"Tygodnik Powszechny", Nr 17 (2807), 27 kwietnia 2003, http://www.tygodnik.com.pl/ksiazki/17/ksiazki09.php

O "Dzienniku paryskim" Jerzego Andrzejewskiego

Półcienie i półblaski
Bronisław Mamoń

Oglądając siebie dzień po dniu w nie kłamiącym lustrze, Andrzejewski uczy się gorzkiej wiedzy o naturze świata i człowieka. Poznaje cierpki smak sławy, upokorzenia, zmęczenia, beznadziejnej samotności. Spala się w skrajnych nastrojach. Nakłada i odrzuca maski. Odsłania się i zakrywa.

"Dziennik paryski" Jerzego Andrzejewskiego obejmuje okres od grudnia 1959 do 20 maja 1960 r. Tworzą go listy pisarza do żony oraz dzieci: Agnieszki i Marcina. Tekst odczytał z rękopisu Krzysztof Myszkowski jeszcze za życia pisarza i uzyskał od niego zgodę na nadanie mu struktury dziennika; książkę opracował i wstępem opatrzył Wacław Lewandowski.
Komentarz Lewandowskiego pomniejsza trochę wagę tego dokumentu. Tymczasem ma on walor doniosły jako fragment autobiografii pisarza; jego życia duchowego, postawy etycznej, zainteresowań, uwikłań człowieka, który przekroczywszy pięćdziesiątkę nie potrafi (czy nie chce?) pokonać w sobie ciemnych instynktów. Natomiast mniej interesujący wydaje mi się jako dokument polskiego życia literackiego z przełomu lat 50. i 60. - w czym widzi jego istotną wartość autor wstępu.
Chciałoby się czytać te zapiski w kontekście, z listami od rodziny (nie wiem, czy korespondencja się zachowała?). Dopiero w takim zestawieniu, w dialogu prowadzonym przez najbliższych, ten diariusz mógłby uzyskać stygmat wyjątkowości. Jak żona, dzieci pisarza przyjmowały doniesienia znad Sekwany? Jak odbierali jego wynurzenia osobiste (inni pisarze raczej by to ukrywali) o życiu paryskim - leniwym i bezpłodnym - które go zatrzymało na niemal pół roku? I nie bardzo wiadomo, dlaczego.

"Doskonale pusty"

Nic w Paryżu nie napisał. "Jestem doskonale pusty, zmęczony, bez pomysłów i nawet bez ich wewnętrznej potrzeby, a zamówionych robót, jak wiesz - pisze do żony 9 marca 1960 - nie umiem robić". Nie siedział po bibliotekach. Poza jednostkowymi przypadkami nie próbował nawet nawiązać bliższych kontaktów intelektualnych, artystycznych, literackich z Francuzami. "Francuski intelektualista - zapisuje - jest nędzarzem wobec świadomości naszej. To jest świat przerażający. Ginie i nie wie, że to się staje" (18 I 60).
Niewiele także czyta. Wspomina jedynie o dwóch książkach, które go zachwyciły, "Lamparcie" Lampedusy i "Homo faber" Frischa. Najczęściej chodzi do kina, na filmy włoskie, francuskie, angielskie, niedostępne w Polsce. Filmami się zachwyca. Filmowi bohaterzy go fascynują. Odwiedza muzea, galerie: Luwr, Musée d'Art Moderne, ale chodząc wśród obrazów czuje się samotny. Gdyby miał przy sobie osobę bliską, wtedy łatwiej byłoby mu się otworzyć na sztukę, na arcydzieła malarstwa. "Tylko różne odmiany miłości potrafią zbudzić i mój słuch, i mój wzrok" (26 XII 59).
Rozkwita, kiedy poznaje osiemnastoletniego Jeana. "Jest bardzo ładny tą szczególną urodą wynikającą ze skrzyżowania Francji i Niemiec, ponieważ pochodzi z Lotaryngii". Chodzi z nim do kina, na wystawy plastyczne, funduje mu bilety, drinki, kolacje. Radość z czyjejś obecności, przyjaźnie, które nawiązuje, pobudzają go do bardziej intensywnego przeżywania literatury i sztuki. "Świat zewnętrzny ponad miarę rani mnie tym wszystkim, co jest przeciwne mojej naturze, natomiast nie przynosi mi rzetelnych radości w swoich urokach zawartych czy to w pejzażu, czy w tzw. dziełach sztuki" (26 XII 59).
Najczęściej przestaje z Polakami mieszkającymi stale lub chwilowo w Paryżu: z Miłoszami, Zygmuntem Hertzem, Watami, Józefem Czapskim, Ewą Fiszer, Lebensteinem, Polańskimi. Poszukuje ciepła, serdeczności. U Janiny i Czesława Miłoszów znajduje coś z atmosfery domu. Z autorem "Ocalenia" toczy poważne rozmowy, spory. Tej ciepłej atmosfery domu dotkliwie mu brakuje.
"Bez Was - tu w tej chwili - pisze do żony i dzieci w drugi dzień świąt Bożego Narodzenia (1959) - jestem niekompletny i zubożały". W Paryżu po paru miesiącach pobytu czuje się już jednak zadomowiony. I ża1 mu wyjeżdżać nawet do swoich. Ma swoje ścieżki spacerów, place, na których lubi przebywać i zawierać przygodne znajomości. Ma swoje własne lokale, nowych przyjaciół i zaczyna się czuć jak u siebie. "To miasto, gdy staje się pogoda, jest ponad wszelką miarę piękne" - ale i obce, "ponieważ nie może być moje i te ulice, te domy, te fale aut, to powietrze złożone z półcieni i półblasków - to wszystko nie jest i nigdy już nie może być moje. Moje jest Krakowskie Przedmieście, moje są parszywe i ciemne i biedne ulice, mój świat już został mi nadany raz na zawsze i tutaj mogę się tylko czuć drobnym i nieważnym przechodniem" (1 I 60).

Paryskie dni i noce

Jest u szczytu powodzenia, sławy. W 1960 r. wychodzą "Bramy raju". I natychmiast posypały się oferty wydań zagranicznych w prestiżowych wydawnictwach. Józef Czapski wyznaje mu, że uważa go za największego żyjącego polskiego pisarza. Pochwały sprawiają mu przyjemność (zawsze sprawiały). Jest próżny, spragniony uznania, rozgłosu, nagród. Napływają stypendia włoskie, francuskie, czeki za podpisane umowy wydawnicze. Ale potrzeby ma takie, że wciąż mu brakuje pieniędzy. Pożycza od przyjaciół, znajomych. Kiedy przekazy docierają na konto bankowe (pomógł mu je założyć Zygmunt Hertz), skrupulatnie oddaje zaciągnięte pożyczki. Wydaje na hotel, wystawne kolacje, drinki w nocnych lokalach, gdzie znają go wszyscy i on zna wszystkich. Wysłuchuje zwierzeń młodych ludzi z ich codziennych utrapień, zdając sobie sprawę, że "to nie jest cały świat, ale ostatecznie każdy na swoją miarę szuka takiego świata, jaki mu jest potrzebny" (29 III 60).
Wydaje za dużo, wciąż czeka na czek od wydawcy, który nie zawsze w porę przychodzi. Odwiedza wielkie magazyny, kupuje dla siebie mnóstwo garderoby: spodnie, koszule, płaszcze, buty. Ledwo kupi, już jest z nich niezadowolony. Pamięta także w tych zakupach o żonie, dzieciach. Dla żony kupuje modną bluzkę, torebkę. Dla syna i córki to, co się nosi w Paryżu: dżinsy, flanelowe koszule, kolorowe podkoszulki. Pyta żony, jakie mają rozmiary koszul, numery butów. Tego nigdy nie umiał zapamiętać.
"Jeżeli wrócę - donosi żonie - to chyba skromniejszy niż wyjechałem i bardziej czuły dla elementów mojej rzeczywistości. Nie prowadzę tutaj życia rozpustnego, chociaż ktoś, kto by krok w krok za mną chodził, mógłby tak pomyśleć. Znam z lokali, w których bywam wieczorami, ogromną ilość tzw. mauvais garçons, dawałem im bardzo dużo pieniędzy, ale wcale nie dlatego, żeby poszli ze mną do łóżka - tu dopiero poznałem wszystkie klęski młodości i jeśli sam w tym wieku tak bardzo byłem zaplątany i niepokorny, tutaj odnajduję jak gdyby siebie samego sprzed trzydziestu lat, zrozum, nie mogę nie dać pieniędzy, gdy ktoś głoduje" (22 III 60).

Skala pragnień i złudzeń

Kiedy leży samotnie na łóżku hotelowym i nie może zasnąć, ma świadomość, że żyje nierealnie, że wybrał nie to, co powinien był wybrać. "Tu naprawdę i bez zgrywy poczułem się stary. Zrozum, nie latami, nie zmęczeniem, ale świadomością i wiedzą" (18 IX 60). Nawiedzają go chwile autorefleksji, że to wszystko, co kiedyś by go pociągało, już nie dla niego. 19 sierpnia 1959 roku miał 50 urodziny. To nie była radość, to było wejście w smugę cienia. "Zdaje się - zapisuje - że naprawdę przekroczyłem pewną granicę, poza którą jest starość - już znam skalę pragnień i także wiem, ile złudzeń jest ich natchnieniem. Oczywiście, mogę pobiec, mogę zobaczyć jeszcze jeden pejzaż, jeszcze jedną sytuację, mogę przeprowadzić jeszcze jedną rozmowę; ale co z tego? Prawie nic, prócz jeszcze większego zmęczenia" (15 I 60).
Samotny, nieszczęśliwy, zdany na siebie, ale równocześnie świadomy tego, że nie da się życiu. "Właściwie, nie niepokój się o mnie - pociesza żonę. Takie galarety jak ja posiadają w sobie siły, które są nie do wyobrażenia dla ludzi normalnych. Mogę spadać głęboko w dół, krzyczeć i jęczeć, mogą się ze mną dziać rzeczy najgorsze, ale - wiem - że z tej kąpieli wyjdę w jakimś momencie, właśnie w tym, który wyjścia się domaga, i to wszystko może się powtarzać, może być, albo nie być, ale ja - mimo wszystko - zrobię to, co do mnie należy i co mojej naturze jest właściwe" (29 XII 59). Decyduje się nagle na powrót do domu, do świata, który wydaje mu się bardziej przyjazny, oswojony. "Pojęcia nie masz, jak w istocie brzydzą mnie Francuzi - pisze do żony - jak mnie brzydzi łatwy, odgórny intelektualizm, ich łatwe sformułowania, które rozbrzmiewają już w ustach dzieci (dzieci tu są starcze), jak to wszystko wydaje się oddechem umierającego świata" (25 I 60). Ostatni zapis (kartka z Paryża do rodziny) datowany 20 maja 1960 roku: "Marzę, żeby stąd wyjechać, to wszystko".

*


W dzienniku osobistym, listach, trudno wyznaczyć granice rzeczywistego i zmyślonego, prawdy i fikcji literackiej. Autor "Bram raju", oglądając siebie dzień po dniu w nie kłamiącym lustrze, uczy się gorzkiej wiedzy o naturze świata i człowieka, o jego tragizmie. Poznaje cierpki smak sławy, upokorzenia, zmęczenia, beznadziejnej samotności. Spala się w skrajnych nastrojach i namiętnościach. Przesadza w oglądach rzeczy i ich ocenach. Gra. Z samym sobą, z najbliższymi, z przyjaciółmi. I z tymi, których dopiero co poznał przypadkowo w kawiarni, pubie. Nakłada i odrzuca maski. Odsłania się i zakrywa. Inscenizuje spektakl bardzo osobisty, w którym powierzono mu pierwszoplanową rolę. I robi to znakomicie. To jest może ta druga, inna przestrzeń "Dziennika paryskiego", która przy uważniejszej lekturze sama się narzuca. Ta przestrzeń wciąga czytelnika, fascynuje go i zagarnia jego wyobraźnię. W takim rozumieniu nie jest "poniżej poziomu oczekiwań", jak uważa autor wstępu.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl