adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona
Jazz


JAZZ
"TP" nr 17/2003



  Tygodnik Powszechny


  Felietony

  Tematy miesiąca


STAŁE DODATKI

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

JAZZ W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.tygodnik.onet.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Nekrologi rozwijają gatunek

Jazz nigdy nie umrze

Krystian Brodacki

Wersja do druku
Napisz komentarz

Nieustanne wyprawianie jazzowi pogrzebu jest odbiciem niechęci do sztuki, której się nie rozumie, nie zna i nie chce znać. Jazz jawi się jako uzurpator, który nie tylko ośmielił się wejść do filharmonii, ale pretenduje do udziału w państwowych dotacjach na kulturę, ba, udaje mu się czasem coś "wyrwać".

Do bogatej kolekcji "jazzowych klepsydr" doszła następna: oto 22 stycznia br. w wielkim dzienniku włoskim "La Republica", na marginesie recenzji z koncertu Art Ensemble of Chicago, znalazł się następujący passus: "Jazz stał się językiem martwym, utrzymywanym przy życiu jedynie przez formalistów (często znakomitych, lecz niezdolnych do wytyczenia nowych dróg), lub przez "stare lwy", które nadal jeszcze propagują tę sztukę, pełną żaru i eklektyzmu, jaką jazz był przez stulecia. Jednak dziś jazz wydaje się zneutralizowany i zmarginalizowany przez inne tendencje rozwojowe muzyki afro-amerykańskiej..."

Nekrofile?

Krótko, zwięźle, mocno. Mediolański miesięcznik "Musica Jazz" postanowił dać temu odpór: "Są wśród fanów jazzu tacy, którzy z racji wieku pamiętają czasy, gdy na tę muzykę nieustannie spadały inwektywy. Głoszono ponure prognozy, że jako muzyka negroidalna, kakofoniczna, niedorzeczna jest modą, która długo nie potrwa. No cóż, jazz przetrwał znacznie dłużej niż trwają mody, przeciwnie, zdobył prestiż i dostęp do wszelkich instytucji kultury wysokiej (poza telewizją, rzecz jasna)".
I dalej: "Tak, tak. Jazz nie otwiera nowych dróg. To język martwy, jak hieroglify. Byłoby jednak miło, gdybyśmy mogli się dowiedzieć, jak z tego obowiązku innowacyjności, który nakłada się na jazz, wywiązują się dziś inne dziedziny działalności ludzkiej: może muzyka akademicka? a może muzyka pop? może malarstwo, teatr, film? (...) Czy nie jest tak, że to właśnie w jazzie mamy zjawisko wielkiego rozmnożenia nurtów i tendencji, jakiego nigdy dotąd nie było? Wszak niewiele lat temu nikt nie mógł przewidzieć, co i jak będą grać, dla przykładu, George Lewis, John Zorn, Michel Portal czy wielu innych, im równych artystów, których żadna nowa płyta nie jest powielaniem poprzedniej. Jeśli mowa o "otwieraniu nowych dróg", to jazz w XX wieku wykonał swoją robotę, i to jak!". Rozumiem niepokój Tischnera: słucha jazzu, lubi tę muzykę, może nawet kocha. Nic dziwnego, że nie chce, by go uważano za nekrofila. Ale patrząc na sprawę z perspektywy nieco dłuższej powiem, że już dawno się uodporniłem: mówią, że ta muzyka umarła? A niech sobie mówią! Ja wiem, że jazz żyje i żyć będzie.
I w tym momencie mógłbym odłożyć pełen pasji artykuł Tischnera do archiwum jako pewien akt donkiszoterii, w dodatku nie wiadomo do kogo adresowany: dla ludzi, którzy jazzu nie znają jest za trudny, a dla jazz-fanów - zbyt powierzchowny. A jednak uważam jego głos za ważny, prowokujący do dyskusji. Zmieniłbym tylko trochę temat: nie "czy jazz umarł", lecz: dlaczego mamy wciąż do czynienia z jego uśmiercaniem?

Podejrzany

Kiedy popularne stały się jazz nowoorelański i dixieland, szybko odezwały się głosy potępienia. Oto wypowiedź znanego kompozytora operowego Pietro Mascagniego: "Uważam jazz za bardziej zgubny i demoralizujący niż kokaina lub inny środek oszałamiający. Jazz jest zarazą. Ze sztuką nie ma nic wspólnego". Sądzę, że tę opinię podzielała w latach 20. większość akademickiego środowiska muzycznego, nie tylko w Europie. Kto wie, czy podobnie nie jest i dziś, choć nikt tego nie powie już tak wyraźnie.
Sądzę, że nieustanne wyprawianie jazzowi pogrzebu jest odbiciem niechęci czy wrogości do sztuki, której się nie rozumie, nie zna i nie chce znać. Jazz jawi się jako uzurpator, który nie tylko ośmielił się wejść do filharmonii, ale pretenduje do udziału w państwowych dotacjach na kulturę, ba, udaje mu się czasem coś ,,wyrwać", choć nieskończenie mniej niż to czyni lobby tzw. muzyki poważnej.
Wiem, że upraszczam, ale tak przedstawia się przyczyna mniej lub bardziej zawoalowanych ataków z zewnątrz, z którymi zresztą jazz w ciągu swej historii nieźle sobie radził. Jednak ataki wychodziły również od środka - tak było od narodzin jazzu, tak jest i teraz.

"Prawdziwy jazz"

Kiedy w latach 30. do wielkiej popularności doszły w USA orkiestry swingowe (a do największej - big bandy... białe) odezwały się głosy fanów, że to zapowiedź końca jazzu. Mówiono, że swing odebrał publiczność zespołom "prawdziwym" (czyli dixielandowym), skomercjalizował się, a zatem utracił wartość artystyczną. Znaleźli się krytycy, którzy - jak Hugues Panassié - twierdzili, że jazz skończył się na dixielandzie i jazzie nowoorleańskim. Nawet dziś są artyści, którzy tak właśnie uważają - niektórych znam osobiście. Aliści hossa wielkoorkiestrowego swingu nie mogła trwać wiecznie: przeżyły tylko nieliczne big bandy. Dla niektórych fanów była to kolejna śmierć jazzu, dla muzyków - era bezrobocia. A tymczasem na przełomie lat 30. i 40. ze środowiska młodych czarnych artystów wyłonił się bebop, otwarcie kwestionujący wartości jazzu tradycyjnego (ze swingiem włącznie, który z czasem został do tej kategorii włączony). Bopersi ostentacyjnie unikali słowa "jazz", tworzyli muzykę znacznie bardziej wyrafinowaną, niezrozumiałą dla tradycjonalistów. Od czci i wiary odsądził ich sam Louis Armstrong.
Ogłoszono kolejny kryzys: Parker, Gillespie, Monk nie grają jazzu, lecz muzykę szkodliwą. Wyrazem tych poglądów była książka marksistowskiego krytyka z NRD André Asriela, który w latach 60. wymyślił dla bopu i jego pochodnych termin: ,,jazz snobistyczny", przeciwstawiając go ,,rdzennemu" jazzowi tradycyjnemu.

Kolejny pogrzeb

Z czasem okazało się, że bebop nie tylko nie zamordował ,,prawdziwego jazzu", lecz stał się w swych nowych wcieleniach jego głównym nurtem. Mało tego: muzycy swingowi zaczęli przejmować niektóre nowe wynalazki, np. w warstwie harmonicznej. Zdarzyło się wreszcie coś dawniej nie pomyślenia: obok siebie wystąpili Dizzy Gillespie i Louis Armstrong!
Wkrótce jednak przed jazzowymi żałobnikami otworzyła się nowa szansa: Ornette Coleman ogłosił następną rewoltę - free jazz! Teraz już nie mieli wątpliwości: jazz wyczerpał swe możliwości twórcze, freejazzmeni rozbijają fundamenty jazzu. Pełna swoboda improwizacji wyzwolonej z gorsetu ,,changes" (schematu akordowego), rozluźnienie formy (lub jej zanik), utrata wyrazistości rytmicznej i harmonicznej - toż to zdrada i upadek. Miejsce instrumentalnej wirtuozerii zajmuje hochsztaplerka, bo tak potrafi grać każdy!
Tak, na fali free wypłynęło niemało miernot. Jednak z drugiej strony ten styl dorobił się artystów znakomitych, jak John Surman czy Tomasz Stańko. A gdy minęło trochę czasu, zaczął zapładniać wyobraźnię jazzmanów mainstreamu - i vice versa!
Był wszelako aspekt zdecydowanie negatywny: free jazz wpisała na swe sztandary lewica Europy zachodniej, np. komuniści we Włoszech. Nastąpił podział audytorium według kryteriów ideologicznych: zbuntowana przeciw kapitalizmowi młodzież uznała, że jazz, który odwołuje się do tradycji, godny jest potępienia. Na festiwalach dochodziło do żenujących ekscesów, gdy wygwizdywano artystów tej miary co Stan Getz, jako sługusów reakcji... Paradoksalnie jednak, w krajach ,,obozu socjalistycznego" (zwłaszcza w NRD), free jazz stał się symbolem omijającej cenzurę bezkrwawej walki o wyzwolenie spod władzy komunizmu.
Niezależnie od ideologicznych konotacji, szczególnie wyraźnych w USA, gdzie free jazz połączono z walką o równouprawnienie Czarnych, kierunek ten odstraszył rzeszę słuchaczy od jazzu w ogóle.

,,To stare g..."

Mimo wszelkich zawirowań jazz żył: i ten tradycyjny, i ten swingowy, i ten późniejszy, zwany umownie nowoczesnym; każdy z kierunków miał swoich fanów, choć muzycy mogli tylko śnić o niegdysiejszej popularności i pieniądzach. Wszelako okazało się, że nie wszystko stracone: Miles Davis i wybitni muzycy z jego zespołów wylansowali jazz rocka i odzyskali teren w środowiskach młodzieżowych. Sytuacja znów się powtórzyła: znaczna część jazzmanów odcięła się od Davisa, poparli ich niektórzy krytycy, wieszcząc co? Oczywiście śmierć jazzu, za sprawą Milesa. Jest faktem, że Davis manifestacyjnie odciął się od jazzu, głosił konieczność zerwania z tradycją. Nazywał jazz ,,this old shit" (to stare g...). Jak można było reagować na takie dicta, jeśli nie protestem? Pamiętam koncert świetnego saksofonisty hard bopu Lou Donaldsona, zupełnie zapomnianego, jak wielu innych w okresie apogeum jazz rocka i muzyki fusion. W pewnej chwili Donaldson zapowiedział: ,,A teraz zagramy utwór z repertuaru Milesa Davisa z okresu, gdy jeszcze grał jazz..."
Dla niego i wielu innych Miles zdradził. Największym antagonistą stał się Wynton Marsalis, misjonarz odrodzenia tradycji. Uważał, że postawa Davisa jest dla jazzu zagrożeniem: niech by sobie grał, co chce, ale po co głosi śmierć jazzu, dlaczego odbiera mu słuchaczy? Doszło do bardzo ostrego podziału: zwolennicy Wyntona zrozumieli jego przesłanie w sposób skrajny, odrzucając in corpore muzykę fusion.
,,Davisowcy" obwołali Marsalisa konserwatystą rodem z Ciemnogrodu. Czarny pisarz Ismael Reed oskarżył go, że zaprzedał się białemu establishmentowi, podobnie jak część afro-amerykańskiej inteligencji. Odtąd cokolwiek by zrobił Wynton, będzie złe...

Twórczy ferment

U progu XXI w. środowisko jazzowe jest jak zwykle podzielone, również na płaszczyźnie rasowej. Ismael Reed reprezentuje afro-amerykańską stronę medalu. O Kenie Burnsie, na którego powołał się Tischner, mówi tak: ,,To nowa forma białego łajdactwa! Pisanie Burnsa o jazzie jest czymś takim, jakby współsprawca Holokaustu pisał o muzyce klezmerskiej...".
Z drugiej strony barykady mamy czarnego krytyka Stanleya Croucha, który popiera Marsalisa i ideę przekształcenia jazzu w rodzaj afro-amerykańskiej muzyki klasycznej, z wszystkimi przywilejami, jakie to może dać. Uważam, że te różnice poglądów wytwarzają ferment, który nie tylko jazzowi nie zaszkodzi, lecz okaże się twórczy. Zgadzam się z publicystyką miesięcznika ,,Musica Jazz": tylu nurtów w ramach tej samej rzeki nigdy jeszcze nie było. Łukasz Tischner dał temu wyraz w swoim artykule, zwłaszcza w odniesieniu do sytuacji w Ameryce (Europę potraktował zbyt skrótowo).
Czy jednak wszystko, co dziś pod szyldem jazzu jest grane, zasługuje na indygenat? Niektórzy muzycy zaprzeczają, jakoby grali jazz (np. uważany przez wielu za idola John Zorn). Inni mówią, że grają po prostu m u z y k ę i nienawidzą etykietek. Jeszcze inni - że jazz robi się tylko w loftach i innych ,,brzydkich" miejscach, w oparach alkoholu i dymków - tak, jak dawniej. Do dużego znaczenia doszedł kierunek postfree, nazywany czasem niesłusznie awangardą. Ton ostatnim dekadom nadały także niektóre wytwórnie niezależne, z ECM na czele, nie brak jednak opinii, że ECM doprowadziło do takiego pomieszania pojęć, iż dziś słowo ,,jazz" straciło sens. A straciło rzeczywiście?
Swego czasu Joachim E. Berendt sformułował definicję jazzu, która miała ogarnąć wszystkie jego elementy; dziś przydałaby się już nowa. Ale muzyków to nie interesuje - po prostu grają i, jak zawsze, albo trzymają się tradycji, albo wchłaniają i przetwarzają wszelkie wynalazki w dziedzinie dźwięku, albo jedno i drugie. Wszyscy zasługują na uznanie, o ile tylko mają talent. Jest jeszcze jeden powód, który skłania dziennikarzy do uśmiercania jazzu: nie wiedzą, o czym piszą. Ulegają sprzecznym opiniom, bo nie mają własnych. Zapewniam ich i im podobnych: jazz nie umrze nigdy! Jest w nim bowiem coś, co pozostaje atrakcyjne bez względu na upływ czasu.
Kto nigdy nie grał jazzu, nie ma pojęcia, jaką ta czynność jest przyjemnością i wyzwaniem. Improwizacja w gronie rozumiejących się wzajemnie ludzi! Rytm, który unosi jak na skrzydłach! Intensywność chwili! Zmieniają się style i mody, ale to, co najistotniejsze, pozostaje. Można od tego odejść, będąc jednak świadomym, że zawsze jest dokąd powrócić - i tak czynią najbardziej odważni eksperymentatorzy.

PS. Oczywiście chciałbym, by jazz zajął pocześniejsze miejsce w pejzażu naszej kultury. Zasłużył na to. Niestety, jak dotąd nie umieliśmy stworzyć środowiska, które potrafiłoby skutecznie oddziaływać na politykę kulturalną państwa. Jest to jednak odrębny temat. W każdym razie na katakumby się nie zgadzam.

Krystian Brodacki jest publicystą i krytykiem muzycznym, współpracownikiem "Jazz Forum".


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny