adres: ul. Wiślna 12, 31-007 Kraków
tel: (0-12) 422 25 18, 422 23 11
fax: (0-12) 421-67-31
e-mail: redakcja@tygodnik.com.pl
REDAKCJA ARCHIWUM PROMOCJA REKLAMA PRENUMERATA
 
Główna strona



  ARCHIWUM TEMATÓW MIESIĄCA



ARCHIWUM FELIETONÓW

DODATKI TEMATYCZNE

UNIA DLA CIEBIE

KSIĄŻKI W TYGODNIKU

FILM W TYGODNIKU

JAZZ W TYGODNIKU

APOKRYF

KONTRAPUNKT


Projekt, wykonanie, obsługa:
Verbanet
Wersja do druku
Napisz komentarz


Z Wilna na Wiślną

Z Józefą Hennelową rozmawia Tomasz Fiałkowski


TOMASZ FIAŁKOWSKI: – Kiedy byliśmy przed kilku laty w Poznaniu, podczas obiadu wydanego na cześć redakcji ustaliliście z prof. Konstantym Kalinowskim, dyrektorem tamtejszego Muzeum Narodowego, że wasze rodziny jechały tym samym pociągiem repatriacyjnym z Wilna. Pociąg jechał przez Poznań, on tam został, a Twoja rodzina pojechała do Krakowa. Właściwie dlaczego Kraków?
JÓZEFA HENNELOWA: – Z bardzo prostego powodu. Wyjechaliśmy z Wilna bardzo późno, w lipcu 1946, i my z siostrą chciałyśmy jak najszybciej dostać się na uniwersytet. Obie byłyśmy po maturze i miałyśmy poczucie, że czas bezpowrotnie ucieka. W Wilnie Sowieci błyskawicznie rozmietli komplety uniwersyteckie, które funkcjonowały jeszcze za Niemców. Ja zaliczyłam bodaj parę miesięcy z prof. Konradem Górskim, pamiętam nawet, że zadał nam pierwszy temat seminaryjny; zdążyłam więc być studentką Uniwersytetu Stefana Batorego, z czego jestem dumna. Okazało się jednak, że kontrola NKWD nad całym życiem jest o wiele ściślejsza niż niemiecka. To było moje pierwsze doświadczenie nowego systemu: że to jest zupełnie inna jakość – umiejętność dopadania ludzi, wykrywania wszystkiego i bardzo skutecznego zastraszania.
Wiele spośród moich przyjaciółek i koleżanek, które wyjechały z Wilna wcześniej, osiedliło się właśnie w Krakowie. Znaleźli się tam też ludzie tak mi bliscy, jak Stanisław Stomma i nieżyjący już benedyktyn o. Jacek Matusewicz, który był przez całą wojnę naszym środowiskowym duszpasterzem. To bardzo tragiczna postać i zasługuje na biografię. Był wychowankiem opactwa Saint André w Belgii, należał do grupy młodych benedyktynów, którzy pracowali nad odrodzeniem zakonu. Ojciec Jacek wraz z kolegą przyjechali tuż przed wojną do benedyktynek wileńskich i wojna ich tam przyhaczyła. Ojciec Piotr, którego nazwiska już nie pamiętam, umarł w szpitalu, raniony odłamkiem bomby podczas wkroczenia Niemców, a ojciec Jacek przeżył i całą okupację niemiecką prowadził duszpasterstwo u św. Katarzyny. Gromadził tam młodzież, głównie wychowanki benedyktynek, i próbował organizować wspólnotę, trochę na wzór ruchu liturgicznego w Austrii. Robił rzeczy nowatorskie z punktu widzenia ówczesnej liturgii: wprowadził język polski do czytań, a równocześnie uczył ludzi łaciny. Po paru latach jego pracy cały kościół śpiewał gregoriankę. To było ciekawe i silne środowisko, snuliśmy dalekosiężne plany: każdy miał zrobić jakiś kierunek studiów, który się potem przyda w zespołowej pracy. Udaremniła te plany choroba ojca Matusewicza, związana z trudnościami adaptacyjnymi po wyjeździe z Wilna. Potem wybuchła nagle nie leczona wcześniej cukrzyca i na nią zmarł. Pochowano go w Żarnowcu na Pomorzu, przy klasztorze ss. Benedyktynek.
Stanisław Stomma był naszym nauczycielem na kompletach licealnych w okresie okupacji niemieckiej. Uczył nas niemieckiego, a jego siostra Zosia – łaciny. To był nie tylko świetny nauczyciel, ale i mistrz. Do naszego kompletu należała m. in. córka Józefa Mackiewicza, moja bliska koleżanka. Rozmaite środowiska – harcerstwo, komplety, grupa o. Matusewicza – mocno się zresztą przenikały. Nic dziwnego, że po wojnie marzyłam, by znaleźć się w Krakowie, gdzie jest i benedyktyński Tyniec, i Stomma, i koleżanki.

Droga na Wiślną

– Wiedziałaś już, że w Krakowie wychodzi „Tygodnik Powszechny”?
– Nie, dowiedziałam się o tym dopiero chyba od Pawła Jasienicy – i tu zaczyna się następna przygoda. Pociągi repatriacyjne były dużymi składami, odłączano od nich i dołączano po drodze wagony. Nasz pociąg miał jechać z Poznania na ziemie północne i trzeba było szukać nowego zestawu pasażerów – cztery rodziny na wagon towarowy – wybierających się na południe. Odbywało się to bez zbytniej biurokracji, ale czekać trzeba było długo. Moja rodzina znalazła się w wagonie z dwiema paniami i dziewczynką, mniej więcej 8-letnią. Staliśmy ze trzy dni. W Wilnie czytało się wydawany w Poznaniu „Przewodnik Katolicki”, więc poszłyśmy oglądać miasto; pamiętam dotąd wstrząsające wrażenie, jakie na mnie wywarły fotografie z publicznej egzekucji Niemców, która się niedługo przedtem odbyła. Już na peronie ta dziewczynka zrywa się nagle i rzuca się na szyję jakiemuś mężczyźnie. To był Paweł Jasienica, który odnalazł rodzinę. Jechał z nami potem aż do Krakowa i chyba to on powiedział mi o „Tygodniku”. Dla mnie jednak najważniejszą wtedy sprawą było odszukanie koleżanek i zapisanie się na studia.
– A kiedy i jaką drogą poznałaś nasze pismo?
– Oczywiście przez Stommę, ale nie tylko – „Tygodnik” się po prostu czytało, chodziło się na spotkania z ludźmi z jego zespołu, które organizował m.in. nasz Klub Polonistów, bardzo wtedy silny. Pamiętam odczyt Zawieyskiego o literaturze katolickiej, pamiętam wieczór autorski, podczas którego występowali Malewska, Kisielewski, Andrzejewski, innych już nie pomnę. Ksiądz Kazimierz Kłósak miał wtedy jeszcze wykłady.
– Czy na uniwersytecie czuło się już wtedy narastającą indoktrynację?
– Na pierwszym roku właściwie nie. Kraków, który zobaczyłam, to był Kraków po referendum, zamalowany propagandowymi hasłami „3 razy tak” i różnymi, nawet obscenicznymi rysuneczkami, pokazującymi, kim jest ten, który głosuje na „nie”. Żywe też były wspomnienia 3 maja 1946 i ubeckiej akcji przeciw studentom. Na studiach natomiast wykładali nadal i Ingarden, i Pigoń, chodziło się na nich demonstracyjnie. Nie było jeszcze profesorów „źle widzianych”, ale pomału zaczynano lansować tzw. marksistowską metodę badań literackich. Pamiętam szalone kłótnie na seminariach, brał w nich żywy udział – po stronie marksistowskiej oczywiście – Henryk Markiewicz, choć trzeba przyznać, że on akurat zawsze zachowywał poziom. 
Magisterium zrobiłam w 1951 roku, ostatni rok to już było pisanie pracy, ale do końca studiów nie pamiętam właściwie żadnego strachu na uniwersytecie. Nie pamiętam, by ktoś publicznie atakował profesorów czy im groził, jak to było w Warszawie z Wacławem Borowym – a dochodziły nas oczywiście echa tamtych wydarzeń. Pod tym względem Kraków był bez porównania lepszy. Areną konfrontacji stały się natomiast zjazdy polonistów. Pierwszy, na który pojechałam, odbywał się w Łodzi; pod brutalnym obstrzałem znalazł się tam KUL. Studentów KUL-u traktowano jak wrogów albo przynajmniej głupców. Z tamtego czasu nie mam niestety najlepszych wspomnień o dwóch wierzących wówczas komunistach, Tadeuszu Borowskim i Wiktorze Woroszylskim; można by obrazowo powiedzieć, że występowali z browningami w zębach. Pamiętam Jana Aleksandra Króla, dość ponurego dziennikarza z „Wsi”, który już wtedy umiał pokazać, co to jest aparatczyk z uprawnieniami. Pamiętam również zjazd krakowski w roku następnym. Pojawiła się na nim znakomita grupa łódzka z duszpasterstwa ojca Tomasza Rostworowskiego, która przywiozła pracę o literaturze katolickiej. Szykowaliśmy się na dyskusję, tymczasem część uczestników zjazdu, ta proreżimowa, po prostu nie przyszła, zbojkotowała to zebranie. 
Zjazd poznański w roku 1952 to był już stalinizm w wydaniu czystym. Kisiel, który zabrał tam głos, wywołał burzę, trwającą następnego dnia, po jego wyjeździe z Poznania. Andrzej Wasilewski, mój kolega z roku, w swoim przemówieniu przeciwko Kisielowi wystąpił między innymi z oskarżeniem, że „Tygodnik” pochwalał „ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej”. Doszłam do wniosku, że nie zabiorę głosu, bo to na nic się nie zda, tylko wywoła następne oszczerstwa – i Kisiel miał o to do mnie straszliwą pretensję. To był rzeczywiście czas Nikodema: do Kisiela ciągnęła masa młodzieży, ale wszyscy przychodzili w nocy. Pamiętam Jacka Łukasiewicza, który godzinami siedział w hallu i czekał na Kisiela. Ponure to było wszystko w najwyższym stopniu.
– Wtedy już od trzech lat pracowałaś w redakcji. Jak do niej trafiłaś?
– Bardzo prosto. Moje wileńsko-krakowskie przyjaciółki, które Stomma uczył, były bardzo zżyte; obchodziłyśmy ślub Stommy z daleka, wysyłając długą depeszę z cytatem z Petroniusza. Elę Stommową poznałam jeszcze jako narzeczoną Stacha. I później Ela, która wtedy pracowała w „Tygodniku”, adiustowała i robiła korektę razem z Marysią Turowiczówną, a spodziewała się już pierwszego dziecka, wpadła nagle na pomysł, że zaproponuje mnie jako swą zastępczynię. Potwornie się speszyłam, a równocześnie wydawało mi się, że otwarły się przede mną bramy raju. W umówionym dniu przyszłam na Wiślną niesamowicie stremowana – w trzech pokojach kotłowały się przecież same gwiazdy! Najmniej mnie przerażał ksiądz Piwowarczyk, najbardziej – Zofia Morstinowa, która okazała się przekochana. 
Bardzo wymagający był Jasienica. Bolesna wpadka na samym początku pracy nauczyła mnie, jak bardzo należy się pilnować. To był rok 1948, czerwiec, utworzono właśnie państwo Izrael. Zawieyski napisał wielki tekst, którego mickiewiczowski tytuł wymyślił chyba Jerzy Turowicz, w każdym razie to on napisał własnoręcznie na skrypcie, który ja miałam adiustować, „Izraelowi bratu naszemu braterstwo i cześć...”. Zdawało mi się i nawet to powiedziałam Marysi Turowicz, że u Mickiewicza jest „bratu starszemu”, ale uznałam, że to, co pisze szef, jest święte, i puściłam jak było. I oczywiście po ukazaniu się numeru wybuchł skandal, Jasienica biegał po redakcji i krzyczał: Za co tu niektórzy biorą pieniądze! Pomyślałam wtedy – zamiast krzyczeć na Naczelnego, krzyczy na mnie – ale postanowiłam, że będę się odtąd wtrącać nawet do takich rzeczy.

Stalinizm i „cyrk”

Historię „Tygodnika”, zwłaszcza jego pierwszych lat, opowiada się zwykle z perspektywy ludzi, którzy go zakładali. Jak to wyglądało od środka, z punktu widzenia adiustatorki czy sekretarki, którą wtedy byłaś?
– Szalenie mnie ciekawiło wszystko, co się wokół dzieje, miałam do tego stosunek trochę „konsumpcyjny”... Przysłuchiwałam się dyskusjom, choć w pierwszych dwóch latach nie brałam jeszcze udziału w redakcyjnych konferencjach. Dość szybko zaczęłam Jerzemu Turowiczowi przynosić teksty. Jedną z rzeczy, którą mi od razu odrzucił, była recenzja z pierwszego tomiku Szymborskiej – „Dlatego żyjemy”; ja go zjechałam. Prawdopodobnie była to po prostu bardzo zła recenzja, ale Turowicz szalenie nie lubił uzasadniać swoich decyzji, powiedział tylko, że nie, a ja oczywiście wywnioskowałam z goryczą, że uważa za nieostrożność zjeżdżanie tomiku tak zaangażowanego ideowo. 
Ostrogi zdobyłam pisząc w oparciu o jakieś czasopisma francuskie artykuł o parafiach w Belgii, takich bardzo „postępowych” liturgicznie. Jerzy Turowicz dał go na pierwszą stronę, a cenzura z hukiem skreśliła. Ks. Piwowarczyk śmiał się wtedy: Pani się zdaje, że to takie łatwe, w „Tygodniku” pisać. Wspominam go ciepło, bo zawsze prostolinijnie dzielił się swoimi opiniami, nigdy niczego nie dawał do zrozumienia, tylko mówił wprost: z tym się nie zgadzam, to mi się podoba, to było bardzo dobre, a to słabe. 
– Koledzy bardzo się spierali?
– Nie byłam świadkiem żadnych gwałtownych sporów, choć wiedziałam, że czasem Ksiądz Kanclerz zgłasza pretensje telefonicznie. Niedługo po mnie przyszedł natomiast do redakcji Józef Maria Święcicki, konserwatysta o dosyć prawicowym nastawieniu, i często się spierał – z Jasienicą, z Kisielem.
Z jednej strony władza i zaciskająca coraz bardziej swoją obręcz cenzura, z drugiej powracające czasem i dziś różnice między poglądami redaktorów a konserwatywną częścią czytelników czy promotorami pisma...
– Wtedy dużą wagę przywiązywało się do recenzji. Książek wydawano niewiele i wokół każdej natychmiast powstawały zawirowania: kilku ludzi wygłaszało swoje opinie, a potem ewentualnie pisało się i toczyło debaty. Nie miałam tylu satysfakcji z żadnego uniwersyteckiego seminarium jak właśnie ze słuchania tutaj, na Wiślnej, Jacka Woźniakowskiego, Szczepańskiego, Turowicza, kiedy na bieżąco rozmawiali o sprawach kultury. Jacek Woźniakowski był wtedy sekretarzem redakcji i sekretarzował wspaniale: trzymał w rękach wszystkie bieżące sprawy i równocześnie szalenie innych inspirował.
W tamtych rocznikach widać, jaką wagę przywiązywano do kultury; to nie była tylko ucieczka od spraw, o których pisać nie było wolno, ale świadome kształtowanie opinii i gustów czytelników.
– Tak właśnie było. Po wojnie ludzie byli straszliwie wyposzczeni, wielu straciło przecież lata najbardziej chłonne i starali się to nadrobić. Każda książka, nawet średnia, stawała się wydarzeniem. 
Autorzy jednak zaczynali odchodzić, bo pisanie w „Tygodniku” było niewygodne, mnóstwo osób kryło się pod pseudonimami. 
– Ja chyba nie doceniałam wtedy niebezpieczeństwa osaczania politycznego „Tygodnika”, miałam za wiele entuzjazmu, żeby się nad nim zastanawiać. Moi koledzy zdawali sobie z tego sprawę o wiele bardziej, to ich zresztą bezpośrednio dotykało. Nie mówię już o aresztowaniu Jasienicy, które doskonale pamiętam, ale np. Stomma w pewnym momencie stracił swoje miejsce na uniwersytecie, Kisiela wyrzucili z konserwatorium, a na przykład zaszczuty Wacław Borowy to w końcu też był nasz autor. Poczucie osamotnienia wzrosło po śmierci kard. Sapiehy. Pamiętam jak dziś przepiękny, masowy pogrzeb idący przez stary Kraków i tłum ludzi, który śpiewał „Dobry Jezu, a nasz Panie daj mu wieczne spoczywanie”, nic więcej. Trwało to parę godzin. Czuliśmy, że teraz będzie już inaczej. 
Pomagało życie towarzyskie. Nie wiem, czy przechowała się gdzieś we wspomnieniach „instytucja” tzw. cyrku. Wszyscy się wtedy wzajem odwiedzali przy różnych okazjach i czasem ktoś rzucał hasło: robimy cyrk! Cyrk to była przebieranka, taki happening, odgrywanie jakichś scen. Pamiętam zachwyt, że ja mojego mistrza widzę nagle w takiej roli. „Cyrk” odbył się nawet u mnie; mieszkałam wprawdzie w sublokatorskim pokoju, ale koledzy byli tak mili, że moje stare panie ze Lwowa bez protestu znosiły nasze śmiechy i hałasy. Poza tym był dom w Pewli koło Żywca z Krystyną Popiel; ta pierwsza Pewel, trochę zakonna, Malewska pisała tam swoje powieści, ale przyjeżdżali także Turowicz i Stomma z rodzinami. Z 10-letnią Elżbietką Turowiczówną chodziłyśmy na Babią Górę, a wieczorami toczono poważne dyskusje. Myśmy wtedy byli rzeczywiście niesłychanie zżyci, a ta więź chyba się pogłębiała w miarę jak ubywało ludzi dookoła. 
Szukaliśmy zastępczych źródeł nadziei; chodziliśmy na randki, pamiętam długie włóczęgi z Herbertem po Łazienkach, wyszukiwaliśmy ze Stommą jakieś miodosytnie, urządzaliśmy imieniny świadomie wygłupialskie. Zachowywaliśmy się najmniej poważnie akurat wtedy, kiedy „Tygodnik” był najbardziej zagrożony, bo po prostu coś trzeba było robić, żeby wciąż nie myśleć tylko o tych koszmarnych rozmowach z władzami.
– A jednak pojawiali się nieliczni młodzi: właśnie Herbert, Zygmunt Kubiak....
– Herbert, Kubiak, Tadeusz Chrzanowski, Tadzio Żychiewicz, KUL-owcy jak Zdzisław Łapiński, Jurek Kołątaj (późniejszy długoletni sekretarz redakcji). Latem 1948 roku środowiska „Tygodnika Warszawskiego” i „Tygodnika Powszechnego” urządziły dla młodych spotkanie u biskupa Kaczmarka pod Kielcami, w leśnej chałupie, uroczej i prymitywnej. Swieżawski, Turowicz, Stomma, Zawieyski, Jerzy Braun mieli wykłady, ksiądz Zieja głosił homilie i duszpasterzował. Pojawili się ludzie z różnych środowisk akademickich, wśród nich poloniści. Pamiętam m.in. Leszka Kuca, Adama Stanowskiego, Ewę Bendych, która potem była dyrektorką Lasek, i – żeby było zabawniej – późniejszych PAX-owców Zygmunta Lichniaka i Marka Antoniego Wasilewskiego, a nawet Jana Pawła Gawlika. Odbywały się też wieczory autorskie dla tych smarkaczy. Turowicz niszczył ich, jeżeli uważał, że są grafomanami, a Zawieyski wszystkim dodawał odwagi. Ja na przykład przestałam pisać wiersze, ponieważ bardziej uwierzyłam Turowiczowi niż Zawieyskiemu; do dziś dnia nie wiem, kto miał rację... 
W każdym razie środowiska następców pączkowały i trochę z nich ocalało: Stanowski został naukowcem na KUL-u, Leszek Kuc, już jako ksiądz, przez wiele lat był naszym autorem, Gawlik pisywał przez kilka lat, póki nie ustawił się inaczej.

Dwie epoki

Na przełomie lat 40. i 50. możliwość fizycznej wręcz likwidacji redakcji stała się czymś zupełnie realnym, ale „Tygodnik” istniał w płaszczyźnie publicznej, był czymś, co się atakowało i z czym się polemizowało, ale o czym się, póki istniały „Kuźnica” i „Odrodzenie”, pisało. W latach 60. i 70. sytuacja nie była tak groźna, ale równocześnie „Tygodnik” zniknął jakby z areny, nie wspominano nawet jego tytułu. Która z tych sytuacji była bardziej frustrująca?
– Myślę, że ta druga. W pierwszym „Tygodniku” nie pamiętam w ogóle frustracji. Konfrontacyjna sytuacja budziła raczej energię, nawet cenzura była konkretnym przeciwnikiem ulokowanym w konkretnym biurze, mającym twarze, czerwone ołówki. Nie było złudzeń, udawania. W latach 60. i 70. o cenzurze nie można było pisnąć, a psuła wszystko, i w dodatku nasz głos, głos „Tygodnika”, rozbrzmiewał jak w pokoju wysłanym watą. 
Na początku lat 50. pojawiło się za to poczucie krótkiego dystansu, bliskiego końca. Ja jednak wtedy jeszcze nie umiałam myśleć politycznie. Z podziwem patrzyłam, jak moi starsi koledzy siadają, by wspólnie pisać kolejną koszmarną ramkę czy oświadczenie: o pokoju, o wyborach, o Korei, jak godzinami ważą słowa, spierają się i przymierzają, co jeszcze można. Pamiętam, jak podczas chrzcin Ludka Stommy przyszła wiadomość o porozumieniu państwa z Kościołem i Stomma z Turowiczem i Gołubiewem zabrali się zaraz za pisanie tekstu. Nie zdawałam sobie sprawy – nie ma się czym chwalić! – z rozmiaru dramatu, jaki się w tym zawierał. Mieczysław Pszon, wtedy więzień polityczny, wspominał, że w więzieniu odebrano to porozumienie jako coś straszliwego.
Również kard. Sapieha nie był z niego zadowolony... W 1956 problem wyboru pojawił się znowu. Krzysztof Kozłowski twierdzi, że Jacek Woźniakowski uratował zespół „Tygodnika” przed zbyt pochopną decyzją o powrocie na arenę publiczną, obrażając jesienią 1956, jeszcze przed Październikiem, Bolesława Piaseckiego, który taki powrót na swoich warunkach proponował.
– To jest dla mnie czas wyłączony, rodzinny. W 1955 urodziło się moje jedno dziecko, w 1956 drugie i pamiętam Październik od zupełnie innej strony...
– Wyszłaś za mąż już po zamknięciu „Tygodnika”...
– Wiąże się to z pierwszą stałą pracą, jaką wtedy znalazłam. Odwiedziłam jedną z moich przyjaciółek wileńskich, późniejszą profesor fizyki, Danutę Kunisz, a ona mówi: „Słuchaj, Niewodniczański tworzy Instytut Fizyki Jądrowej, może będzie szukać pracowników”. Bezczelnie się zgłosiłam i on, też bezczelnie, przyjął mnie do prowadzenia rachunków, o czym nie miałam pojęcia. Sekretariat to były trzy osoby na krzyż, a ja się wszystkiego dopiero uczyłam od pani, która tam wcześniej pracowała, no i oczywiście robiłam straszne błędy. Poznałam za to przyszłego męża. To zresztą trwało krótko, a pensje były mizerne; pierwszy „Tygodnik” też był niesłychanie biedny. Niedługo później – jeszcze o wznowieniu „Tygodnika” wróble nie ćwierkały – nawiązałam kontakt ze Zbigniewem Raszewskim, który mi zaproponował zajęcie się Juliuszem Osterwą. Nie wiem, skąd wiedział, że próbowałam zrobić o nim pracę magisterską, ale zmieniłam temat.
– I o czym w końcu pisałaś?
– O teatrze młodopolskim i Janie Auguście Kisielewskim autorze „W sieci”, skądinąd stryju Kisiela. Chciałam jednak pisać o Reducie. Kazimierz Wyka uznał, że to świetny pomysł i kazał mi iść do pani Matyldy Osterwiny, ale pani Osterwina usłyszawszy, że przychodzę od Wyki, wpadła w popłoch i zaczęła mi tłumaczyć, że nie przechowało się nic, bo archiwa spłonęły w Warszawie. Później kiedy odezwał się Raszewski i zaczęłam na nowo szukać materiałów, już z rekomendacją „Tygodnika”, dostałam od niej masę rzeczy, m.in. świetne listy Osterwy do Żeromskiego, kiedy wystawiali „Przepióreczkę”, i jego pamiętnik z czasów, kiedy jeździł po Kresach z „Księciem Niezłomnym”; pamiętnik ciekawy nie tyle literacko, ile faktograficznie. Przekopałam też w Jagiellonce wszystkie roczniki dzienników międzywojennych, jakie się dało znaleźć, warszawskich i wileńskich, żeby odszukać recenzje z przedstawień Reduty. Powstała książeczka w serii monografii teatralnych. Potem Raszewski mi zaproponował, żeby poważniej zająć się tym tematem, że sfinansuje to Państwowy Instytut Sztuki. Wtedy już jednak odradzał się „Tygodnik” i dokonałam wyboru: wróciłam do redakcji. 
– I jak to wspominasz?
– Liczba autorów i tekstów, jaka się zwaliła w pierwszych miesiącach 1957 roku, porównywalna jest tylko z czasem wybuchu „Solidarności”. Trwało to krótko: cenzura odżyła, a ludzie się zniechęcili, ale pamiętam doskonale, że z początku nas to zupełnie przysypało, a nie mieliśmy zbyt wyrazistej koncepcji, jak nasze pismo ma właściwie wyglądać. Krzysztof Kozłowski sekretarzował wtedy razem ze mną i ani on nie dawał temu rady, ani ja. „Tygodnik” popaździernikowy wspominam więc głównie od strony pracy czysto redakcyjnej – i oczywiście także politycznych rozczarowań. Pamiętam naszą bezradność w końcu pontyfikatu Piusa XII; w życiu politycznym zaczął się dołek, nie bardzo było wiadomo, czym tu się zająć....
– I Jan XXIII was uratował...
– Dokładnie tak. Od razu poczuliśmy – i my, i czytelnicy – że dokonuje się wielki zakręt, wielkie otwarcie, i przynajmniej tutaj można wyjść naprzód; oczywiście póki się nie zaczęły spory z Księdzem Prymasem, czy my Sobór właściwie odczytujemy i czy nie za dużo chcemy zmienić.
Bodaj w styczniu’58 pierwszy numer zaczyna się od wstępniaka Szefa, zatytułowanego: „Czy TP jest pismem katolickim?”. To jest dyskusja z listami czytelników, którzy uważają, że nie jest, bo pisze np. o kulturze, a powinien zajmować się wyłącznie czystą dewocją. 
– Pretensje czytelników wiązały się z przekonaniem, że „Tygodnik” to jedyne pismo katolickie i powinien spełniać wszystkie ich oczekiwania, tyle że istniał spór co do hierarchii tych oczekiwań. Ciekawe zresztą, że dzisiaj, kiedy problem podobnej wyłączności już nie istnieje i każdy może zrobić sam to, co uważa za najważniejsze, takie zarzuty nadal są wysuwane. Wtedy także i redakcja uważała, że to, co drukujemy, musi być wychowawcze, nieważne, czy ciekawe, ale słuszne. Trudno było temu sprostać.
– Czy to nie było antydziennikarskie? Takie myślenie może być dla pisma niebezpieczne.
– Oczywiście, że tak. Myśmy byli zresztą amatorami. Dużego nosa miał Marek Skwarnicki, kiedy wymyślał wszystkie te ankiety, on miał ogromne poczucie więzi z czytelnikiem. Było równocześnie ciśnienie typowo krakowskie: tyle środowisk i dostojnych autorów pragnących zabrać głos, i rodziło się pytanie, czy ważne jest nazwisko, czy raczej to, że autor zarżnie temat pisząc nudnie i długo. Stale się o to spieraliśmy. Kłóciliśmy się podczas planowania numeru bardzo zdecydowanie.
Mamy więc najpierw przełom październikowy, potem Jana XXIII i Sobór. Potem jednak Sobór się kończy, przychodzi za to marzec ’68, „Tygodnik” jest „pismem, którego nie ma”... Jak wytrzymaliście te 12 lat do „Solidarności”?
– Izolację w kraju trochę równoważyła obecność na Zachodzie. W końcu lat 60. zaczęliśmy więcej jeździć: stałe zaproszenia z Niemiec, Pax Romana, w której działał Marek, Światowa Rada Kościołów, rozmaite rzymskie synody i sympozja, na które jeździł Jerzy. Myślę, że dziś mniej piszemy o Kościele w świecie niż pisaliśmy wtedy. 
W latach 70. zaczęliśmy zresztą wychodzić z izolacji. Jednym z takich momentów, w których „Tygodnik” zauważano, były krakowskie festiwale krótkiego metrażu. Pod koniec dekady dostawaliśmy już zaproszenia na konferencje prasowe rządu. Jola Strzelecka jeździła na nie, bo zajmowała się wymiarem sprawiedliwości i sprawami społecznymi, ja jeździłam, kiedy dotyczyły oświaty. Uczestniczyliśmy też – najpierw Jacek Woźniakowski, potem ja – w zespole ks. bpa Bednorza do spraw wydawnictw i czasopism katolickich, który stał się terenem stałych konfrontacji z Urzędem ds. Wyznań. 
Patrząc z perspektywy na te pięćdziesiąt lat: który z okresów był dla Ciebie najżywszy, a który najbardziej jałowy?
– Najbardziej jałowe były chyba lata 60. Wspaniały okres zaczął się natomiast pod koniec następnej dekady – czas kontaktów z rozmaitymi środowiskami, odczytów, dyskusji, wymiany myśli. Zaczęło po prostu powstawać społeczeństwo obywatelskie. Ludzie robili różne rzeczy nie pytając już władzy o nic. „Tygodnik” przestał stanowić obciążenie w kartotece czy w ankiecie. Pod koniec lat 80. wiele w tym było oczywiście surogatu polityki. Ja jednak traktowałam to jako bardzo ważne świadectwo – nie potrafiłabym dziś wyliczyć, w ilu miejscach opowiadałam o toruńskim procesie zabójców ks. Popiełuszki. Istniało oczywiście niebezpieczeństwo taryfy ulgowej: dziennikarz katolicki był przyjmowany z góry jako swój, sprzymierzeniec, cokolwiek powiedział i o czymkolwiek napisał. Niekiedy chodziło tylko o podgrzanie atmosfery. Ale były środowiska wspaniałe, no i niebywała okazja wejścia głęboko w Polskę: jechało się do maleńkich miejscowości, gdzieś pod Wałbrzych czy pod Jarosław, i spotykało się żywo reagujących słuchaczy.

Postacie

– Nie żałujesz lat spędzonych na pracy redakcyjnej?
– To jest kwestia pytania, jak długo należy być redaktorem, albo jak pogodzić tę pracę z innymi wyborami życiowymi. Świetnym przykładem człowieka, który bardzo dokładnie wiedział, czego chce, był Władysław Bartoszewski, który od 1957 roku stale u nas pisał, ale zawsze miał własną starannie wytyczoną ścieżkę i trzymał się jej konsekwentnie. Starczy dziś popatrzeć na bibliografię jego prac. Przykład drugi: Zygmunt Kubiak. Zupełnie inna mentalność, inny temperament, inny rodzaj uzdolnień, ale też niesłychany dorobek. Zresztą Zygmunt w pewnym momencie zdecydował po prostu, że nie będzie redaktorem. Podobnie jak Herbert, który po ’56 nie wrócił do „Tygodnika”. I chyba dobrze się stało – dla polskiej literatury.
– Nawet Gołubiew, współtwórca „Tygodnika”, w pewnym momencie odszedł z redakcji...
– O Gołubiewie można by długo mówić, to postać niezwykła. 
Właśnie – istnieją postaci, których znaczenie trudno jest przekazać tym, którzy się z nimi nie zetknęli. Poza dorobkiem opublikowanym pozostaje ważny margines oddziaływania osobistego czy wkładu w tworzeniu wspólnego dzieła.
– Można ocalić pamięć o tych postaciach opowiadając o nich. Ale to znacznie szerszy problem – czym właściwie jest żywy człowiek, który odchodzi, co po nim pozostaje? Jak uświadomić komuś rangę zjawiska, któremu na imię Antoni Gołubiew czy Hanna Malewska? Jak przekazać poczucie obdarowania, płynące z faktu, że można było być blisko takiego człowieka, trochę od niego czerpać, trochę się przy nim po prostu grzać, a trochę być zmuszonym do patrzenia na świat z takiej perspektywy, jakiej by się samemu nigdy nie uzyskało? Gdzie to się podziewa, przecież nie może się zmarnować człowiek tak niesłychany! Dzisiaj w dodatku mamy mniej czasu na refleksję tego typu, bo goni nas tempo i nikt nie ma dla innych czasu. Kiedyś godzinami się gadało, teraz po trzech zdaniach dzwoni telefon i już się wszystko kończy. 
– Która z tych postaci była dla Ciebie najważniejsza?
– Chyba Gołubiew. Ze Stanisławem Stommą oczywiście najbliżej się przyjaźniłam, ale wobec Gołubiewa czułam szczególny respekt i podziw, był kimś z charyzmą. Jego żona Janka uczyła mnie zresztą przed wojną w wileńskim gimnazjum benedyktynek wychowania plastycznego. Przyszła tam zaraz po studiach i szerzyła panikę, ponieważ miała nowatorskie poglądy na temat tego, jak powinno się rysować, zestawiać kolory, wyszywać itd. Miażdżyła nas zupełnie, bo nie uznawała mieszczańskiej konwencji, w której wyrosłyśmy, a równocześnie była szalenie kolorową postacią. 
Prozę Gołubiewa usłyszałam zresztą po raz pierwszy w osobliwych okolicznościach. Podczas wojny, tuż po maturze zaczęłam pracować w tajnych kompletach, dla maluchów, w nauczaniu podstawowym; miałam uczyć czytania i pisania według bardzo nowatorskich metod. Na jakimś wielkim strychu przerobionym na mieszkanie w pocie czoła przygotowywałam odpowiednie pomoce. Obok siedziały całą gromadą panie i głośno czytały jakąś powieść. Zapamiętałam ten fragment co do litery, bo robił wielkie wrażenie; to był pościg za Przybywojem z „Bolesława Chrobrego”. Dowiedziałam się o tym znacznie później, wtedy nie znałam autora ani tytułu, wyszłam jednak zupełnie oszołomiona, takie to było sugestywne. 
*

– Co pamiętasz jako swoją największą przygodę dziennikarską?
– Jeżeli wymieniać jedną – to była nią beatyfikacja ojca Kolbego. Mam zresztą na sumieniu wiele grzechów zaniedbania, zmarnowałam na przykład całą pierwszą podróż włoską, w 1960 roku, o której nigdy nic nie napisałam, choć zebrałam mnóstwo materiałów. Wyjazd na beatyfikację o. Kolbego w 1971 r. spadł na mnie całkiem niespodziewanie, okazało się, że kuria ma miejsca w wyczarterowanym samolocie. Tygodniowa wspaniała podróż do Rzymu, w którym wszystko było przyjazne Polsce. Napisałam potem reportaż „Tysiąc pięciuset ambasadorów” – to o tych polskich pielgrzymach. Równocześnie cenzura już łagodniała. Drugą niezwykłą podróż odbyłam do Moskwy, na jubileusz 1000-lecia Cerkwi w czerwcu 1988. Chodziło się po miejscach w najwyższym stopniu ponurych: Łubiance, Placu Czerwonym, masa milicji, a równocześnie już duchowni na ulicach, tłumy rozmodlone na uroczystościach, wystawa ikon, do której stała olbrzymia kolejka... Wyciągaliśmy z Andrzejem Grajewskim drukowane po rosyjsku Pismo Święte i nikt nam nie przeszkadzał rozdawać je ludziom. To dwa takie wspomnienia. Poza procesem toruńskim oczywiście – ale to przeżycie zupełnie innego rodzaju. 

TUROWICZ O JÓZEFIE HENNELOWEJ

„Seniorem, żeby nie rzec patriarchą zespołu redakcyjnego jest piszący te słowa, redaktor naczelny pisma od kwietnia 1945 roku” – pisał w czerwcu 1998 r. Jerzy Turowicz na jubileusz 50-lecia pracy Józefy Hennelowej w „TP”. „Drugie miejsce w hierarchii redakcyjnej, bynajmniej nie ze względu na wiek, lecz na staż, zajmuje nasza koleżanka Józefa Hennelowa, wilnianka z domu Golmont. Jako młodziutka studentka polonistyki na Uniwersytecie Jagiellońskim, 50 lat temu, w maju 1948 roku rozpoczęła pracę w redakcji »Tygodnika Powszechnego«, najpierw jako korektorka i adiustatorka tekstów, potem sekretarz redakcji, by po szczeblach redakcyjnej hierarchii dojść do stanowiska zastępcy redaktora naczelnego, którą to funkcję pełni od lat 20 po dziś dzień. 50 lat jej codziennej obecności przy biurku redakcyjnym, żywego kontaktu z czytelnikami, którzy do niej przychodzili ze swoimi problemami, zaowocowały setkami artykułów i jeszcze liczniejszymi felietonami ukazującymi się od 15 lat co tydzień, w kolejnych cyklach: »Widziane z domu«, »Z domu i nie tylko« oraz »Votum separatum«. Zaowocowały także kilkoma książkami, głównie o tematyce rodzinnej, jak wskazują ich tytuły: »U nas w rodzinie« (1973), »My rodzice« (1977). 
To pisarstwo, płynące z głębokiego przeżywania Ewangelii, nacechowane jest ogromną wrażliwością społeczną, wrażliwością na ludzkie biedy, cierpienia i krzywdy, na niesprawiedliwość. Zaangażowanie społeczne zaprowadziło Józefę Hennelową na ławy Sejmu III Rzeczypospolitej, gdzie przez dwie kolejne kadencje, w latach 1989-93, była posłem z ramienia »Solidarności«, a potem Unii Demokratycznej. »Tygodnik Powszechny« nie byłby tym, czym jest, gdyby nie jej świetne pióro i wrażliwość (...).”

Józefa Hennelowa wydała m.in.: „Juliusz Osterwa” (1956), „Kim jest dla mnie Jezus Chrystus” (1975) „...i nachylił się dzień” (omówienie ankiety „TP” i Znaku, 1980), „Powołanie i przygoda: rodzice i wychowawcy o sobie” (omówienie ankiety „TP”, 1983),„Obecność” (1988), „Nasze sprawy rodzinne” (z Markiem Skwarnickim, 1990), „Votum separatum: publicystyka 1982-1999” (2001), „Bo jestem z Wilna” (wywiad-rzeka Romana Graczyka z Józefą Hennelową, 2001), „Niedowiarstwo moje. Refleksje religijne”


Archiwum | Redakcja | Prenumerata | Reklama | Ludzie Tygodnika | Archiwum felietonów | Historia pisma
Archiwum Jerzego Turowicza | Unia dla Ciebie | Książki w Tygodniku | Film w Tygodniku |
Jazz w Tygodniku | Apokryf | Kontrapunkt

© 2000 Tygodnik Powszechny