adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona

Ksiazki nr 17/2003

„Książki w Tygodniku”
„TP” nr 17/2003



  Tygodnik Powszechny


  Felietony

  Tematy miesiąca


STAŁE DODATKI

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

JAZZ W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.TygodnikPowszechny.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Legenda o Egonie Bondym i Vladimírku

Bohumil Hrabal

Nabrzeżem pędzi tramwaj, a Bondy mówi tak: - Doktorze, niech pan wytęży wzrok, to tam wygląda jakby nabrzeżem pędził tramwaj.
Przechodziliśmy potem pod kwitnącymi akacjami i nagle Egon Bondy wbił mi paznokcie w rękę i mówi: - No nie, to dopiero numer! To tutaj wygląda jakbyśmy przechodzili pod kwitnącymi akacjami.

Bugumil Hrabal Kresko, lata 70
fot. JIŘI KOLÁŘ
Potem szliśmy obok ogrodu, jednonogi klęczał tam na ławeczce i piłką obcinał gałąź, pusta nogawka trzęsła się a kule leżały obok.
Egon Bondy zamiótł mi wąsiskami po uchu i wyszeptał w zachwycie: - To tutaj wygląda, jakby jednonogi klęczał na ławeczce i piłką obcinał gałąź, jakby się trzęsła pusta nogawka i jakby kule leżały obok.
Potem przeszliśmy z Kampy na Malą Stranę, na ryneczek, gdzie Vladimírek przed poodpryskiwanym murem postawił rozkładaną drabinę, na tę drabinę dał deskę, do tej deski przymocował arkusz i na ten papier przerysowywał pęknięcia w murze, kreśląc portret Egona Bondego. Potem przyszedł Bouše, postawił drabinkę za Vladimírkiem i rysował, jak Vladimírek rysuje zgodnie z pęknięciami portret Egona Bondego. Potem przyszedł Dočekal, postawił drabinkę za Boušem i rysował Boušego, jak rysuje Vladimírka, który zgodnie z pęknięciami w murze rysuje portret Egona Bondego.
Egon Bondy, kiedy przechodziliśmy obok tej zespolonej grupy plastycznej, udawał, że prowadzi na nieistniejącej smyczy totalny realizm.
- Co tu malujecie? - zapytał Bondy.
Dočekal powiedział, że maluje Boušego, jak ten maluje Vladimírka, który według popękanego muru rysuje portret Bondego. Kiedy Bondy zapytał Boušego, Bouše powiedział, że rysuje Vladimírka, który rysuje portret Bondego. Vladimírek wszak oznajmił, że maluje eksplozywną plamę.
Egon Bondy podszedł do Dočekala, dał mu w gębę i oznajmił: - Tym samym posyłam Bondemu policzek. Dočekal posłał policzek Boušemu, Bouše dał w gębę Vladimírkowi a Vladimírek dotknął trzema palcami pęknięcia w murze i zaśmiał się okropnie: - Chachachachacha!
Zanim Bondy doszedł do domu, napuchła mu twarz. Patrzył w lustro, trzema palcami naciskał opuchnięty policzek i mówił: - Wygląda to jakbym dostał w gębę.
Tego wieczoru spotkał się Bondy z Vladimírkiem w gospodzie "Pod Dwiema Babuniami". Vladimírek wykrzykiwał w zachwycie: - Chcę stworzyć z plam i poodpryskiwanych praskich murów galerię obrazów!
- Ajajajajaj! - śmiał się Egon Bondy, mieszając ze śmiechem słowa niemieckie.
Kiedy wyszli, Vladimírek zatrzymał się pod murem Klementinum i krzyknął w ciemność: - Spójrz! I zatrzymał się osłupiały przed plamą. - Egonku, to wygląda jakby ktoś tutaj stał, ta klatka piersiowa, spójrz Bondiczku, to pęknięcie, wygląda jak natchniona twarz.
Vladimírek zachwycał się eksplozjonalistycznie, dla zaakcentowania wyciągnął ołówek stolarski, obrysowywał kontury zgodnie z kształtem na murze i dalej się zachwycał: - Spójrz, Bondiczku, ta ręka jakby ściskała papierosa, a to pęknięcie tutaj wygląda jak dym.
Tu jednak cała ta plama się poruszyła, silna ręka z muru dała Vladimírkowi tak realistycznie w gębę, że Vladimírek upadł, pod murem Klementinum stał bowiem pomocnik piekarski, który czekał na dziewczynę, która nie nadchodziła. Vladimírek szukał na czworakach okularów i bełkotał: - Ależ ze mnie głupiec.
- Ajajajajaj! - krzyczał w uniesieniu Egon Bondy. - Niech żyje totalny realizm!
A potem weszli do "Malvaza", jak to mieli w zwyczaju.
Kiedyśmy u "Rycerza Malvaza" wystarczająco popili, poszliśmy do nas, na Libeń, Na Groblę Wieczności. Kiedy zbliżała się godzina zamykania lokali, Bondy z Vladimírkiem wzięli konewki i dzbany, żeby jeszcze na koniec przywlec popowickiego piwa.
Kiedy wracali z pełnymi naczyniami i jeszcze jedną konewką, którą pożyczył im uprzejmie pan Vaništa, kiedy zatrzymali się przed domem, z którego przed chwilą wyszli, Vladimírek rzekł po diabelsku: - Ta plama wygląda jak drzwi.
Egon Bondy śmiał się: - Skądże, my, totalni realiści, nie damy się nabić w butelkę, tędy! I szybko wszedł w drzwi, które okazały się być plamą.
Vladimírek wył: - Chachachachachacha! Wiedziałem! Niech żyje eksplozjonalizm!
Egon Bondy wyżymał sobie z odzieży rozlane piwo, przy wodociągu obmywał rozbity nos i mamrotał, mieszając w to słowa niemieckie: - Ależ ze mnie głupiec.
A potem wybiegł nieprzytomny ze złości na zewnątrz, żeby skopać tę fałszywą plamę. I ja, i Vladimírek wybiegliśmy także, przypuszczając, że Egon Bondy idzie wymiotować, jak to miewa w zwyczaju. Jednakże zdziwiliśmy się, gdy Bondy zaczął kopać w ścianę.
Jakież było nasze zaskoczenie, kiedy w białej koszuli wybiegła pani dozorczyni i zaczęła krzyczeć: - No i czego, chłopy, kopiecie mi w drzwi? Cała kamienica przez was nie śpi.

Przełożył Jakub Pacześniak


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny