"Tygodnik Powszechny", Nr 22 (2812), 1 czerwca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/film/film06.php

Po raz pierwszy na Festiwalu: przegląd wideoklipów

Sztuka komercji
Andrzej Pitrus

Nie jestem typowym telewidzem. Włączam odbiornik, by zobaczyć konkretny program. Częściej używam telewizora jako monitora, pozwalającego oglądać filmy na wideo. Wyjątek robię dla teledysków.

Oglądam je zwykle późnym wieczorem, bo wtedy częściej pojawiają się utwory z czasów, gdy zaczynałem swoją przygodę z muzyką. Co ciekawe - najbardziej cieszę się nie z piosenki, która właśnie migocze na ekranie, bardziej raduje mnie oczekiwanie na następną. Ulotność teledysku jest być może największą jego siłą. Znakomicie wpisuje się on w formułę współczesnej telewizji, która przestała już chyba mieć złudzenia, że poświęcimy jej więcej niż kilka minut ciągłej uwagi. Ale dopasowanie teledysku do wymogów medium ma także inny wymiar.

Sztuka i sprzedaż

Współczesna telewizja zawsze usiłuje coś sprzedać. Nie tylko ta z definicji komercyjna. Telewizja publiczna, jeśli nie chce zostać zepchnięta na margines, musi z komercyjną konkurować. A konkurencja oznacza uczestnictwo w rynku. Ten zaś nie może istnieć bez sprzedaży. Co sprzedaje telewizja? Oglądając Polsat, TVN czy Music Television widz wierzy, że filmy czy programy rozrywkowe nic go nie kosztują. Nie płaci przecież abonamentu, musi jedynie poświęcić chwilę uwagi reklamom, od których zresztą może uciec, korzystając z nadajnika zdalnego sterowania. Ale widz nie jest tu stroną transakcji - on sam jest towarem, "kupowanym" przez reklamodawców, kierujących się wynikami oglądalności. Audycje nie są w telewizji celem, lecz środkiem do osiągnięcia ekonomicznego sukcesu.
Na pierwszy rzut oka teledysk nie różni się w znaczący sposób od innych audycji. Jest jedynie krótszy od większości z nich. Gdy jednak zastanowimy się nad jego rolą, zauważymy, że jest ona podwójnie komercyjna. Do przeszłości należą czasy, kiedy teledysk był jedynie "wypełniaczem". Dziś już nie tylko stacje muzyczne zdają sobie sprawę z jego marketingowego potencjału. Rolą teledysku jest bowiem przede wszystkim promowanie produktu, jakim jest płyta danego wykonawcy. Teledysk jest więc reklamą. Inną w formie niż tradycyjne spoty, ale jednak reklamą.
Problem w tym, że stacje muzyczne nie rezygnują ze struktury charakterystycznej dla innych telewizji komercyjnych: także tu elementy programu (w tym przypadku głównie teledyski) przedzielone są blokami reklamowymi, niejednokrotnie zresztą promującymi płyty wykonawców, których piosenki nadano ledwie kilka minut wcześniej. To dodatkowo pogłębia wrażenie, że teledysk jest formą "bezinteresowną". Czy więc klipy są perfidnie zamaskowaną kryptoreklamą? I tak, i nie. Tak - bo promują produkt, udając, że tego nie czynią. Nie - ponieważ korzyść, jaką dają odbiorcy, jest daleko większa niż ta, która płynie z klasycznej reklamy. Teledyski, niezależnie od swoich komercyjnych intencji, bawią i dostarczają rozrywki. Bywa zaś, że wkraczają na obszar prawdziwej sztuki.

Przemysł i awangarda

Formuła teledysku jest niezwykle pojemna. Zwykle jest to kilkuminutowy film ilustrowany muzyką, ale nawet czas trwania nie jest jego cechą definiującą; do dziś pamiętamy na przykład rozbudowany klip do piosenki "Thriller". Ograniczenia nie obowiązują także na innych obszarach: znane są przykłady teledysków koncertowych, w których oglądamy fragment występu wykonawcy; równie częste są jednak takie, w których wykonawca się nie pojawia. Teledyski mogą opowiadać skomplikowane historie, albo po prostu czarować obrazami bliskimi abstrakcji. Także rozwiązania warsztatowe są zróżnicowane - teledysk korzysta nawet z form eksperymentalnych.
Uwikłanie teledysku w rynek muzyczny paradoksalnie bowiem nie oznacza konieczności rezygnacji z tego, co oryginalne i niepowtarzalne. Popularne kino wytworzyło szereg estetycznych rozwiązań, które rzadko ulegają złamaniu. Teledysk natomiast wydaje się obszarem artystycznej wolności. Jego twórcy niekiedy czerpią garściami z tradycji awangardowego kina. I, co ciekawe, stosowane w teledyskach rozwiązania rodem z filmów Brakhage'a przyciągają uwagę milionów telewidzów, podczas gdy o filmach najwybitniejszego eksperymentatora amerykańskiego kina nikt już dziś nie pamięta.
Teledysk należy do obszaru "komercyjnej awangardy" - jego forma otwarta jest na eksperymenty i innowacje, funkcja zaś sprowadza go do roli bliskiej reklamie. Zauważyli to już krytycy piszący o telewizji i jej gatunkach. Ann Kaplan, autorka klasycznej książki "Rocking Around the Clock" (1987), tłumaczy to faktem, że teledysk jest najlepszym ucieleśnieniem idei utworu postmodernistycznego. I nie sposób nie przyznać jej odrobiny racji. Przynależność teledysku do obszaru postmodernizmu wynika już stąd, że jego warstwa wizualna podlega dyktatowi muzyki. Teledysk jest więc z definicji formą pasożytniczą. Co więcej, strategie w nim stosowane pozwalają mówić o pasożytnictwie wielopoziomowym. Muzyczne klipy są nie tylko "adaptacjami" utworów muzycznych, często odnoszą się do innych inspiracji. Wspomniany "Thriller" Michaela Jacksona był próbą wykorzystania konwencji gatunkowej, są także teledyski odwołujące się do konkretnego filmu, najczęściej wtedy, gdy piosenka pochodzi z jego ścieżki dźwiękowej.

Bunt, pieniądze, sztuka

Małgorzata Lisowska-Magdziarz zatytułowała swoją książkę o przemyśle muzycznym "Bunt na sprzedaż". Tytuł ten doskonale oddaje zależność pomiędzy tym przemysłem a obszarem kontrkultury, do którego należy wielu wykonawców prezentujących swoje teledyski w MTV. Przemysł muzyczny oczywiście żeruje na kontrkulturze i wchłania wszystko to, co może przynieść zyski. Zależność nie jest jednak tak prosta. Artyści, deklarujący przynależność do obszaru kultury alternatywnej, nie stronią wcale od związków z - używając marksistowskiego terminu - "przemysłem kulturowym". Jest on bowiem dla nich paradoksalnie jedynym kanałem, dzięki któremu radykalne idee mogą trafiać do szerokiego kręgu odbiorców. Teledysk nadaje się do tego celu najlepiej.
Jednym z takich artystów jest bez wątpienia Thom Yorke, lider grupy Radiohead, z płyty na płytę stawiającej słuchaczom coraz większe wyzwania. Ich teledyski, należące do ekstraklasy gatunku, prezentowane są w stacjach muzycznych. Płyty zaś dystrybuowane są przez duży koncern, zapewniający ich dostępność niemal w każdym sklepie muzycznym na świecie. Zdaniem Yorke'a zgoda na obecność w mediach nie musi oznaczać artystycznych kompromisów - bunt jest doskonałym towarem.
Postawa Thoma Yorke'a odzwierciedla poglądy znacznej części artystów, określających siebie jako alternatywnych. Jednak z pewnością nie wszystkich. Muzycy pochodzącej z Seattle i wywodzącej się z "podziemia" grupy Pearl Jam po sukcesie albumu "Ten" postanowili zrezygnować z promocji w telewizji. Nie kręcili więcej teledysków, unikali występów w studiach. Rynek, a także presja samych fanów, wymusiły jednak na nich zmianę poglądów. Nieobecność w mediach stała się bowiem przyczyną spadku popularności grupy, a także - paradoksalnie - obniżenia artystycznego poziomu jej dokonań. Brak odzewu ze strony odbiorców zrodził frustrację, ta zaś doprowadziła do twórczej niemocy. Wielu muzyków wybiera inną drogę. Skoro teledysk jest niemal koniecznym elementem promocji albumu, dlaczego nie uczynić z niego kolejnego kanału wypowiedzi artystycznej? Coraz częściej zdarza się, że artystę rozpoznajemy nie tylko po jego stylu muzycznym, ale właśnie po stylu jego teledysków, które powstają pod jego kontrolą. W ten sposób teledyski traktuje islandzka piosenkarka Björk, współpracująca z najlepszymi reżyserami, niejednokrotnie - jak Spike Jonze - znanymi dzięki osiągnięciom w dziedzinie filmu fabularnego.
W skrajnych przypadkach muzycy sami odpowiadają za kształt teledysków. Dotyczy to nie tylko artystów początkujących, którzy po prostu nie maja innego wyjścia. Dla niektórych jest to kwestia świadomego wyboru. Każdy, kto zetknął się choć raz z teledyskami grupy Tool, przyzna, że proponowana przez nią fuzja obrazu i dźwięku osiąga prawdziwe wyżyny. Muzycy grupy tworzą od lat fantasmagoryczne filmy animowane bliskie dokonaniom Braci Quay. To jednak tylko pierwsze skojarzenie, ustępujące szybko fascynacji niezwykłą wyobraźnią, a także fenomenalną wprost techniką, opartą na klasycznych i niezwykle pracochłonnych technikach animacyjnych.

Przekraczanie granic

Teledyski zaskakują często nie tylko nowatorską formą, ale także radykalnym przesłaniem. Czasami - zbyt radykalnym. Doświadczyła tego ostatnio Madonna, której pacyfistyczny teledysk spotkał się z chłodnym przyjęciem, zwłaszcza ze strony nadawców. Treści prezentowane w teledyskach zbliżają je niejednokrotnie do reklam społecznych. Artyści promują nie tylko własne dokonania, ale także bliskie im idee. Czasem przekraczając granice obyczajowe. Niegdyś szokował filmik ilustrujący piosenkę Madonny "Like a Prayer". Dziś tolerancja stacji muzycznych jest większa, choć w większości nagość nadal stanowi tabu. W niektórych krajach śmiałe obyczajowo klipy pokazywane są po 23. Wcześniej - żadnej dosłowności. Jest w tym nieco hipokryzji - teledyski wielu gwiazd muzyki tanecznej przepełnione są wulgarnym erotyzmem. Nie ma w nich jednak nagości i to pozwala wyświetlać je o każdej porze. Teledyski, które z różnych względów nie mogą liczyć na częstą prezentację w telewizji, nie są jednak skazane na niebyt. Popularność teledysku jako gatunku doprowadziła do rozwoju "wtórnego rynku" wideoklipów. W przeciwieństwie do klasycznych reklam, teledyski nie kończą życia w chwili zakończenia promocji albumu. Wiele z nich może liczyć na drugie życie na kasetach wideo i płytach DVD. Do ulubionego filmu wracamy rzadko, piosenka może towarzyszyć nam przez lata. A coraz częściej piosenka to nie tylko muzyka - to także obraz.

*


Oglądam teledysk DJ Shadowa. Autorem filmowej ilustracji do piosenki jest Wong Kar-Wai, znany również w Polsce reżyser filmowy. Obrazy wydają się kontynuacją tych, które znamy z "Upadłych aniołów": kolejna historia miłosna w industrialnej scenerii, barwy z ulicznych neonów, ta sama atmosfera, ten sam wizualny styl. Czy "Six Days" to dzieło "gorsze" od pozostałych utworów hongkońskiego artysty? A może tylko krótsze? Teledysk jest reklamą. Bywa jednak także sztuką. Przez chwilę. Tak długo, jak trwa piosenka, którą sprzedaje.

ANDRZEJ PITRUS jest filmoznawcą, pracownikiem naukowym Instytutu Sztuk Audiowizualnych UJ, twórcą wydawnictwa RABiD.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl