"Tygodnik Powszechny", Nr 22 (2812), 1 czerwca 2003, http://www.tygodnik.com.pl/film/film02.php

43. Krakowski Festiwal Filmowy

Impreza z misją
Anita Piotrowska

W wieku lat trzech stał się imprezą międzynarodową, wkrótce - jedną z najważniejszych w Europie. Przetrwał stan wojenny, przełom ustrojowy, a nawet postępującą zapaść polskiej kinematografii. Co roku rytualnie ogłaszano kolejne jego kryzysy i kolejne cudowne recepty na jego uzdrowienie. "Tygodnik Powszechny" zawsze mu kibicował.

W osobach Józefy Hennelowej, Jerzego Turowicza czy Jana Józefa Szczepańskiego znajdywał wiernych widzów i życzliwych krytyków. Krakowski Festiwal Filmowy, najstarsza impreza filmowa w Polsce, od bez mała półwiecza staje się w maju rezerwatem filmów, dla których nie ma miejsca na rynku kinowym, a w telewizji - jeśli w ogóle są - giną w zalewie miałkości.
Krótkometrażowe filmy dokumentalne, animowane, etiudy fabularne były zawsze mocną i wcale nie marginalną częścią polskiego kina. Przez lata funkcjonowały jako tak zwane "dodatki" wyświetlane przed projekcjami w kinach, często pod względem jakości przewyższając danie główne. Dziś, co znamienne, zastąpiły je reklamy. Na palcach jednej ręki można policzyć tytuły, które w ostatnich latach doczekały się kinowej dystrybucji. Zazwyczaj były to głośne dokumenty pełnometrażowe zagranicznej produkcji, jak "Buena Vista Social Club" Wima Wendersa czy pokazywany niedawno "Makrokosmos". Na oscarowy "Bowling for Columbine" Michaela Moore'a musimy jeszcze trochę poczekać.

Festiwal czy telewizja?

Aż trudno uwierzyć, że w takiej na przykład Norwegii rodzime filmy dokumentalne ściągają do kin całkiem liczną publiczność. Artystyczne filmy animowane, dziedzina mająca w Polsce przebogatą tradycję (by wspomnieć tylko wybitne osiągnięcia Jana Lenicy, Waleriana Borowczyka, Daniela Szczechury, Zbigniewa Rybczyńskiego, Jerzego Kuci czy Piotra Dumały) to już gatunek wyłącznie festiwalowy, znany wąskiemu gronu specjalistów i fanów. Nominowana do Oscara "Katedra" Tomasza Bagińskiego była wyjątkiem, który potwierdził tę smutną regułę. Dlatego pytanie, czy festiwale w rodzaju krakowskiej imprezy mają sens, uważam za retoryczne. Ich znaczenie jest niewymierne. A ich sukces i trwanie zależy w ogromnej mierze od sposobu myślenia o kulturze w ogóle. My musimy się tego dopiero nauczyć.
Festiwal Krakowski trwa, ale czasy dla niego nastały trudniejsze niż kiedykolwiek. Ów kryzys jest, niestety, powszechny. Ranga i kondycja filmu dokumentalnego na świecie od co najmniej dwóch dekad systematycznie się załamuje. Ambitne imprezy usiłują z tym walczyć, ale też siłą rzeczy odzwierciedlają ów stan. Czym był kiedyś dokument w naszej części Europy, przypominać nie trzeba. Dość powiedzieć, że jego funkcja społeczna, ów szczególny rodzaj kontaktu z widzem, był niemal tak istotny, jak w przypadku filmów fabularnych. Wystarczy pobieżna znajomość historii polskiego kina, by zauważyć, że to właśnie filmy dokumentalne torowały drogę ważnym nurtom i szkołom. Błyskawicznie rejestrowały to wszystko, czym później karmiły się dzieła fabularne. Ich twórcami byli prawdziwi mistrzowie polskiego kina, którzy w filmie dokumentalnym, stanowiącym dla ówczesnych władz swoisty wentyl bezpieczeństwa, mogli sobie pozwolić na znacznie większą swobodę. Często też, przemawiając językiem symboli i metafor, nawiązywali z widzem żywy dialog, uczyli myślenia i przeżywania. Dziś przede wszystkim załamał się ów język, porozumienie z widzem zostało przerwane.
Dokument stał się gatunkiem telewizyjnym ze wszystkimi tego konsekwencjami. Jest tworem coraz bardziej anonimowym, niesłychanie rzadko przemawia własnym głosem, zwracając się do zindywidualizowanego (a nie statystycznego) widza. Swoje zrobił także technologiczny postęp. Nacierająca zewsząd nawałnica obrazów: z reklam, internetu, telewizyjnych newsów, powoduje w nas rozproszenie i dystans.

Zapomniane obszary

Twórcom coraz trudniej skupić na sobie naszą uwagę, coraz trudniej coś istotnego w nas poruszyć. Telewizyjni macherzy sztucznie próbują zasypywać tę przepaść, łamiąc kolejne tabu, przesuwając granice ludzkiej intymności, serwując nam coraz bardziej wymyślne protezy opatrzone kuszącą etykietką reality. Prymat oglądalności zawęził zakres tematów poruszanych przez dokumentalistów - liczą się te, które mają tak pożądany posmak sensacji. Poważne dokumenty "ze świata" emitowane w telewizji w godzinach największej oglądalności przywodzą skojarzenia ze średniowiecznym jarmarkiem, gdzie ku uciesze znudzonej gawiedzi pokazuje się rozmaitych dziwolągów.
Bo tak właśnie - w konwencji skandalu, w estetyce łatwego szoku przedstawiane są wszelkie ludzkie nieszczęścia, ułomności, każda ludzka odmienność. Upadła także sama forma filmu dokumentalnego: stał się rozwlekły, niechlujnie zmontowany, brak pomysłów na "ugryzienie" tematu. Dominuje tendencja reportażowa, bo pozwala kręcić szybko, powierzchownie "omiatając" problem. I może marne to pocieszenie, ale owa sytuacja nie jest przypadłością wyłącznie naszego ogródka. Wystarczy przyjrzeć się specjalistycznym kanałom dokumentalnym - serwują tam zazwyczaj solidnie wykonane ruchome tablice poglądowe, z nieustającym komentarzem edukacyjnym. Jak widać, niewiara w obraz i niewiara w widza idą w parze.
Dlatego tym bardziej, wobec powszechnej dominacji rzeczy marnych i nijakich, warto zanurzyć się na kilka dni w ciemnej sali krakowskiego kina "Kijów" i zobaczyć, co się z nami stało. Filmowy dokument czy animacja, bodaj ostatnie dziedziny filmu nie uwikłane w mechanizmy rynkowe, dotykają tematów niechcianych bądź zbanalizowanych w natłoku informacji. Przypominają o istnieniu zapomnianych obszarów naszej rzeczywistości. Upominają się o ludzi "zbędnych".
Ale wiedzy dostarczy nam nie tylko zawartość prezentowanych filmów. Kto wie, czy nie więcej dowiemy się o świecie przyglądając się różnorodnym sposobom filmowego przekazu. Z pewnością rzucą się w oczy regionalne różnice. Pomimo szumnego jednoczenia się Europy, potrafimy jeszcze pięknie się różnić. W filmach rosyjskich, norweskich czy francuskich ciągle mieszka niepowtarzalny duch.
Uprzywilejowane miejsce ma, rzecz jasna, produkcja polska, pokazywana w osobnym konkursie. I tu także dadzą znać o sobie różne możliwości opisania świata, różne estetyki i postawy. Czy jest w nich ciągle jeszcze coś specyficznie polskiego - najlepiej ocenią inni. Czy ta opowieść o Polsce natchnie odrobiną optymizmu, czy utwierdzi w ponurych nastrojach; czy będzie tylko publicystycznym reportażem, czy też czasem uda jej się wznieść gdzieś "ponad" (jak w najlepszych latach polskiego dokumentu) - przekonamy się sami na projekcjach konkursowych.

Wstyd decydentów

Warto przypomnieć zakończenie ubiegłorocznej edycji festiwalu. Agnieszka Holland, przewodnicząca międzynarodowego jury, w płomiennym wystąpieniu kazała wstydzić się naszym decydentom, którzy coraz bardziej marginalizują krakowską imprezę. Bo jest o co kruszyć kopie. Właśnie tu, w Krakowie, mamy okazję zaprezentować się na tle międzynarodowej produkcji - choć często, ze względu na skromność festiwalowych funduszy, są to jedynie fragmenty i odpryski.
Właśnie na krakowskim festiwalu toczą się niemodne spory na temat powinności dokumentalisty. Tu ciągle można spotkać nazwiska twórców tworzących historię filmu. Lista wybitnych postaci, których filmy przewinęły się w ciągu 43 lat trwania krakowskiego festiwalu, byłaby zaiste imponująca. Obok Krzysztofa Kieślowskiego, Marcela Łozińskiego, Piotra Dumały, Zbigniewa Rybczyńskiego czy Andrzeja Fidyka - w naturalny sposób zrośniętych z historią i formułą festiwalu - święcili tutaj swoje małe triumfy Pier Paolo Pasolini, Werner Herzog, Jan Svěrák, Patrice Leconte, Claude Lelouch czy Mike Leigh.
W tym roku nagrodę Smoka Smoków za całokształt twórczości dostaną charyzmatyczni bracia Stephen i Timothy Quay, mistrzowie autorskiej animacji, zafascynowani kulturą naszej części Europy, a zarazem tak słabo w niej rozpoznawani. Właśnie w Krakowie zobaczymy najnowszy film 100-letniej i ciągle niespożytej Leni Riefenstahl. Pokazany też zostanie pasjonujący dokument "Bagdad On / Off" kontrowersyjnego Irakijczyka Saada Salmana - film znajdujący się obecnie na indeksie nie tylko arabskiej, ale i francuskiej telewizji. Po raz pierwszy w dziejach krakowskiej imprezy zaprezentowany będzie przegląd wideoklipów - jednej z najmłodszych krótkich form filmowych, które czasami (czego dowodem chociażby twórczość Rybczyńskiego) potrafią być małymi dziełami sztuki. Obfitujące w prawdziwe perełki pokazy retrospektywne: prezentacja 55-letniego dorobku polskiej animacji oraz historia bohatera w polskim filmie dokumentalnym powinny uzmysłowić sceptykom, że formy filmowe, skazane dziś na niszową, ulotną egzystencję, były kiedyś naszą wspaniałą wizytówką, i nadal warto je rozwijać. Nie zaimponujemy światu wystawnymi produkcjami. Jeśli możemy się czymś jeszcze wyróżnić, to właśnie ambitnymi imprezami prezentującymi światowy dorobek; to właśnie drobnymi refleksami naszej wrażliwości - jak artystyczna animacja, uczciwy dokument czy zgrabna etiuda.

*


Piszę to wszystko w cieniu szykowanej właśnie nowej Ustawy o Kinematografii, określającej nową definicję filmu. Cóż za paradoks - wedle czyjegoś kuriozalnego pomysłu, produkcjom dokumentalnym czy animowanym próbuje się odmówić miana filmu, jako że ich przeznaczeniem nie jest ekran kinowy. Oznaczałoby to brak finansowania przez państwo tego rodzaju produkcji. Miejmy nadzieję, że to tylko ponury żart.

© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl