|
Żebrząca gałąź Zakonu Kaznodziejskiego
Z misją Baranka
Katarzyna Wiśniewska
Jedynymi bogactwami, jakie św. Dominik przekazał w testamencie współbraciom, były miłość,
pokora i dobrowolne ubóstwo. Tylko tyle i aż tyle posiadał od czasu, gdy studiując w
Palencji, poruszony panującą tam nędzą i głodem, sprzedał niezbędne podręczniki i
cały dobytek, a pieniądze rozdzielił między ubogich.
Rok przed śmiercią św. Dominika, w 1221 r., zgromadzeni na kapitule generalnej w
Bolonii dominikanie wspominali: "Zdarzyło się coś, czego nigdy nie zapomnimy.
Przybył pan Horodic Galician, chciał dać nam nieco ze swoich dóbr, wartych ponad 500
lirów, dokumenty były już podpisane przez Ekscelencję biskupa Bolonii. Ojciec nasz
Dominik kazał rozwiązać traktat, podrzeć dokument, pragnąc, byśmy nie posiadali żadnych
dóbr, ani tych, ani innych, polecając nam byśmy żyli z jałmużny, używając jej
oszczędnie... Chciał, aby nasze domy były ciasne, nasze ubrania biedne i nawet w kościele
nie akceptował bogato haftowanych materiałów".
Kaprys Boga
Ponad siedem wieków później francuska dominikanka, siostra Marie, postanowiła powrócić
do korzeni Zakonu Kaznodziejskiego. W pierwszą misję wyruszyła w styczniu 1975 r. - bez
jedzenia i pieniędzy, jak prawdziwa żebraczka. Jej spowiednik, ojciec Jean-Claude,
zgodził się, by wzięła ze sobą Najświętszy Sakrament.
- Gdy go o to poprosiłam, złapał się za głowę - śmieje się Marie. - Odpowiedział:
wydaje mi się, że takich rzeczy się nie robi. Ale pomodlę się i zobaczymy rano.
Następnego dnia, gdy ponowiła prośbę, ojciec powtórzył: - Tego się nie robi. Jednak
dam ci Go.
- I tak wyruszyłam z jedynym towarzyszem żebraka - wspomina s. Marie - z Jezusem. Choć
wraca do historii sprzed 25 lat, w jej błękitnych oczach widać łzy: - Nie wolno mi płakać.
Ale płaczę. Zrobiłam się stara, płaczę coraz częściej.
Dominikanka miała dołączyć do wspólnoty w Perpignan, by wspólnie pracować nad
pierwotnymi tekstami Zakonu Kaznodziejskiego. Tam też miała spotkać grupę sióstr powołanych,
aby wieść życie jak pierwsi dominikanie. Pierwszy zatrzymany kierowca podwiózł ją do
miasta. Zbliżała się pora obiadu - czas na żebranie. Marie była zmęczona, westchnęła
cicho: "Panie, żebrać?! Proszę, nie!". Przed jednym z domów zobaczyła
kobietę i postanowiła poprosić ją o wodę: - Poczułam wtedy, co znaczy żebrać.
Poczułam też zapach jedzenia, przemogłam się i poprosiłam o chleb.
"A siostra nic nie ma?" - zdziwiła się kobieta. "Nic" - odparła
Marie. Oprócz chleba dostała też ser "Kaprys Boży"; posiłek nazwała
prawdziwą ucztą Opatrzności. - Zazwyczaj pamięta się menu pierwszego żebractwa -
dodaje z uśmiechem.
W dalszą drogę wyruszyła ciężarówką w towarzystwie żołnierza. Z dumą opowiadał
o wojnie w Algierii, o zabijaniu. Wyśmiał strój Marie, dorzuciwszy parę ironicznych
uwag na temat ślubu czystości. Jednak potem zainteresował się Biblią, którą trzymała
na kolanach. Gdy przeczytała fragment Kazania na Górze, jego cynizm i wesołkowatość
gdzieś umknęły: "To bardzo piękne" - przyznał. Po chwili zatrzymali się
przy piekarni, gdzie kupił dwie bagietki: "Jedna dla ciebie, jedna dla mnie" -
powiedział, po czym ułamał jeszcze spory kawałek bułki i oddał Marie. "Zrobię
dla ciebie 40 kilometrów więcej" - dodał. I pojechali: zgorzkniały mężczyzna i
żebrząca siostra zakonna.
- Trzeba wielu pielgrzymów, aby świat poznał inne szczęście - mówi siostra Marie.
Kolejny etap podróży przebyła z nasilającą się migreną. Gdy dotarła do sióstr,
padła na podłogę. Wkrótce siostry rozpoczęły pracę nad tekstami Honoriusza III. Tak
wyglądały początki Zgromadzenia małych sióstr i małych braci Baranka. W lutym 1983
r. zgromadzenie zostało oficjalnie uznane przez Jeana Chaberta, arcybiskupa diecezji
Perpignan. W lipcu ówczesny generał Zakonu Kaznodziejskiego, o. Vincent de Couesnongle,
uznał zgromadzenie za gałąź Zakonu Dominikańskiego. Od 1996 r. odpowiedzialnym za Wspólnotę
jest inny dominikanin - kard. Christoph Schönborn, metropolita Wiednia.
"Oto biedak zawołał..."
Saint-Pierre w południowej Francji, kolebka wspólnoty. Małe siostry i bracia mieszkają
w osadzie drewnianych, własnoręcznie zbudowanych domków, w lesie oddalonym od ludzi: -
Chciałam żyć prosto, ale nie w nędzy - opowiada siostra Claire-Emmanuel. - Lecz gdy
zobaczyłam Saint-Pierre, zrozumiałam, że Pan Bóg woła mnie właśnie do tego
zgromadzenia.
Cienkie ściany z dykty dzielą każdy domek na trzy niewielkie cele. W środku tylko złączone
drewniane skrzynie służące za łóżko, niewielka szafa i ikona. Żebranie o pożywienie
stanowi jedyne źródło utrzymania. "Życie z Opatrzności" - jak mówią członkowie
wspólnoty - jest zarazem sposobem na głoszenie Słowa. Przed każdą misją modlą się
do Ducha Świętego, by trafili tam, gdzie ktoś ich potrzebuje.
- Kiedyś przyszłyśmy do młodej kobiety - opowiada Claire. - Wpuściła nas do środka
i przygotowała posiłek. Gdy jadłyśmy, pisała na komputerze, nie wykazując chęci do
rozmowy. Nie chciałyśmy być natrętne, więc milczałyśmy. Po chwili zapytała:
"Dlaczego przyszłyście akurat do mnie? Czułam się dziś bardzo samotna, płakałam,
nawet krzyczałam, a zaraz potem zapukałyście".
- Wtedy przypomniał mi się Psalm 34 - mówi Claire. - "Oto biedak zawołał, a Pan
go usłyszał". Byłyśmy dla tej kobiety odpowiedzią Boga na jej krzyk.
Innym razem drzwi otworzył siostrom mężczyzna w średnim wieku. Początkowo chciał dać
im pieniądze, a gdy odmówiły, wrócił z dwiema torbami pełnymi jedzenia. Potem
wybuchnął płaczem. Siostry stały i parę minut modliły się w milczeniu. Nie starały
się go pocieszać, po prostu przy nim były. Gdy mężczyzna przestał płakać,
powiedział: "Módlcie się za moją rodzinę".
Grosz ubogiej wdowy
Ludzie dzielą się nie tylko tym, czego im zbywa. Zdarzyło się, że siostry zaprosiła
samotna staruszka. Ze ścian jej domu zwisały zniszczone tapety, po pokojach biegało mnóstwo
kotów. Starsza pani przygotowała kolację: parę kromek chleba i kawałek kiełbasy. Więcej
nie miała, nawet dla siebie. Siostry chciały odmówić, lecz usłyszały: "Nie, to
dla was. Musicie jeść, żeby mieć siłę".
- Ilekroć wychodzę z takich domów, dziękuję Bogu, że pozwolił mi zakosztować Królestwa
Niebieskiego - mówi siostra Rafaela, do niedawna jedyna Polka w Zgromadzeniu.
W Rzymie Wspólnota Baranka korzysta czasem z kuchni ludowych. Przychodzący tam bezdomni
reagują różnie, niektórzy są oburzeni: "Kościół tutaj?". Zdarza się, że
plują na habity. Ale są i tacy jak pewien emerytowany generał z Somalii, od kilkunastu
lat mieszkający na ulicach Rzymu. Nie pozwala siostrom stać w długiej kolejce, sam
nakrywa dla nich stół i razem z nimi zjada obiad, gdyż uważa się za opiekuna młodziutkich
nieraz zakonnic.
- Wcześniej bałam się ubogich - przyznaje siostra Rafaela. - Nie wiedziałam, jak z
nimi rozmawiać, a teraz mogę im powiedzieć: "Patrzcie, jestem taka jak wy, a nawet
mam jeszcze mniej".
Więź między małymi siostrami i braćmi Baranka a przypadkowo nawet napotkanymi żebrakami
przejawia się w gestach, jakimi się pozdrawiają, w krótkich rozmowach. I choć mogą
podzielić się tylko tym, co sami wyżebrali, spotkania te więcej znaczą niż kilka
monet rzuconych przez obojętnego przechodnia.
Przez dwa tygodnie uczestniczyłam w misjach i do dziś mam przed oczami niepozorny szary
domek przy jednej ze stromych uliczek Sieny. Do środka zaprosiła nas kobieta w podeszłym
wieku, emigrantka z Filipin: "Mam tylko tyle, co przygotowałam dla siebie na kolację"
- jej głos brzmiał przepraszająco, gdy zgarniała na nasze talerze prawie całą
zawartość patelni. Spojrzałam niepewnie na moje towarzyszki - siostry Michaelę i
Felicity. "Jezus nauczał, że głodnego trzeba nakarmić - mówiła rozpromieniona
kobieta. - Tak się cieszę, że przyszłyście". Potem poprosiła, żebyśmy razem
przeczytały Ewangelię. Obserwowałam kątem oka, jak w skupieniu zamyka oczy i przyciska
kciuki do przeoranej zmarszczkami twarzy na dźwięk słów: "Kto chce zachować
swoje życie, straci je, a kto straci swe życie z Mego powodu, ten je zachowa".
Niektóre historie graniczą z cudem, choćby opowieść o misji w Argentynie. Bracia
przyszli do domu wielodzietnej, ubogiej rodziny. Kiedy poprosili o jedzenie, matka wysłała
dzieci do piekarni, choć żeby kupić chleb, rodzina musiała zaciągnąć u sklepikarza
kredyt. Parę lat później bracia trafili do tego samego domu i dowiedzieli się, że po
ich wizycie ojciec znalazł pracę. Zniknęły wszelkie kłopoty finansowe.
Świętego Franciszka radość doskonała
Obok sytuacji wzruszających zdarzają się też zabawne: - Szłyśmy ulicą, na której
znajdowały się same firmy, żadnego domu prywatnego - opowiada o misji w Leibniz siostra
Stefanie. - W końcu zapukałyśmy do biura i poprosiłyśmy o coś do jedzenia.
"Ale tu nic nie ma" - pracownik firmy rozłożył ręce. "Chciałyśmy
tylko chleb i wodę" - odparła Stefanie. "Spytam szefa" - odrzekł mężczyzna.
Po chwili wrócił: "Szef mówi, że macie iść prosto, potem skręcić w prawo, na
rogu będzie restauracja". "Ale my nie mamy pieniędzy" - tłumaczyła
cierpliwie siostra. "Nie szkodzi. Szef już tam dzwonił. Dadzą wam wszystko, co
chcecie, na jego rachunek".
Ludzie często znajdują wielką radość w tym, że mogą się podzielić. Ofiarowują
nieraz o wiele więcej, niż ich poproszono: - Chodzimy do kuchni w restauracjach, prosząc
o resztki - śmieje się brat Jean-Baptiste. - A wtedy sadzają nas przy stołach i dają
więcej, niż moglibyśmy zjeść. Dlatego zaczęliśmy przychodzić z plastikowymi
miseczkami, żeby wziąć tylko tyle, ile się do nich zmieści.
Nie ma misji, którą siostry i bracia nazwaliby nieudaną. Nigdy bowiem nie wiadomo, co
dzieje się w sercach ludzi, nawet tych odmawiających kromki chleba: - Panu Jezusowi też
odmawiano i wyrzucano Go z domów - tłumaczą siostry. - Skoro chcemy Go naśladować,
powinnyśmy dziękować za każde spotkanie, także trudne.
Do takich spotkań Rafaela zalicza jeden z dni na misjach w Polsce. - To była istna seria
- śmieje się. - Zza drzwi padały odpowiedzi "Nic nie mamy" albo "Nikogo
nie ma w domu". Wreszcie zza kolejnych wyjrzał młody chłopak. Zawołał żonę, która
wyszła z dzieckiem na ręku, rzucając na powitanie krótkie "Czego tu?" i z
trzaskiem zamknęła drzwi. Odchodząc odmawiałyśmy za tę kobietę "Zdrowaś
Mario". Wtedy usłyszałyśmy, że ktoś ponownie wychyla się z domu. "Dzięki
Ci, Panie" - pomyślałam. W tym momencie owa kobieta oblała nas wodą. Jeśli w
takich momentach człowiek potrafi się cieszyć, to niezawodny znak radości doskonałej,
o której mówił św. Franciszek z Asyżu. Radość doskonałą ma ten, kto w udręczeniu
wielbi Boga, choć słowa narzekania same cisną się na usta.
Po wyjątkowo ciężkim dniu bracia Lui-Marie i Paul-Etienne byli tak głodni, że zaczęli
szukać jedzenia w śmietnikach: - Śmialiśmy się, że upadliśmy już bardzo nisko. No
i cieszyliśmy się, że rodzice nas nie widzą.
- Jemy tylko to, co dadzą nam ludzie - mówi Rafaela. Czasem surowszym postem okazuje się
skończyć w piątek mięso, żeby się nie zepsuło, niż jeść jajka i rybę.
- Przed wstąpieniem do wspólnoty miałam ulubiony jogurt - wspomina Claire-
-Emmanuel. - Myślałam, że nigdy już go nie zjem. Tymczasem na pierwszej misji dostałam
właśnie ten.
Misja z Krakowskiej
Częstochowa. Kilka przecznic od centrum miasta leży dzielnica Zawodzie - pełna niskich
i zniszczonych domków, spokojna i skromna w zestawieniu z otoczeniem Jasnej Góry, gdzie
kwitnie krzykliwy sacro-przemysł. Wspólnota Baranka, związana z Polską przez dominikańskie
duszpasterstwa, od dawna chciała założyć dom zakonny nad Wisłą. Miał być Wrocław
lub Kraków. Dom w Częstochowie, przy ulicy Krakowskiej, okazał się niespodziewanym
prezentem, wymodlonym na Jasnej Górze. Mimo nie najlepszych wspomnień z misji w Polsce
siostry (od niespełna roku mieszka ich tu sześć, w tym dwie Polki) odnalazły miejsce wśród
mieszkańców Krakowskiej, głównie ubogich rodzin. Oprócz żebraczych misji prowadzą
życie skoncentrowane na liturgii, współpracują z tamtejszym duszpasterstwem
akademickim. Organizują również tzw. weekendowe szkoły Słowa Bożego i planują
wakacyjne rekolekcje dla młodych.
* * *
Jezus posłał uczniów bez złota i srebra. Apostołowie, otrzymując darmo pożywienie,
darmo dawali modlitwę i Słowo. - Jezus daje nam prawo, by stukać do drzwi i prosić o
chleb - mówi Jean-Baptiste.
Siostry i bracia Baranka często spotykają się z zarzutem nieróbstwa: "Moglibyście
przecież pracować i zarabiać na własne utrzymanie": - Racja - zgadza się brat
Jean - ale nasza praca to modlitwa i głoszenie Słowa przez nasze życie. Chcemy głosić
Dobrą Nowinę, żyjąc w skrajnym ubóstwie, w takim, którym się pogardza. Trzeba na
nowo odkrywać cud życia z Opatrzności.
|