"Tygodnik Powszechny", Nr 17 (2807), 11 maja 2003, http://www.tygodnik.com.pl/kontrapunkt/2809/lupa04.php

Przestrzeń nieuchwytna
Z Barbarą Hanicką o scenografii w teatrze Krystiana Lupy
rozmawia Magdalena Stojowska

MAGDALENA STOJOWSKA: - Przestrzeń teatru Krystiana Lupy nasycona jest emocjami. Jak ją Pani czyta?

BARBARA HANICKA: - Zachwyca mnie jej nieuchronność, bo wybory artystyczne Krystiana są tylko do pewnego stopnia suwerenne. Znam Krystiana i w przestrzeni jego teatru odnajduję bardzo wyraźne tropy z dzieciństwa: myślę, że dom w "Kalkwerku" przypomina opuszczony w dzieciństwie jego dom w Mokrem - nie ogrzewany, rozkładający się. Dla mnie bardzo mocno łączy się to z tym, o czym Krystian pisze w "Labiryncie" - tą dziwną szkołą, strychem, brudnym podwórzem, kurzem.
Poza tym uważam, że Krystian robi jedną i tę samą scenografię - do pewnego stopnia niezależną od tekstu, którym się posługuje. Być może jest to przestrzeń, z którą Krystian chciałby się zmierzyć w życiu, a tymczasem mieszka w bardzo mieszczańskim domu, który jest reminiscencją jego domu rodzinnego - jego drugą stroną.

- Mam wrażenie, że ta przestrzeń jest bezkompromisowa - Lupa nikogo do niej nie dopuszcza. Jest nie tylko reżyserem, ale też tłumaczem, a nawet częściowo twórcą wystawianych tekstów, współautorem muzyki, autorem scenografii. Jest w tym pewna zachłanność...

- Krystian przy pomocy teatru szuka - w niezwykle żarliwy sposób - drugiej "nienazwanej przestrzeni" i usiłuje ją nazwać. Myślę, że im jest starszy, tym ta zachłanność i żarliwość jest większa. Celem tych poszukiwań są religijne przeżycia, olśnienia. On to nazywa nieuchwytnym.
Coraz mniej liczy się z nami, publicznością, i załatwia przez teatr swoje bardzo poważne sprawy - ale jest w tym ogromnie uczciwy, nie ma tu nadużycia. Przestrzeń jego teatru zaczyna nas niepokoić, bo się rozpada - tak jest np. w "Mistrzu i Małgorzacie". Być może jego następne przedstawienia będą tylko "w drodze" i nie ujrzą ostatecznej formy. Mam wrażenie, że teatr nie jest już w stanie sprostać jego poszukiwaniom, że rozpadająca się przestrzeń teatru Lupy będzie funkcjonować w innej materii, może w literaturze...

- A Pani olśnienia teatrem Lupy?

- Mam mnóstwo olśnień. Krystian ma odwagę niepatrzenia w kierunku współczesnych receptur na robienie dobrego teatru czy dobrej scenografii - bo takie są i świetnie funkcjonują, np. w teatrze Castorfa. Pamiętam choćby scenę wycieczki po Renie w "Lunatykach", gdy nagle przestrzeń się otwiera: Bienicewicz i Frycz chodzą w koło, przechodzą przez ławkę, dalej chodzą i ma się wrażenie, że wszystko płynie, przesuwa się, a oni wspinają się po wzgórzu. Podobnie w "Lunatykach II" - kiedy siostra (Urszula Kiebzak) prowadzi żołnierza bez ręki (Jacek Romanowski): idą i idą, chodzą tam i z powrotem po scenie, właściwie nic się nie zdarza i nagle ta przestrzeń - i to jest zabawne - pączkuje, rozrasta się. Niezwykła jest też scena z "Braci Karamazow" - Iwan (Jan Frycz) i Aleksy (Paweł Miśkiewicz) rozmawiają z lewej strony przy stoliku; cała przestrzeń pozostaje pusta, obnażona i bezbronna, komponowana niemal wbrew wszelkim regułom reżyserii...
Te sceny pokazują, że przestrzeń nie funkcjonuje sama w sobie, jeżeli reżyser jej nie wypełni. Dlatego reżyser, który sam sobie robi scenografię, jest ideałem. Problem scenografa to często problem nieużytej przestrzeni, w której potencjalny rytm pozostaje niewykorzystany. Scenografia musi funkcjonować w czasie, nabrać muzyczności - a to może zrobić jedynie reżyser. Krystian potrafi to jak nikt inny.

- Okazuje się, że przestrzeń może być najprostszym znakiem, planszą z oknem i drzwiami, która nagle się rozpada i rozciąga w nieskończoność: czujemy napięcie między przestrzenią na scenie, a przestrzenią, która ją otacza, ale jest niewidoczna...

- Krystian tworzy niby-realizm: te odrapane ściany z liszajami, które są stałym elementem jego scenografii... Pamiętam przerażenie w pracowni malarskiej, kiedy postanowił pobrudzić ściany prawdziwym kurzem. Ale te niby-realistyczne wnętrza są "krańcowe" - mają skonfrontować aktorów z ostatecznością. Na przykład pokój w "Rodzeństwie" zachowuje pozory realności - jest ciężki, mieszczański, a jednocześnie tworzy tak wyostrzoną przez swoje "ja" przestrzeń, że nie można w niej grać mieszczańskiego dramatu.

BARBARA HANICKA jest scenografem, od ponad 20 lat tworzy scenografie dla teatrów w Polsce i za granicą, współpracowała m.in. z Tadeuszem Bradeckim, Jerzym Jarockim, Grzegorzem Jarzyną; od 1984 r. stale współpracuje z Jerzym Grzegorzewskim.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl