i drugiej. Dla niektórych Vincenz zawsze był zbyt mało manichejski. Utyskiwano na "różową mgiełkę", przez którą nie może się przebić tragizm istnienia5. Zarzucano mu słowiańską sielankowość, lekceważenie realności zła. "- To chyba czort? [pytali go, wskazując na demona] - Nie [odpowiadał] (...) to ochotnik, aby za biedę swoją czorta na tronie posadzić" (PS 219). Zaprawiony w zagadkach Vincenz nie daje się oszukać. W próbie z czortem, który "tylko takie migi pokazuje", a chce, by cały świat mu wierzył, widać siłę jego spokojnego sceptycyzmu. "Czort to ułuda - tłumaczy. - On nijaki. A chce znijaczyć świat. Chce byś się pomiął i skurczył ze strachu do samej ziemi. Ale kto to rozpozna, temu bies, choćby nie wiem, jak sobie sadził się, rósł i nadymał pod niebo - śmieszny" (PS 124). Zło działa wtedy jak szczepionka. Kto przejrzał czarta, brzydzi się przymusem.

Słoboda

Wolność, po ukraińsku: słoboda, wmieszała się w los Stanisława Vincenza już na samym początku. Urodził się w Słobodzie Rungurskiej. Za Słobodą tęsknił całe życie. Gdy u schyłku życia sprzykrzyła się mu już czużyna, znów "chciał ukryć się w Słobodzie".
W swoim przywiązaniu do wolności Vincenz bardzo przypomina innego górala, też filozofa, który słobodę nazywał ślebodą, twierdził, że jest ona "sposobem istnienia dobra", i jeszcze całkiem niedawno pisał: "To prawda, że góry tworzą górali, ale prawdą jest również, że górale tworzą góry. Między człowiekiem i jego krajobrazem rozwija się twórcza wzajemność. Co góry mogą dać człowiekowi? Myślę, że przede wszystkim mogą ofiarować mu wolność. Co człowiek może dać górom? Może je zwieńczyć sztuką" 6. Vincenz i Tischner. Mała szansa, by się nawzajem czytali. Ale rozpoznali się na pewno. Wiecują teraz wśród mgieł, słuchają, co też o nich powiastujemy.
Łączył ich serdeczny stosunek do gór, ludzi gór (opryszki!) i talent do zagadek. A także osobliwy użytek z filozofii, która zwykle nadaje wzrokowi chłód, ale akurat ich oczy wyposażyła w ciepłą przenikliwość. Człowieka bez pamięci, bez przywiązania do ziemi, przewrotnie nazywa się tu "przyziemnym" 7 (to Tischner). Albo liściem na wietrze, Syroidem (to Vincenz). Ściga i przyciąga go to, co porzucił. We własnych oczach sam-sobie-pan, wolny i usprawiedliwiony egoista, w rzeczywistości niewolnik "ziemnej huzyci" (czyli tyłka), sługa Archijudy, "dobrodzieja niewoli" (PS 418). Niełatwo to pojąć. Filozofia Vincenza trudna, pozakręcana. Gdyby nie polubowność, łatwo by ją wziąć za volkizm, co "lud", "korzeń", "źródło" i "dziedzictwo" przez wszystkie przypadki odmienia. Różnica w wolności. Pamięć, o której mówi i Vincenz, i Tischner, jest jak prawda: "nie karmi się niewolą" ("Barwinkowy wianek" 400). I Vincenzowi, i Tischnerowi szło o to, by ludzie dorastali do własnej przeszłości. Toteż ich perswazja dotyczyła wyłącznie "poszerzania serca", przesuwania granic wspólnoty i pamięci. Dla Tischnera takim ideałem wspólnoty był katolicyzm. Dla Vincenza - górska przyroda, co "przytuli a ukołysze każdy żywot: zieleń się, ciesz się i cicho siedź (...). Nie odrzuci żadnego: zabieraj się, tyś nie nasz (...). Przeto każdy z nas nad Czarną Rzeką, liść czy ptak, gad czy człowiek, owca lub orzeł, dalekosiężnymi oczyma przenikany i grzany, siedzi tymczasem w zieleni i ufa. Bądź takim, jaki jesteś, jakim cię Bóg stworzył, a nie rób nam wstydu" (PS 33).

Czytanie i pisanie

Vincenz i Tischner. Ich język, choć wypracowany, nie mizdrzy się do literatury, bo wie, że są rzeczy ważniejsze niż litaratura. "Mistrz nie troszczy się o pismo papierowe" (PS 48).
Urodzili się do rozmowy. Za Platonem, pismo mieli za grób myśli, bezbronny wobec mówienia. Vincenz: "Taka pieśń na pulpicie położona, a choćby nawet odczytana głośno, wytrajkotana równiutko, tak jakoś smutnie wygląda, jakby ją w trumnie nowiutkiej na sen wieczny ułożyli, a diak w pośpiechu wieczną pamięć wybehekał" (PS 110). Jedyne wiarygodne "pismo" - światowe, górskie, łąkowe - wypisane na twarzach ludzi i w oczach zwierząt. "Naokoło wszystko kiwa, szepce, ciągnie nas za włosy, za ręce, za poły, aby nas przestrzec" (PS 36) - pisał Vincenz. Ale, dopowiadał mu Tischner, "trza umieć cytać ten ślad" (SŚ 43).
W czytaniu zaś łatwo się pomylić. "Ślepota nie zwodzi, nie mami, ani nie przemienia jak mgła. Przeciwnie, każe uparcie trzymać się swego" (PS 416). Ślepota zniekształca i odmienia charakter pisma światowego, z dobrego słowa nieraz zrobi złe. A różnica duża: słowo dobre to "nasienie zbawienne" (PS 229), a złe - "ziarno smokowe, posiew nieszczęścia i zbrodni" (PS 195). Mało słów dobrych, scalających.
Vincenz i Tischner, dwaj dziwni ojcowie na rozszerzającej się pustyni, mieli takie słowa. Spisali je w "Słowie o ślebodzie" i "Prawdzie starowieku". Czy są to słowa skuteczne, "widzące"? Ludzie tak mówią, ale nikt wierzyć nie musi. Tylko jeśli nie uwierzy, co mu przyjdzie z opowieści?

1 Jeannne Hersch napisała, że chciałaby bardzo, żeby Bóg Ojciec był podobny do Stacha Vincenza. "Czułabym się bezpieczna wszędzie, nie tylko w jego domu, gdzie sypiałam mocniej niż gdziekolwiek indziej".
2 Nachman z Bracławia.
3 Profesor Andrzej Vincenz zwrócił mi uwagę na książkę z lat siedemdziesiątych, "Siedemset lat polskiej myśli filozoficznej". Można w niej znaleźć przekłady z łaciny, niemieckiego, a nawet włoskiego. Nie ma ani jednego tekstu przełożonego z hebrajskiego czy jidysz.
4 "...ci wszyscy, których na żadnych płajach ziemskich nie spotkacie. Kości ich gdzieś nad Amurem, albo w Alpach włoskich, w Londynie albo w Nowym Jorku, a te osoby same nie gdzie indziej, lecz po naszych płajach właśnie się przechadzają. To nie przywidzenie żadne, dawność to nie przeszłość. Bo tak już jest, że im dawniejszy płaj, im więcej pokoleń po nim dreptało, - lasem czy grzbietem, brzegiem czy stokiem, w opłotkach czy połoniną - tym pewniejszy, bo tak wydrążony a gładki, że nawet w noc ciemną nie wypuści człowieka ani konia" (PS 14).
5 Józef Czapski w przedmowie do trzeciego wydania "Na wysokiej połoninie", Londyn 1956.
6 J.Tischner, "Góry i ludzie gór", [wstęp do:] R.Ziemak, "Tatry", Warszawa 1999.
7 J.Tischner, "Słowo o ślebodzie. Kazania spod Turbacza 1981-1997", Kraków 2003, dalej SŚ.


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny