"Tygodnik Powszechny", Nr 17 (2807), 27 kwietnia 2003, http://www.tygodnik.com.pl/jazz/17/jazz07.php


Krótka historia polskiego jazzu

Trudna wolność
Z Januszem Muniakiem rozmawia Łukasz Tischner

ŁUKASZ TISCHNER: - Lata 50. w Polsce to eksplozja jazzu. Co Pana do niego przyciągnęło?

JANUSZ MUNIAK: - Po prostu miłość muzyki. Czułem w niej wiele autentycznego dobra. Jazz tworzył wspaniałą wspólnotę ludzi, grających bez żadnego przymusu, wzajemnie się inspirujących i wspomagających. Niektórzy nazywają mnie już Matuzalemem jazzu, ale nie należałem do pionierów. Do jazzu zbliżyłem się po "odwilży", już u schyłku lat 50. Często się dziś mówi, że jazz wyrażał bunt przeciw komunie, ale moja pasja nie miała żadnych podtekstów politycznych. Nie trzeba mi było jazzu, żeby zdawać sobie sprawę z tego, co się dzieje dookoła. Wystarczyło mi zobaczyć w książce do polskiego portret Wandy Wasilewskiej. Byłem obarczonym fobiami dzieckiem wojny i kiedy natrafiłem na jej podobiznę, ogarnął mnie jakiś nieokreślony strach. Później bałem się, żeby podręcznik nie otworzył się na stronie z Wasilewską.

Wokół Helikonu

- Gdzie biło wówczas w Krakowie serce jazzu?

- W Jazz Klubie Helikon przy św. Marka 15. Nie było wtedy alternatywy rocka i bardzo dużo młodych ludzi interesowało się muzyką improwizowaną. Do Helikonu nie zawsze udawało się wedrzeć, a w środku było gorąco, ścisk jak w beczce od śledzi. Właśnie tam zacząłem poznawać podobnych sobie wariatów. Wtajemniczeni dzielili się wrażeniami na temat audycji Willisa Conovera z "Głosu Ameryki". Zaskakująco szybko udało mi się zaznajomić ze starszymi kolegami - Krzysztofem Komedą, Andrzejem Trzaskowskim, Andrzejem Kurylewiczem, Romkiem "Guciem" Dylągiem, Jurkiem "Dudusiem" Matuszkiewiczem. Patrzyłem na nich jak na bogów, bo to, co wówczas grali, to był dla mnie Olimp. Równocześnie imponowali mi swoim stylem. Choćby "Kuryl" ze swoim lwowskim dowcipem, którym zaskakuje mnie do dzisiaj. Kilka lat temu miał wystąpić w krakowskim "Loch Camelot". Potrzebował dobrego kontrabasisty, więc podsunąłem mu chłopaka z mojego zespołu. Po koncercie zadzwonił i mówi: "Wiesz, bracie, zagraliśmy w "Loch Camelot". Ten młody człowiek, którego mi poleciłeś, to bardzo inteligentny gość. Spisał się na medal. Ale pianino to trup - kompletnie rozstrojone, klawisze w ruinie... Nie wiedziałem, co robić - grać na nim czy nie grać? Ale nie było już odwrotu. I wiesz, bracie, co zrobiłem? Usiadłem, pomyślałem, starałem się zrozumieć jego wnętrze, naturę... No i wiesz co? Wyobraź sobie - okiełznałem to bydlę".

- To byli na ogół młodzi ludzie z inteligenckich "dobrych domów".

- Tak, to byli kulturalni, inteligentni ludzie, choć mało było abstynentów... Lubili ze sobą przebywać. Równocześnie jednak bardzo poważnie podchodzili do spraw muzyki. Mieli wszechstronne wykształcenie i trzymali wysoki poziom.

- Kto wówczas nadawał ton?

- Chyba przede wszystkim Komeda i Trzaskowski. Dwie różne osobowości. Komeda był uosobieniem spokoju i dobroci. Czuje się to także w jego lirycznej muzyce. Trzaskowski był także fantastycznym człowiekiem, ale miał inny temperament. Musiał przemyśleć każdy dźwięk i akord. Był usystematyzowany i pedantyczny. Tak samo w muzyce, jak i w ubiorze. Kiedy grałem potem w jego kwintecie, trzeba się było ubierać pod jego dyktando. On wiedział, jakie należy nosić krawaty, jak ma być skrojona marynarka. W koszuli nie mogło zabraknąć stebnowanego kołnierzyka, garnitur miał być nieskazitelny, tylko od krawca Jankowskiego z Warszawy. Skądinąd nie mógł być też lepszy od tego, który leżał na szefie...
Miałem zabawną historię z tym Jankowskim. Uwierały mnie spodnie, które mi uszył. Byliśmy akurat w trasie koncertowej po Niemczech - prestiżowe miejsca, występ w telewizji... W ostatnim dniu, kiedy na końcu kłanialiśmy się publiczności, poczułem naglę wielką ulgę na wysokości pośladka. Zobaczyłem z tyłu 30-centymetrową dziurę. Z przyjemnością zademonstrowałem ją potem Andrzejowi.

- Jak zaczęła się Pana kariera?

- Zaczynałem w składach wykonujących jazz tradycyjny, ale szybko mnie stamtąd wyrzucono za niedociągnięcia stylistyczne. Na początku grywałem jazz ułatwiony w nocnych restauracjach - w "Feniksie", "Kaprysie" czy "Cyganerii". Ale wciąż krążyłem wokół Helikonu. To właśnie tam na początku lat 60. trafiłem na Adama Makowicza, Tomka Stańko, Zbyszka Seiferta, Wiktora Perelmutera, Janusza Stefańskiego i Jacka Ostaszewskiego. Dużo razem graliśmy. Makowicz ciągnął w kierunku klasycznego jazzu, Stańko chciał wykroczyć poza istniejące kanony i ostatecznie zwyciężył. Adaś w pewnym momencie nas opuścił i tak powstał zalążek kwintetu Tomka. "Gucio" Dyląg, który kursował między Warszawą i Krakowem, rozgłaszał, że młodzi w Krakowie kombinują coś ciekawego. Kwintet Stańki był rozerwany między zespoły Komedy i Trzaskowskiego (Trzaskowski wziął Ostaszewskiego i mnie, Komeda - Stańkę). Pojawiały się na tym tle pewne zadrażnienia. Kiedy gościnnie zagrałem z Komedą, Andrzej zrobił mi awanturę, a potem "za karę" zaprosił Stańkę...

- Czy pojawiały się napięcia między Komedą i Trzaskowskim?

- To były drobne utarczki. Napięcia jak w rodzinie, ale nie patologicznej. Bo obaj się szanowali i serdecznie przyjaźnili.

- Jak wyglądało życie towarzyskie?

- Często spotykaliśmy się w prywatnych domach - głównie u Trzaskowskich i Komedów - albo w klubach. Dużo gadaliśmy o muzyce. Słuchaliśmy jazzu - wieczorem, a czasem do rana. Jak można się domyślić, nie odbywało się to na sucho. Troszkę rozgrzesza mnie fakt, że alkohol lał się wtedy wszędzie. Ale nie piliśmy na umór.
Słuchaliśmy rzeczy najrozmaitszych: Davisa, Jazz Messengers, Coltrane'a i głośnego wówczas Ornette Colemana. Mówiliśmy sobie - oni grają to, a my co? Każdy chciał wyrazić swoje zdanie na temat nowinek. Pamiętam pewną noc spędzoną u Krzysia. Leżeliśmy w jego ciasnym pokoiku na dywanie - po jednej stronie biblioteczka, po drugiej pianino. Obok nas adapter i czerwone winko. Szła chyba płyta Colemana. Próbowaliśmy zrozumieć, o co w tej muzyce chodzi, wysnuć jakieś wnioski. Był to okres, kiedy nie wypadało się przyznawać do "reakcyjnych" gustów. Nieawangardowy mógł być tylko dixieland. I w pewnym momencie Krzysiu wymienił nazwisko, którego nie wolno było głośno przywoływać, bo mainstream był tym, co najbardziej tępiono: "Jasiu, a co ty sądzisz o muzyce Stana Getza?" A ja na to: "Krzysiek, jest późna pora. Co ci, bracie, będę owijał w bawełnę. Dla mnie to jest geniusz". A on na to: "O Boże, jak ja ci dziękuję! Człowiek tak chodzi, chodzi i nie może tego głośno powiedzieć. Zostawmy to między nami, ale ja go kocham".

Konwencja i wolność

- Pan jednak wybrał drogę awangardową - kwintet Tomasza Stańki. Przez lata był Pan związany z free jazzem.

- Wciągnęło mnie jakoś. Grałem równocześnie w kwintecie Tomka i w jazzowej orkiestrze radiowej, a tam czekał na mnie pulpit z nutami. Kiedy występowałem z orkiestrą, nie wiedziałem, czy w partii improwizowanej mogę burzyć porządek, wyskakiwać poza kanony czy pokornie realizować to, co wyznacza mi konwencja. Żyłem w rozdwojeniu, bo żeby dobrze grać standardy, trzeba operować pewnym określonym językiem, a moja druga połowa przyzwyczaiła się do całkowitej wolności. Choć z drugiej strony w całkowitą wolność nie wierzyłem, bo trzeba stawiać sobie pewne granice. Bez nich drepcze się w kółko.
Prowodyrem free był Tomek Stańko, a on był gościem, który zna się na muzyce. Ufałem mu, ale prosiłem o wyjaśnienia: "Free? OK, ale co mam grać?" A Tomek: "Człowieku, improwizuj! Masz głowę, to myśl". Kiedy dopytywałem dalej: "Ale o czym? Czy mam odrzucić te piony harmoniczne?", mówił krótko: "Twoja sprawa, bracie". Graliśmy w dużym napięciu. Czuliśmy przymus ciągłego poszukiwania wolności w muzyce i muzyki w wolności. Muzyka Kwintetu wiązała się z bezustannym wysiłkiem umysłowym. Zdarzały się chwile zwątpienia, ale wiele było momentów wspólnej muzycznej satysfakcji. Po latach postanowiłem jednak powrócić do "niewoli", bo w harmonicznych pętach wiem, że mam wiosłować do przodu. Na nieszczęście, ale i na szczęście po 8-9 latach nasz kwintet się rozwiązał. To był najdłużej grający ze sobą polski zespół freejazzowy.
Moda na free otwierała niestety drogę różnym hochsztaplerom, którym wydawało się, że skoro nie potrafią zagrać normalnie, to znaczy, że należą do awangardy. Ale Tomka nie można było podejrzewać o hucpę. On znał reguły i konwencje, które łamał czy omijał. Grał free świadomie, a nie z nieuctwa. Jeśli chce się coś twórczo odrzucić, to trzeba to wcześniej mieć. Tomek brał odpowiedzialność za kształt muzyki, ale też pozostali członkowie kwintetu - Seifert, Stefański, Suchanek - byli arstystami z prawdziwego zdarzenia.

- Jakim Stańko był szefem?

- Tomek ma sposób oddziaływania jak Miles Davis - mało słów i duże wymagania. Potrafi też dobierać sobie odpowiednich muzyków i motywować ich. Davis trafił na swoich kumpli, a Tomek na nas.

- W kwintecie grał Zbigniew Seifert, który był jedną z największych nadziei polskiego jazzu. Gdyby nie przedwczesna śmierć, nagrałby pewnie płytę z McCoy Tynerem i trafił w orbitę sidemanów Coltrane'a. Jak zapamiętał Pan Seiferta?

- Był wspaniałym kolegą i genialnym muzykiem. Wybitnie zdolny, a zarazem zaskakująco skromny. Makabrycznie pracowity gość! Studiował klasę skrzypiec w krakowskiej Akademii Muzycznej, a równocześnie grał z nami na alcie. Miał wadliwie unerwioną lewą dłoń, co utrudniało mu grę na skrzypcach. Jednak dzięki swojemu uporowi przezwyciężył tę niedogodność. Rzucało się w oczy jego skupienie - jakby tylko w połowie był obecny wśród ludzi, a w środku bezustannie zestawiał jakieś kombinacje dźwiękowe. Głęboko fascynował się Coltranem, drogą jego rozwoju. Marzyło mu się, by przetransponować coltrane'owskie struktury i relacje dźwiękowe na skrzypce. Długo się przymierzał, by zamienić alt na skrzypce. Wiele o tym dyskutowaliśmy. Mówił, że na alcie z grubsza wie, co ma grać, a kiedy bierze do ręki skrzypce, przypomina mu się Bach z całą klasyką i to go paraliżuje. Bardzo go namawiałem, żeby jednak spróbował. Pewnego dnia wziął skrzypce i zagrał. Wrażenie było duże. Od tego czasu już się ze skrzypcami nie rozstawał.

Omal nie pękły ściany

- Z kwintetem jeździliście sporo po Europie. Jak wyglądały Wasze kontakty z freejazzową międzynarodówką?

- Na festiwalach spotykaliśmy Cecila Taylora, Johna Tchicai i Dona Cherry. Najczęściej widywaliśmy jednak awangardzistów europejskich na czele z Peterem Brötzmannem. Zdarzało się, że stawaliśmy z kwintetem Brötzmanna do turnieju. Jego zespół - z Hanem Benninkiem i Peterem Kowaldem - grał w jednym końcu wielkiej hali, nasz w drugim. Brötzmannowi czasami puszczała się krew z nosa, bo chciał uchodzić za najgłośniejszego saksofonistę świata. Ja nie chcąc być gorszy, tak się raz nadąłem, że na sekundę straciłem przytomność. Przebudziłem się tuż przed upadkiem.

- Brötzmanna słyszałem kilka lat temu w krakowskim klubie Indygo. Mało co nie pękły ściany piwnicy...

- Teraz mu na szczęście trochę wymiękło, ale dawniej to była trąba jerychońska. Opowiadał mi Tomek, że kiedy grał z Brötzmannem, to z klap saksofonu dął taki wiatr, że choć stał od Petera w odległości metra, drgały mu nogawki. Kiedy spotykaliśmy się z niemieckimi awangardzistami, zdumiewały nas ich poglądy polityczne. Brötzmann chciał łączyć jazz z polityką i sympatyzował ze skrajnie lewackimi grupami w rodzaju Baader-Meinhof. Czyli jego zespół występował pod czerwonym sztandarem, przed którym nasz kwintet uciekał. To zaskakujące, że podobna muzyka tworzona w tym samym czasie mogła mieć tak różną wymowę polityczną. Ja bym albo wyeliminował politykę z muzyki, albo przymusowo przesiedlał... Ciekawe, pod jakim sztandarem grałby Brötzmann, gdyby zamieszkał w Nowej Hucie?

- Wspominał Pan o braku reguł, które określałyby, jak należy grać free. Brak miar musiał się też odciskać na recepcji tej muzyki. Jak reagowała krytyka?

- Na ogół dobrze, ale wynikało to chyba z dezorientacji. Pamiętam pewne zdarzenie, które wiąże się z moimi przygodami alkoholowymi. To były niestety "upojne" lata, moje poprzednie wcielenie. Tego dnia grałem w warszawskiej filharmonii koncert z awangardową muzyką Trzaskowskiego. Występował wtedy z nami czarny trębacz Ted Curson. Od rana czułem się fatalnie. Jakby ktoś nie wiedział, co to za stan, wyjaśniam - nazywa się kac.

- Jak mawia Wanda Czubernatowa: "fto ni mioł kaca, nie wie, co to smutek"...

- Otóż to! Smutek i makabryczne przeświadczenie, że jestem nieprzygotowany do zajęć. Organizm trzęsie się jak traktor Ursus i myślę, że jedyna metoda to przed graniem spożyć "podpórkę". Obliczyłem sobie, że jeśli wyjdę z domu odpowiednio wcześnie, to spokojnie dojdę spacerem do pewnego baru koło filharmonii. Kiedy dotarłem do celu, okazało się, że nie mam szans dopchać się szybko do bufetu - potężna kolejka. Patrzę na tych ludzi i zastanawiam się, czy byliby skłonni mnie przepuścić, ale widzę po twarzach, że oni potrzebują tego płynu jeszcze bardziej ode mnie. Katastrofa. Z nerwów dostałem wypieków. Kiedy znalazłem się w filharmonii, zobaczył mnie Trzaskowski i mówi: "No, Muniak, znowu uchlałeś się przed graniem!" To mnie dobiło. Chciałem mu powiedzieć, żeby mnie puścił do domu, ale nie zdobyłem się na to. Wyszedłem na scenę jak na skazanie. Na domiar złego zobaczyłem w pierwszym rzędzie gości z notesami. Kiedy sobie pomyślałem, jak się po mnie przejadą w recenzjach, ugięły się pode mną nogi. Ale zacząłem grać. Co dźwięk, to rozpacz, drętwota, brak pomysłów...
Po miesiącu ktoś mi podsunął numer "Jazzu" z relacją z koncertu. Nie mogłem uwierzyć - to była najlepsza recenzja, jaką kiedykolwiek o mnie napisano. Fachowiec wspominał o polimetrii i innych poli-, o technikach serialnych... Zwątpiłem.

- Nie żałuje Pan, że odszedł od free?

- Trudno powiedzieć, bo lata gry z Kwintetem to czas wspaniałych przeżyć i doświadczeń muzycznych. Jednak z wiekiem człowiek coraz bardziej tęskni do harmonii. Widać to nawet na przykładzie Tomka Stańko, który genialnie się uporządkował, zachowując swoją indywidualność i artystyczną wolność. Ja skorzystałem z wolności wyboru i uprawiam tzw. jazz środka. Dziękuję Bogu, że ciągle gram i mam kontakt z całą plejadą uzdolnionych nasto- i dwudziestolatków, z którymi występuję w moim klubie. Ci ludzie to dla mnie coś w rodzaju odmładzającej witaminy.

JANUSZ MUNIAK, saksofonista, ur. w 1941 roku w Krakowie, debiutował w 1960 r. w lubelskim zespole Witolda Miszczaka, w 1963 roku został saksofonistą tenorowym w zespole Tomasza Stańki Jazz Darings. Później stał się filarem Kwintetu Tomasza Stańki. Współpracował z zespołami Andrzeja Trzaskowskiego, z Krzysztofem Komedą, z Janem Ptaszynem Wróblewskim (Studio Jazzowe Polskiego Radia, SPPT Chałturnik). Od 1976 roku prowadzi własne zespoły, przez które przewinęli się m.in. Andrzej Cudzich, Zbigniew Wegehaupt, Michał Miśkiewicz, Marcin Wasilewski. Współpracował z wybitnymi muzykami amerykańskimi, m.in. z Donem Cherrym, Freddiem Hubbardem, Hankiem Mobley'em, Hankiem Jonesem. W ostatnich latach nagrał m.in.: Not So Fast (1995), One and Four (1997), Spotkanie (1998), Just Friends (2000), Annie (2002).

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl