"Tygodnik Powszechny", Nr 22 (2812), 1 czerwca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/film/film03.php

Smok Smoków dla Braci Quay

Amerykanie w Galicji
Bogusław Żmudziński

Od lat podpisują swoje filmy nie Stephen i Timothy Quay, lecz - nieco familiarnie - Bracia Quay. W związku z tym mówi się o nich "Bracia", tak jak o Cohenach, Wachowskich, Tavianich czy jak kiedyś mówiło się o braciach Marx i Skladanowskich. Tych dwóch Amerykanów, w przeciwieństwie do innych filmowych rodzeństw, cechuje tajemnicza więź, podobno właściwa rodzeństwom bliźniaczym.

Wielu z tych, którzy mieli okazję zetknąć się z nimi, nie opuszcza myśl, że bardziej niż rodzinne pary realizatorów przypominają oni bohaterów filmowych: bliźniaków z "Katalogu wypadków" i "Zet i dwa zera" Petera Greenawaya, bohaterów niepokojącego obrazu "Nierozłączni" Kanadyjczyka Davida Cronenberga czy wiekowe rodzeństwo z filmu animowanego "Plama" londyńskiej koleżanki po fachu, pochodzącej z Finlandii Marjut Rimminen. Jak zapewniali przed laty w jednym z wywiadów, w ich filmach nie ma żadnych śladów tego, co ich różni - po prostu jest ich dwóch, wszystko podziwiają i przeżywają podwójnie.

Do Europy

Urodzeni w 1947 r. w Stanach Zjednoczonych, należą do grona tych artystów, którzy możliwości spełnienia swoich artystycznych intuicji postanowili szukać nie w Ameryce, tylko na Starym Kontynencie. Stąd po studiach w Filadelfii zdecydowali się na przeniesienie do Londynu, współpracę z tamtejszym środowiskiem artystycznym, a w końcu na założenie własnego studia "Atelier Koninck". Obok innych form aktywności: ilustracji książek, inscenizacji oper i przedstawień teatralnych, realizacji filmów dokumentalnych oraz tworzenia użytkowych małych form filmowych, w tym głównie wideoklipów - rozwinęli działalność w dziedzinie klasycznej, autorskiej animacji. Choć osiedli w Londynie i już tym samym - wzorem Henry'ego Jamesa, Stanleya Kubricka i wielu innych - zdradzili Nowy Kontynent, zdecydowali się na jeszcze radykalniejszy krok. Zwrócili się w stronę Europy Środkowej i Wschodniej, w stronę świata Franza Kafki, Roberta Walsera, Alfreda Kubina, Tadeusza Kantora, Jana Švankmajera, Waleriana Borowczyka i, o czym najgłośniej, Brunona Schulza. Wypada powtórzyć za wieloma innymi, że obok surrealistycznej twórczości filmowej Svankmajera to właśnie schulzowska estetyka "rzeczywistości zdegradowanej" wpłynęła na nich szczególnie, czego filmowym potwierdzeniem stała się realizacja najbardziej znanego filmu w ich dorobku, inspirowanej prozą geniusza z Drohobycza "Ulicy Krokodyli" (1986).
Filmowa animacja, której - poza zrealizowanym w 1995 r. długometrażowym aktorskim filmem "Instytut Benjamenta" według Roberta Walsera - pozostają ciągle wierni, jest najbardziej elitarną i wyrafinowaną dziedziną filmowej twórczości. Niezwykle szczupłe grono tych - jak się niekiedy mawia - ostatnich prawdziwych artystów kina łączy gotowość podejmowania rzemieślniczego wysiłku, z którym porównywalne może być tylko układanie wczesnośredniowiecznych mozaik lub ręczne przepisywanie manuskryptów w epoce klasztornych bibliotek. Twórcy animacji wydają się wędrowcami zabłąkanymi w wysoce zaawansowanej technologicznie współczesności, ciągle wierzącymi w sens ręcznej pracy, w rodzącą się z niej tajemną siłę filmowego przekazu. Pozostają wierni najbardziej podstawowemu rozumieniu kreacji - tchnięcia ruchu w to, co martwe, ożywienia świata materialnego w jego wizualnym odzwierciedleniu. Film w ich rozumieniu to narzędzie praktyki niemal magicznej, przynależne tylko pozornie do współczesnych technik medialnych. Zdjęcia poklatkowe, najczęściej stosowana technika rejestracji obrazu w klasycznej animacji, stanowią świadectwo wykorzystania filmowej techniki wbrew jej medialnym, powszechnie uznanym możliwościom, zrównującym czas rejestracji z czasem zdarzeń.
Świat przedstawiony Braci Quay determinuje uprawiana przez nich trójwymiarowa animacja lalkowa jako szczególna i zarazem najpopularniejsza forma animacji przedmiotowej. Bracia w oryginalny sposób, świadczący o własnym, zupełnie odrębnym miejscu w świecie nie tylko animacji, ale całej współczesnej sztuki, inspirują się doświadczeniami wielu poprzedników w tej dziedzinie: Polaków - Jana Lenicy i Waleriana Borowczyka, i przede wszystkim Czecha Jana Svankmajera.
To właśnie praski surrealista, kontynuator rodzimej tradycji filmu kukiełkowego, rozwijającego się w Czechach zgodnie z głęboką tradycją tamtejszej kultury narodowej, odkrył, iż w lalkach, mimo ich naturalnych aspiracji podmiotowych, wyraża się przedmiotowy sposób podejścia do otaczającej nas rzeczywistości - a przede wszystkim chęć traktowania ludzi jak przedmiotów.
Inspirowane twórczością Švankmajera zainteresowanie animacją przedmiotową sprawiło, że z czeskim mistrzem zaczęło ich łączyć nie tylko przekonanie o konstytuującym współczesny stan świadomości kryzysie człowieczeństwa. Było to także silnie oddziałujące na ich artystyczną wizję przeświadczenie o fundamentalnej - równoprawnej z pozycją człowieka w świecie - roli otaczających nas przedmiotów.

Ukryte życie rzeczy

Bracia Quay w ślad za czeskim artystą, któremu złożyli filmowy hołd "Gabinetem Jana Švankmajera" (1984), upominają się w swoich filmach o prawo przedmiotów do autonomicznej tożsamości, wykraczającej poza utylitarny wymiar ich "codziennej egzystencji". W ich animacjach zarówno lalki, jak i przedmioty zawsze mają swoją historię, tak jak starzy ludzie, w których twarzach i sylwetkach znajduje wyraz doświadczenie przeszłości. Trudno ostatecznie i jednoznacznie rozstrzygać, jakiego rodzaju przekonanie próbują Bracia przekazać, portretując świat przedmiotów zniszczonych, naruszonych zębem czasu, będących przedmiotami "po przejściach". Nie ulega jednak wątpliwości, że ich artystyczna kultura rodzi się ze świadomości upływającego czasu, nawarstwień przeszłości, wartości gromadzonych doświadczeń i swoistej fascynacji procesem rozkładu. Manifestacyjnie obca jest im współczesność jako synonim epoki kultu młodości i sprawności. Niechętni są światu nowych, służących praktycznym celom wyrobów jednorazowego użytku, na zawsze skazanych - bo przecież jest to rodzaj przekleństwa - że pozostaną przedmiotami "bez zmarszczek".
Podobnie jak w przypadku wielu innych autorskich filmów animowanych, rekonstrukcja treści filmów braci Quay nie wydaje się w odbiorze widza zadaniem najważniejszym, a na pewno dalece niewystarczającym. Tytuły albo odsyłają do powszechnie znanych tropów kulturowych: "Punch i Judy", "Wieczny dzień Michela de Ghelderode 1898-1962", "Epicki Gilgamesz", albo poświęcone są wybitnym kompozytorom: Leosowi Janáčkowi i Igorowi Strawińskiemu, bądź też bywają wariacją na temat pewnych motywów, jak "Cicha noc".
Widz, który chciałby poprzestać na posługiwaniu się tym kulturowym kluczem, nie miałby szans na wejście w świat ich wyobraźni. Choć wykorzystują właściwą filmowym przekazom akcję i ruch, ich prace już na pierwszy rzut oka wydają się bliższe dziełom sztuk plastycznych niż tradycyjnym filmom. A wszystko to za sprawą filmowego planu, wypełnionego odpychającymi z wyglądu bohaterami - chromymi lalkami i różnego rodzaju zniszczonymi przedmiotami ożywianymi na naszych oczach.
Niewątpliwy wpływ ma także oryginalna metoda przygotowywania muzyki do filmu. Zanim jeszcze Bracia przystąpią do zdjęć, strona muzyczna jest już gotowa (od lat ich ulubionym kompozytorem jest Lech Jankowski, polski artysta związany z Teatrem Ósmego Dnia) i film powstaje pod dyktando muzyki.
Korzeni ich - w najszerszym tego słowa znaczeniu - artystycznej postawy trzeba jednak szukać nie w tradycji sztuki filmowej, lecz, tak jak w przypadku Švankmajera, w manieryzmie i wczesnym baroku. Fascynacji tą epoką dali wyraz w oświatowym, skonsultowanym przez samego Ernesta Gombricha filmie "Anamorphosis - De Artificiali Perspectiva" (1991), poświęconym tytułowej anamorfozie - technice zniekształcania perspektywy. Praktyce do pewnego stopnia powinowatej "efektowi Arcimbolda", włoskiego malarza z dworu cesarza Rudolfa II, tak bardzo inspirującemu surrealistyczną twórczość Svankmajera.
Jeszcze głębszym świadectwem powiązań z XVI i XVII-wiecznym malarstwem, ówczesną kulturą umysłową i artystyczną, jest właśnie uprawiana przez nich technika animacji lalkowej i przedmiotowej. Oglądając kolejne filmy odnosi się wrażenie kontaktu z martwymi naturami, którym na naszych oczach przywrócono życie, podobnie jak w przypadku większości obrazów filmowych Svankmajera.

Martwa natura

Bracia Quay, jak i inni twórcy animacji przedmiotowej, podejmują swoisty dialog z niezwykle znamiennym motywem kultury wizualnej tamtej epoki. Wyrażał się on w portretowaniu przedmiotowego otoczenia człowieka, zarówno materii niegdyś żywej, jak - co uznać trzeba za jeszcze bardziej charakterystyczne - wytworzonych przedmiotów użytkowych. W bogatym wachlarzu tematów malarstwa rodzajowego to właśnie martwa natura uchodzi za temat najbardziej znaczący, świadczący o ówczesnym sposobie postrzegania relacji pomiędzy człowiekiem i jego otoczeniem.
Wydaje się niemal pewne, że rozwój martwej natury jako pewnego fenomenu kulturowego wyrażał ówczesne przekonanie o możliwości - przedtem nawet nie przeczuwanej - wykorzystania i podporządkowania człowiekowi całego świata materialnego, co dzisiaj możemy uznać za jeden z pierwszych przejawów zachwiania równowagi pomiędzy nami a naszym otoczeniem.
W interpretacji czeskiego mentora Braci Quay, niezwykle czytelnie wyłożonej w filmie "Historia naturae" (1967), w tamtej epoce doszła do głosu skłonność, określana przez Ericha Fromma mianem "nekrofilitycznej" - jedna z najniebezpieczniejszych skłonności człowieka, prowadząca do tego, by otoczenie podporządkować sobie w sposób całkowity i nieodwracalny, czyniąc je po prostu martwym.
W filmach Braci Quay, podobnie jak w dziełach Svankmajera, Borowczyka i wielu innych twórców, daje o sobie znać tendencja przeciwna, wyrastająca z pragnienia odzyskania utraconej, choć nie wiadomo czy możliwej do przywrócenia, równowagi pomiędzy człowiekiem i jego otoczeniem. Gdy ogląda się filmy należące do tego ekscytującego nurtu, odnosi się wrażenie, jakby martwe natury czekały w bezruchu setki lat, aby ktoś wreszcie, dzięki technicznym możliwościom właściwym animacji, pozwolił zgromadzonym w nich przedmiotom odzyskać zdolność ruchu i tym samym przywrócił im życie. Może dlatego, gdy oglądamy większość animacji lalkowych i przedmiotowych, tak często towarzyszy temu wrażenie anachroniczności, staromodnego charakteru przekazu, przynależności dzieła do minionych już dawno epok.
Twórczość Braci Quay można zapewne rozumieć na wiele sposobów i umieszczać w nurcie różnych tradycji. Ich fascynacja światem Svankmajera, fakt, iż poświęcili mu film i zdecydowali się na wizytę jednej ze swoich lalek w jego gabinecie osobliwych przedmiotów, uprawnia do zasugerowanego właśnie sposobu odbierania ich filmów. Lektura ta na pewno nie wyczerpuje bogactwa ich wyobraźni. W dniach ich kolejnej wizyty w Polsce szczególnie pociągająca wydaje się środkowoeuropejska, czy przede wszystkim galicyjska perspektywa interpretacyjna. Filmy Braci Quay aż roją się od poloników: wśród współpracujących z nimi ludzi pełno jest polskich nazwisk, a teksty komentarzy czytanych z offu mają często polskie brzmienie. Duszny klimat ich filmów przywodzi na myśl galicyjską duchotę spektakli Tadeusza Kantora.
Przyjeżdżając do Polski zawsze znajdują tu coś inspirującego. Gdy przed laty korespondowali z organizatorami Krakowskich Warsztatów Filmu Animowanego na temat swojego w nich udziału, prosili o zorganizowanie długiej wycieczki po terenach południowo-wschodniej Polski, gdzie jeszcze zachowały się drewniane kościółki i cerkiewki. Co tym razem znajdą u nas dla siebie? Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby do udziału w następnym filmie zaprosili innych braci bliźniaków - aktorów Kantora, Wacława i Lesława Janickich.

BOGUSŁAW ŻMUDZIŃSKI jest filmoznawcą i krytykiem, twórcą międzynarodowego festiwalu filmowego "Etiuda".


Wieloletnią tradycją krakowskich festiwali filmów krótkometrażowych jest wręczanie wybitnym twórcom filmowym statuetki Smoka Smoków, specjalnej międzynarodowej nagrody za całokształt twórczości w dziedzinie filmu artystycznego. Wyjątkowość tego wyróżnienia polega na przyznawaniu go, zgodnie z ustaloną jeszcze w latach 60. linią programową imprezy, za twórczość w dziedzinie filmu krótkometrażowego i dokumentalnego. Według niepisanej tradycji Nagrodę Smoka Smoków otrzymują na przemian dokumentaliści i twórcy filmów animowanych. Po zmarłym w ostatnich tygodniach Bohdanie Kosińskim, który odebrał nagrodę jako pierwszy w 1998 roku, otrzymał ją w roku następnym inny nieżyjący już polski artysta, klasyk światowej animacji - Jan Lenica. Potem był Francuz Raymond Depardon, czeski surrealista Jan Svankmajer, a po Wernerze Herzogu przyszła kolej na amerykański duet liderów światowej animacji - braci Stephena i Timothy'ego Quay.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl