"Tygodnik Powszechny", Nr 22 (2812), 1 czerwca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/film/film05.php

Wydarzenie Festiwalu - "Bagdad on/off" Saada Salmana

Podróż do Bagdadu
Beata Kowalska

Po trzydziestu latach wygnania mieszkający we Francji iracki reżyser Saad Salman wraca do swego kraju, by spotkać się z umierającą matką. Tak rozpoczyna się pełna napięć i zwrotów akcji podróż przez iracką część Kurdystanu, dokumentowana ukrytą kamerą.

Przy akompaniamencie wagnerowskiej "Walkirii" - analogie do "Czasu Apokalipsy" nasuwają się nieodparcie - przekraczamy Tygrys. Wiele kilometrów dalej, w głębi Iraku połączy się on z Eufratem. W miejscu spotkania tych rzek miał znajdować się biblijny Eden. Czy i tym razem rzeka ta poprowadzi nas do raju? Film "Bagdad on/off" od pierwszej klatki przenikają - czasem może zbyt nachalnie i perswazyjnie - metaforyczne znaczenia: wypadek samochodowy, którego świadkami jesteśmy zaraz po przekroczeniu granicy, wieloletnia susza, teatr cieni, maleńkie okienko więzienia, przez które po wielu wysiłkach możemy dotknąć promienia słońca, czy wreszcie, na końcu filmu - stłuczone jajka, dar wieziony dla chorej matki. Reżyser mistrzowsko buduje atmosferę drogi, z wyczuciem maluje piękno Kurdystanu: turkusowa rzeka, surowe, pełne godności góry; pokazuje różnorodność kulturową. Raz mijamy kościółek na wzgórzu - pewnie chaldejski, to znów przechadzamy się ulicami majestatycznego Arbilu, miasta czterech bogów, gdzie ludzie mieszkają od niepamiętnych czasów.
Film ten ma być nie tylko rodzajem intymnego dziennika. Reżyser traktuje swe dzieło w kategoriach świadectwa historycznego, świadectwa życia w Iraku za panowania Saddama Husajna. Rytm wyznaczają codzienne trudności, zmagania o każdy następny dzień. Reżyser ze swym niewidocznym przewodnikiem wędruje po czeluściach "irackiego piekła". W spotkaniu z każdym napotkanym człowiekiem odnajduje ślady swoich własnych cierpień, represji, pobytu w reżimowym więzieniu.
Najbardziej przejmujące są historie opowiadane przez kobiety. Niełatwo jest być kurdyjską matką. Pojawiają się opowieści o synach męczennikach, uprowadzanych mężach, po których ślad zaginął, o bliskich okaleczonych przez miny. Ofiary liczone w dziesiątkach, setkach tysięcy: wspomnienie o ataku gazowym na Halabdżę, o mordach na szyitach z Południa... Powraca jak refren słowo al-anfa - ludobójstwo. "Ormianie mieli swoje al-anfa, Żydzi - swoje, i my mamy swoje" - mówi jedna z postaci.
Bohaterowie wymieniają członków rodziny, których stracili w tej wojnie społeczeństwa z bezwzględnym dyktatorem. Jego obecność symbolizują wysokie mury, zakazane strefy. Co tam jest? Tajne laboratoria, więzienia czy tylko jeszcze jeden pałac władcy? Przez ekran przesuwają się kolejni ludzie skrzywdzeni, uchodźcy wysiedleni ze swoich domów, mali przemytnicy i potentaci kontrabandy, narażający życie nielegalni emigranci szukujący lepszego świata. Są też żołnierze reżimu, "ów potrójny pancerz - jak mówi Saad - milicja, fedaini i przekupny aparat partii Baas". Na Bliskim Wschodzie zawsze uderza to, że pomimo biedy (potwornej!), namiastki domów: namioty czy naprędce sklecone baraki zawsze otwarte są dla gościa. Tych oznak człowieczeństwa jeszcze nie udało się zniszczyć. Mimo że, jak Saad po powrocie powiedział w jednym z wywiadów, "w Iraku nie ma już państwa, społeczeństwa irackiego, nie ma irackiej aktywności, nie ma szkół, systemu zdrowia, po prostu nie ma społeczeństwa obywatelskiego. Rządzi jedno prawo, prawo strachu, które wyczuwa nawet dziecko". Czy jest więc jakaś nadzieja? Ratunek? "Wierzę w Boga i Amerykanów" - mówi jeden z mężczyzn.
"Bagdad on/off" wywołał medialną burzę we Francji, wzmacnianą dodatkowo wywiadami z reżyserem, w których uzasadniał amerykańską interwencję. "Nie było innego sposobu wydobycia się ze zła niż siła, a Irakijczycy tej siły nie mają" - mówił. W wypowiedziach Saada uderza mityczne widzenie kultury zachodniej. Nawet zachodnia dyktatura jawi mu się jako lepsza, bo "ma reguły i prawa", a "ci, którzy się jej przeciwstawiają, wiedzą, na co się narażają".
Amerykanie nie mogą zrobić nic gorszego niż Saddam: nie użyją broni chemicznej ani nie zniszczą świętych miejsc. A to, że poszli na wojnę w swoim interesie - "naturalnie, wszyscy tak robią. Oni też są tam nie tylko po to, by wyzwolić z tyranii naród Iraku. Z tą tylko różnicą, że obalenie Saddama leży równocześnie w interesie ich i naszym".
W pierwszej kolejności krytyce została poddana telewizja francuska, która "przypomina telewizję Saddama". Uderza tu dualizm konstruowanej przez Saada rzeczywistości: z jednej strony walcząca o wartości uniwersalne, godność ludzką i prawa człowieka Ameryka, z drugiej - paktująca z reżimem Francja. Nawet ciężarówki na filmie z "podbrzuszami" wypełnionymi ropą jadą prosto do Francji, choć wiadomo, że ropę przemycano przede wszystkim do Turcji, gdzie sprzedawana była, dosłownie za grosze, do Syrii, Jordanii i krajów Zatoki. Ruchom antywojennym Saad wprawdzie nie zarzuca złej woli - są to "dobre sentymenty" - ale "ludzie, którzy się w nie angażują, są manipulowani". Gdzie byli, gdy Saddam używał broni chemicznej? W narzuconych sobie sztywnych ramach interpretacji świata Saad zatrzymuje się w pół drogi. Nie padają pytania: Dlaczego w 1991 roku w trakcie Wojny w Zatoce nakłaniano Kurdów i szyitów do powstania, a później zatrzymano ofensywę na Bagdad i zostawiono ich na pastwę dyktatora? Jakie były humanitarne konsekwencje nałożonego na Irak embarga? Polityczne znamy - Saddam Husajn wykorzystał sankcje i wzrastające ubóstwo do wzmocnienia ucisku społecznego i powiększenia stanu posiadania. Dlaczego nie wprowadzono embarga po chemicznym ataku na Halabdżę i z jakiego powodu nie podjęto śledztwa w sprawie łamania praw człowieka, którego domagała się ONZ? Dlaczego wreszcie przez cały okres wojny irańsko-irackiej Ameryka, Francja i Niemcy dostarczały Irakowi materiały podwójnego zastosowania? Przypomnieć warto, że użycie gazów w tym najkrwawszym konflikcie końca XX wieku uznane było przez Departament Stanu za "wydarzenie wielkiej wagi politycznej i militarnej". Bez odpowiedzi na te i podobne pytania nie da się zrozumieć natury "polityki milczenia" w imię doraźnych interesów, konieczności kolejnych interwencji oraz "technologii produkcji" Saddamów, bin Ladenów, bo niestety nie działali oni w próżni. Saad tych problemów już nie stawia, bo tutaj jego czarno-biała wizja zaciera się, a współodpowiedzialność za sytuację w Iraku i w ogóle na Bliskim Wschodzie rozkłada się na wiele politycznych podmiotów.
Ruth Elkrief w rozmowie z Saadem Salmanem przy okazji Festiwalu "Cinéma du Réel" w paryskim Centrum Pompidou zauważyła: "Ktoś mógłby powiedzieć, że jest Pan opłacany przez Amerykanów". "Od trzech lat próbuję sprzedać film w Ameryce - odpowiedział reżyser. - We Francji zresztą też. Ale jak mowa o Iraku, to wszystkich interesuje tylko ropa. Nikt nie myśli o Irakijczykach".
"Wielki dokument pozwala wejść w życie ludzi, których doświadczenie jest całkowicie ci obce". Ten cel niewątpliwie został osiągnięty. Chyba nikt nie pozostanie obojętny na los mieszkańców Iraku. Filmowy obraz skonstruowany został wokół prostego schematu bezsilnej ofiary i destrukcyjnych instytucji. Całkowicie pominięto polityczno-społeczny kontekst. Nie znaczy to, że przedstawiane fakty nie są prawdziwe, ale jest to tylko część prawdy, a nie pełne świadectwo historyczne.
Film został nakręcony głównie w kurdyjskim regionie autonomicznym, utworzonym na mocy rezolucji 688 ONZ po upadku powstania i exodusie 2,5 miliona Kurdów do Iranu i Turcji. Saad podróżuje przez Dohuk, Sulejmaniję, Arbil - można powiedzieć, że dociera do serca Kurdystanu. Kurdystanu wolnego od Saddama od 12 lat, gdzie funkcjonują Zgromadzenie Narodowe i Rząd Regionalny Kurdystanu Irackiego - najważniejsze instytucje kurdyjskiej autonomii - i gdzie partie oraz odmienne etnicznie i religijnie społeczności nie bez trudu uczą się funkcjonowania według zasad społeczeństwa demokratycznego, co w tym regionie jest doświadczeniem nowym.
Względne poczucie bezpieczeństwa w tym konkretnie rejonie Iraku sprawia, że rozmówcy nie obawiają się opisywać swoich doświadczeń. Jedna z kobiet opowiada, że uciekli do Autonomii, "bo lepiej jest być wolnym, niż mieć dom". Ten kontekst rzeczywistości gdzieś w filmie umyka. Można domniemywać, że taka selekcja realiów jest świadoma, nie pasowało do schematu filmu to, że udało się stworzyć instytucje kulturalne: uniwersytet i szkoły, że działają kurdyjskie telewizje i radio, dziesiątki gazet, że na tym kawałku irackiej ziemi ludzie odzyskują swoją podmiotowość. Bo przecież, zgodnie z tezą autora filmu, "nie ma społeczeństwa obywatelskiego". A mogłoby się wydawać, że taki triumf aktywności społecznej po latach upokorzeń, wart jest przynajmniej zaznaczenia. I jeszcze jedna uwaga. Film powstał jesienią ubiegłego roku. Od lat wsłuchuję się w głosy z Kurdystanu, a był to czas szczególnie gorących debat. Zawsze kartę kurdyjską wyciągano doraźnie i traktowano w sposób instrumentalny. Wysuwano wątpliwości, czy i tym razem Kurdowie nie zostaną porzuceni, gdy przestaną być potrzebni? Jak opowiedzenie się po stronie Ameryki wpłynie na ich stosunki z Arabami? Czy nie będzie to oznaczało izolacji w regionie? Tego w filmie nie ma! Jest tylko wiara w Boga i Amerykanów.

BEATA KOWALSKA jest socjologiem, pracuje na Uniwersytecie Jagiellońskim. Prowadziła badania w pięciu krajach Bliskiego Wschodu.

Pokaz filmu Saada Salmana "Bagdad on/off" - 31 maja (sobota), godz. 22.30, kino "Kijów".

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl