adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona
Jazz


JAZZ
"TP" nr 17/2003



  Tygodnik Powszechny


  Felietony

  Tematy miesiąca


STAŁE DODATKI

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

JAZZ W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


To jest strona archiwalna.

Aktualna strona internetowa "Tygodnika Powszechnego" znajduje się pod adresem www.tygodnik.onet.pl

Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Wiadomości o śmierci jazzu są mocno przesadzone

W katakumbach

Łukasz Tischner

Wersja do druku
Napisz komentarz

Zdążyliśmy się już przyzwyczaić, że media wkroczyły w erę "info-rozrywki". Sytuacja, w jakiej znaleźli się dziś dziennikarze, publicyści, a nawet krytycy muzyczni przypomina położenie meteorologa z opowiadania Mrożka. Różnica polega na tym, że inne są dziś oczekiwania Centrali - teraz liczą się wyłącznie meldunki o burzach z piorunami i nowych zgonach.

W ostatnich latach przeczytałem kilkanaście klepsydr obwieszczających śmierć jazzu. Początkowo nie robiły one na mnie wrażenia - myślałem sobie, że to nadgorliwi krytycy stosują się do zaleceń Centrali. Ale po pewnym czasie zacząłem się niepokoić. Bo nawet jeśli to plotki, to dość rozpaczliwe. Może to dziś jedyny sposób, by wzbudzić zainteresowanie jazzem? Ale ile razy można chować tego samego nieboszczyka?

Zerwany kontakt

Jednak sprawa jest poważna. Zwłaszcza w Polsce. Na marginesie ostatniego "Jazz Jamboree" pisał o tym uczciwie i przenikliwie Krystian Brodacki ("Rzeczpospolita", 2 listopada 2002). Rzeczywiście, szwankuje nad Wisłą kultura jazzowa. Brakuje klubów z prawdziwego zdarzenia (ciasne, zadymione lokale bez porządnego fortepianu, podpici bywalcy zagłuszający muzykę...), mocno podupadła krytyka, jeszcze bardziej konferansjerka, poza "Not Two" i "Polonią" właściwie nie ma wytwórni płytowych zainteresowanych tym rodzajem muzyki, słynna ongiś polska szkoła plakatu jazzowego to już wyłącznie wspomnienie, "Jazz Jamboree" traci wyrazistość... Listę tę można bez trudu wydłużać: radiowa "Trójka" zredukowała ,,Trzy kwadranse jazzu" do dwóch, a potem zamieniła na "Ich Troje" (na szczęście jazzowym wygnańcom dała schronienie "Dwójka"), jazz kompletnie wyparował z telewizji (czasem zawstydzony jazzman chałturzy w jakimś talk show), żaden urzędnik państwowy nie zatroszczył się o jazzowe dziedzictwo narodowe (wydana w ubiegłym roku antologia płyt ,,Jazz w Polsce" pokazuje, jakie skarby kryją zakurzone archiwa radiowe). Muzycy tworzący w tego rodzaju próżni są zdani na samych siebie, co sprawia, że zrywa się to, co w jazzie najważniejsze - żywy kontakt ze współ-czującą krytyką i słuchaczami. W pewnym sensie nastały dla jazzu czasy "półkownictwa", które przypominają smutne lata polskiej kinematografii, kiedy to trudno było o obiektywne miary artystycznej wielkości, bo fakt represjonowania mógł służyć jako uzasadnienie wartości dzieła (Andrzej Żuławski cieszył się równą estymą co Krzysztof Kieślowski). Porównanie to o tyle trafne, że przecież nie brakuje świetnych muzyków. Sęk w tym, że nie ma dobrej aury, w której mogłyby dojrzewać wybitne talenty. Na szczęście młodzi polscy jazzmani mają już sporo międzynarodowych kontaktów - koncertują i nagrywają płyty z mistrzami miary Billy'ego Harpera, Gary'ego Bartza czy Davida Kikoskiego. Dzięki temu nie są już zdani wyłącznie na opinie własnego klanu. Z drugiej strony, przynajmniej kilku muzyków starszego pokolenia gra w europejskiej, a w przypadku Tomasza Stańki - światowej pierwszej lidze.

Ale niepokojące wieści dobiegają także z jazzowej Mekki. Ken Burns, autor monumentalnego serialu o historii jazzu, wskazał na cztery czynniki, które mają świadczyć o zmierzchu jazzu: zanikanie rytmów tanecznych i form współuczestnictwa słuchaczy (taniec, zabawa, śpiew czy spontaniczne owacje), brak współczesnych śpiewników, wypieranie intymnych, tanich koncertów klubowych przez drogie imprezy w wielkich, nieprzytulnych centrach sztuki, zanikanie świadomości ponadgatunkowej i autosegregacja od innych stylów muzyki. W konsekwencji trudno o nawiązanie kontaktu z nowymi potencjalnymi słuchaczami. Diagnoza ta, podobnie jak raport Krystiana Brodackiego dotyczy przede wszystkim kultury jazzowej. A jaka jest kondycja samej muzyki?

Przynajmniej kilka tytułów jazzowych kompozycji (by przypomnieć ,,The Death of Jazz" Wyntona Marsalisa czy ,,Ode to the Death of Jazz" Edwarda Vesali, powstałe jeszcze w okolicach 1989 roku) wskazywałoby, że muzyka improwizowana w najlepszym razie ledwo zipie. Czy tak jest rzeczywiście? Nie jestem krytykiem muzycznym, lecz amatorem jazzu, co uprawnia mnie do afektacji i miłosnych wyznań. Odpowiadam zatem - nie! Spróbuję choć trochę swój sprzeciw uargumentować. Z góry zastrzegam, że ominę scenę polską, bo musiałbym poświęcić jej więcej miejsca niż oferują mi gościnne łamy "Tygodnika Powszechnego".

Cena dojrzałości

Po pierwsze nie brakuje wciąż prawdziwych jazzmanów, czyli tych, których Pee Wee Russell określił w swojej słynnej definicji następująco: "Grupa gości - nie obchodzi mnie, skąd pochodzą - z serdecznym feelingiem i rytmem w organizmie, których im nikt nie odbierze, nawet gdyby trafili do organizacji symfonicznej". Po drugie, nie widać co prawda na horyzoncie osobowości na miarę Coltrane'a czy Davisa, ale jazz imponująco się rozwija i niczym odkurzacz wchłania coraz to nowe wpływy. Może trudniej to dziś zauważyć, bo okres dojrzewania ma już za sobą - po rewolucji free w latach 60. żadne względy formalne nie krępują już twórczej inwencji. Nie oznacza to jednak przymusowego epigonizmu. Przeciwnie: "dopiero teraz - jak pisał Joachim Ernst Berendt - muzyk jazzowy może być naprawdę swobodny, grać to wszystko, co stanowiło tabu dla wielu twórczych muzyków jazzu free: tercje i trójdźwięki, funkcyjne przebiegi harmoniczne, walce i songi; może stosować czterodzielne metra, przejrzyste formy i struktury, romantyczne brzmienia" (,,Wszystko o jazzie", tłum. S. Haraschin i I. Panek, Kraków 1991). Krótko mówiąc, może przestać ulegać terrorowi awangardy i dominujących stylów, by na własną rękę podjąć dialog z wybraną (niekoniecznie jazzową) tradycją.

W ostatnich latach wpływ rozmaitych szkół i stylów znacznie osłabł. Neokonserwatyzm spod znaku Wyntona Marsalisa (o poglądach Mrożkowego Artura z ,,Tanga") stał się skostniałą ideologią, a nie żywym prądem muzycznym, choć gwoli sprawiedliwości trzeba przyznać, że muzycy z kręgu nowojorskiego Lincoln Center imponują warsztatem i mają olbrzymie zasługi na polu edukacji. Najzdolniejsi artyści z ruchu M-Base, próbujący łączyć jazz z wielkomiejskim folklorem Czarnych, jak Geri Allen czy Greg Osby, poszli własną drogą, na której spotkali starych mistrzów. Ekscytacja rapem szczęśliwie minęła. Projekt "radykalnej muzyki żydowskiej" Johna Zorna również stracił swój impet. Dziś coraz częściej styl to człowiek, a nie grupa. Przyznaję, że stan permanentnego eklektyzmu wcale mnie nie martwi, bo: kogo nie zabije, tego wzmocni. Na polu bitwy zostają tylko ci, których nie zepsuje nawet "organizacja symfoniczna".

Kolumbowie

Trudno wymienić wszystkich, którzy przecierają nowe szlaki. Przywołam tylko niektóre emblematyczne nazwiska. Po pierwsze, wciąż tworzą i rozwijają się starzy mistrzowie, na ogół niegdysiejsi buntownicy - jak weteran free Sam Rivers i wywodzący się z hard-bopu oryginalny pianista Andrew Hill. Co zastanawiające, to ich płyty lub projekty ich uczniów (rewelacyjny pianista Jason Moran) zdobywają w ostatnich latach najwyższe uznanie krytyków. Mam wrażenie, że ostatnia dekada pokazuje jednak przede wszystkim tryumf Chicago nad Nowym Jorkiem. To artyści skupieni kiedyś wokół chicagowskiego Association for the Advancement of Creative Music, którzy połączyli awangardowe eksperymenty formalne ze studiami nad tradycją (tą bliższą: jazzową i dalszą: rytualno-plemienną wywodzącą się z Afryki) wedle zasady "ancient to the future", przejmują pochodnię od starszych kolegów. Niebywała, cyrkowa wyobraźnia muzyczna Henry Threadgilla, wyprawy Anthony'ego Braxtona do ogródka Johna Cage'a, zimne brzmienie trąbki Wadada Leo Smitha, cudowny eklektyzm Davida Murraya - to tylko niektóre z atrakcji z okolic AACM. Chicago to także miejsce, gdzie pod bokiem starych, choć wciąż otwartych na nowe wpływy mistrzów (jak Fred Anderson), rozkwita drapieżny talent Kena Vandermarka, który łączy fascynację galaktycznym Sun Ra z ciekawością dla noise rocka. Vandermark jest też pomysłowym animatorem jazzowych wydarzeń, porównywalnym z Johnem Zornem. Awangarda nowojorska jest jak na mój gust nadto cerebralna. Nadzieję na odwrócenie tej tendencji niosła eksploracja folkloru żydowsko-karpacko-bałkańskiego czy innych źródeł etnicznych. Kolejne projekty z tego nurtu nie dorównały moim zdaniem pierwszej płycie Masady Johna Zorna - "Alef". Filar Masady, wszechstronny trębacz i kompozytor, Dave Douglas zatęsknił za jazzową tradycją i wraz kolegami, wśród których znaleźli się Uri Caine i Joshua Roseman, oddał na kilku płytach piękny hołd muzyce Bookera Little, Wayne'a Shortera i Mary Lou Williams. Osobne miejsce zajmuje oryginalna freejazzowa pianistka Marilyn Crispell, która zdaje się odchodzić od Taylorowskiej transowości w kierunku swoistego minimalizmu. Konkurencję dla "białej awangardy" przynosi ekstatyczno-mistyczne free rozwijane przez Davida S. Ware'a czy Charlesa Gayle'a, którzy kontynuują frenetyczną spuściznę późnego Coltrane'a, choć rezultaty ich poszukiwań nie zawsze satysfakcjonują. W Nowym Jorku mieszkają też warci uwagi sympatycy AACM - wychowany na spirituals saksofonista Bill Harper czy freejazzowy skrzypek Billy Bang.

Państwo (bliżej) środka

Skupiłem się na nowatorach, zaniedbując tych, którzy płyną bliżej mainstreamu, a przecież to, co (względnie) nowe, wcale nie musi być lepsze od tego, co znane już pod słońcem. Taki czterdziestoparoletni saksofonista Scott Hamilton (i sporo innych artystów skupionych wokół wytwórni Concord), który nie przejmuje się, że po Colemanie Hawkinsie i Lesterze Youngu grali jeszcze John Coltrane czy Ornette Coleman, urzeka żarem swych balladowych chorusów. Anachronizmu (oczywiście znacznie mniej ostentacyjnego niż w przypadku Hamiltona) nie wstydzą się saksofonista tenorowy Joshua Redman i trębacz Roy Hargrove, którzy jak mało kto potrafią rozkołysać i rozbawić słuchaczy.

Nie brakuje zwłaszcza utalentowanych pianistów, którzy chcąc nie chcąc, wpisują się w tradycję Evansowską. Keithowi Jarrettowi i Fredowi Herschowi depcze po piętach Brad Mehldau. Zawsze warto mieć oko na Paula Bley'a i Johna Hicksa. Mniej ostatnio słychać o McCoy Tynerze i Herbie Hancocku, którzy szukają chyba szerszej publiczności, co oznacza, że godzą się na zbyt duże artystyczne kompromisy. Przeżywający drugą młodość kontrabasista Dave Holland skupił wokół siebie młodych pasjonatów akustycznego brzmienia, po części rekrutujących się z kręgu M-Base. Z Hollandem koncertuje też wschodząca gwiazda saksofonu - Chris Potter. W ubiegłym roku przypomniał o sobie liryk tego instrumentu, podpora słynnego kwintetu Milesa Davisa - Wayne Shorter. Saksofonista Charles Lloyd z kolei nagrywa regularnie skupione, medytacyjne płyty pachnące Orientem.

Sporo się dzieje w jazzowej wokalistyce, choć w tym obszarze bardziej niż gdzie indziej spustoszenie czyni komercja. Niewątpliwie wybitnym wokalistkom, jakimi są Dianne Reeves, Cassandra Wilson, Nnenna Freelon czy Diana Krall, producenci każą raczej eksponować dekolt niż dbać o artystyczny rozwój. W rezultacie z ich płyt sączy się zbyt dużo słodyczy (gładkie aranże, sporo manieryczności, czasem przypadkowy, ckliwy repertuar). Na szczęście wciąż wydają mistrzowskie płyty legendarne pieśniarki, których nie psuje nie tylko "organizacja symfoniczna", ale i komercja - Shirley Horn i Abbey Lincoln. Inna rzecz, że ich talent ujawnił się w pełni, kiedy miały już po pięćdziesiąt lat - miejmy zatem cierpliwość dla dobrze zapowiadającej się "młodzieży".

Migawki z Europy

Powróćmy na koniec do Europy, bo dzieje się tu całkiem sporo. Wiele zdają się obiecywać zwłaszcza poszukiwania na styku jazz/muzyka etniczna. Już kilkanaście płyt ma na swoim koncie wirtuoz oudu, czyli protoplasty lutni, Libańczyk z pochodzenia - Rabih Abou-Khalil, który gromadzi wokół siebie artystów z obu stron oceanu, by tworzyć muzykę improwizowaną sięgającą do źródeł kultury arabskiej. Ciekawie eksperymentują jazzmani francuscy, którzy stworzyli kiedyś coś na kształt AACM - Association á la Récherce d'un Folklore Imaginaire. Najwybitniejszy muzyk z tego kręgu Louis Sclavis łączy elementy folkloru odległych od siebie kultur, tworząc nieznane wcześniej światy możliwe, choć ostatnio odszedł trochę od muzyki źródeł wyobrażonych. Z kolei ceniony węgierski saksofonista Mihály Dresch wyprawia się w głąb górzystej Transylwanii, by tam wskrzeszać ducha Aylera i Coltrane'a. Ale nie tylko okolice muzyki etnicznej są łaskawe dla europejskiego jazzu. Pierwszy trębacz Starego Kontynentu - Tomasz Stańko coraz bardziej nasyca liryzmem swój "brudny", freejazzowy growl. Inaczej wirtuozi saksofonu: Brytyjczyk Evan Parker i Niemiec Peter Brötzmann, którzy nadal porażają totalnością free-improwizacji. Ten ostatni zaczął pojawiać się na scenie chicagowskiej, co zaowocowało powstaniem płyty o sile dynamitu - ,,The Chicago Octet/Tentet" (tylko dla słuchaczy o stalowych nerwach!). W Kolonii znalazł dom jeden z najbardziej wszechstronnych (absolwent Konserwatorium Moskiewskiego i Juilliard School of Music) i "energetycznych" pianistów - Simon Nabatov. Ze Szwecji pochodzi obdarzony niezwykłą muzyczną wyobraźnią Bobo Stenson - nadworny pianista wytwórni ECM, który do niedawna akompaniował Stańce. Niezwykłe postępy robi też fortepianowe trio jego młodszego rodaka - Esbjörna Svenssona. W Austrii wreszcie ma swą siedzibę Vienna Art Orchestra, która wsławiła się pełnymi inwencji i groteskowego humoru płytami inspirowanymi muzyką najrozmaitszych kompozytorów - od Erica Satie po Erica Dolphy'ego.

*


Mam nadzieję, że powyższa litania jest jakąś przeciwwagą dla pogłosek o śmierci jazzu. Jednak samo czernienie papieru nie uratuje spychanej do katakumb muzyki. Uratuje ją tylko uwaga tych, którzy są skłonni otworzyć serce i wyobraźnię na to, co niespodziewane. Uratuje ją kontakt ze słuchaczami gotowymi przekraczać granice i zasiedlać światy możliwe. Na początek warto zaglądnąć na koncert tych, którymi zawładnął "serdeczny feeling i rytm w organizmie". Na przykład Tomasza Stańki, Janusza Muniaka, Andrzeja Cudzicha, Adama Pierończyka, Piotra Wojtasika, braci Olesiów...

ŁUKASZ TISCHNER jest doktorem polonistyki, sekretarzem redakcji miesięcznika "Znak", krytykiem jazzowym "Tygodnika Powszechnego". Przy pisaniu tekstu korzystano z artykułów Zbigniewa Granata z "Jazz Forum" i numerów "JazzTimes"


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny