|
Wspomnienie o podhalańskim Sokratesie
"Dusóm-ześ cłeku, a nie ciałym"
Bartek Dobroch
"Jędruś - tyn mioł rozum! Mioł rozum do rozumu, a nie ino do świata. Jedni
naprawiali to, drudzy tamto, a on wzión sie do naprawiania rozumu" - tak, dzięki
Tischnerowskiej "Historii filozofii po góralsku", świat zapamięta podhalańskiego
Sokratesa. Ino ze tak po prowdzie nie był to Sokrates, ba Jędrek Kudasik. Kilka tygodni
temu Andrzej Kudasik, obchodząc wraz z przyjaciółmi 50-lecie matury, odszedł nagle z
podhalańskiej ziemi.
 |
 Andrzej Kudasik |
|
Absolwenci, którzy w 1953 r. zdali maturę w nowotarskim Liceum im. Goszczyńskiego,
spotkali się w budynku starej, niemal stuletniej szkoły. Wieczorem Kudasik wraz ze
szkolnymi kolegami, wśród których była też jego żona - Wanda Szado-Kudasikowa, znana
podhalańska poetka i działaczka regionalna - bawił się w nowotarskiej restauracji.
Przygrywała góralska kapela, której trzon tworzyli syn i wnuk Kudasików: - Taką miał
radość w oczach, taki był szczęśliwy! - wspomina Barbara Tischnerowa.
Nazajutrz, po wizycie w Niedzicy i uroczystej Mszy wracali do Nowego Targu. Zatrzymali się
w domu Tischnerów w Łopusznej. Marian Tischner był jednym z klasowych kolegów
Kudasika: - Zakończyło się dramatycznie, ale Andrzej do ostatniej chwili czuł się
swobodnie, był radosny.
Gdy zasłabł, położyli go na łóżku Księdza Profesora. Trafił do szpitala. Kilka
godzin później do Łopusznej dotarła wiadomość o jego śmierci.
Barbara Tischnerowa spogląda na posłanie księdza Józefa, gdzie tuż przed śmiercią złożono
Sokratesa: - To najpiękniejsza śmierć, jaką można sobie wymarzyć. Wśród przyjaciół
do końca, a potem jeszcze cała rodzina zdążyła się z nim w szpitalu zobaczyć.
Trochę jak prawdziwy Sokrates...
- To ksiądz Józiu przeprowadził go do siebie; wziął za rękę i wyprowadził ze
swojej chałupy... - tłumaczyła Janowi Antołowi, koledze z redakcji "Tygodnika
Podhalańskiego", żona Andrzeja - Wanda.
Od konia się zaczęło
Urodził się 12 listopada 1935 r. w Pułtusku, gdzie pracował ojciec Jan, a mama Maria
na dwa tygodnie przed porodem przyjechała odwiedzić męża. Wanda Kudasik podkreśla
jednak: - Kiedy miał dwa tygodnie, wrócił na swoje Podhale. Był rdzennym góralem, ale
urodzonym w Pułtusku.
Ponieważ mama była nauczycielką, dzieciństwo Andrzeja upływało w kolejnych miejscowościach,
w których znajdowała pracę: Bukowinie-Podszklu, Nowym Sączu, Suchem, Białce,
Waksmundzie, Dębnie i wreszcie w Nowym Targu, gdzie rodzice w 1946 r. zamieszkali na stałe.
Tam Andrzej skończył szkołę podstawową, a od 1949 r. kontynuował edukację w Liceum
im. Goszczyńskiego. Z późniejszą żoną, Wandą Szado, spotkali się w jednej klasie,
chociaż dzięki znajomości matek, góralek z Suchego, mieli okazję poznać się wcześniej:
- Wstąpili do nas z wizytą. Poznał mnie, ale był bardziej zauroczony koniem na
biegunach moich braci. To wspomnienie jest najmocniejsze, ale gdzieś tam obok tego konia
pojawiłam się ja - wspomina Wanda.
Andrzej wspominał kiedyś: "W klasie IX przez ZMP o mało co nie wyleciałem z
"budy". Z inicjatywy aktywistek tej organizacji na korytarzu szkolnym wywieszono
listę najgorszych uczniów. Znajdowało się na niej nazwisko mojego kolegi B. Kiedy na
przerwie patrzył z ponurą miną na tę listę, pocieszyłem go: nie martw się, wkrótce
one też będą wisieć. Któraś usłyszała to i... zaczęło się. Na szczęście
znalazł się świadek, który w krytycznym momencie przesłuchania nie bał się oświadczyć,
że mówiąc one też będą wisieć, miałem na myśli nie szubienicę, a ową listę.
Uwierzono mu i ocalałem".
Zdecydował się na polonistykę na Uniwersytecie Jagiellońskim. Wśród profesorów same
sławy: Pigoń, Klemensiewicz, Kleiner, Markiewicz. - Chodził do Kapucynów na Loretańską.
Klemensiewicz stawał ostentacyjnie przed amboną i tylko czekał na potknięcie językowe
księdza - opowiada Wanda Kudasik. - To były dobre lata, mile je wspominał. Zawsze
jednak marzył, że ruszy na Podhale.
Na Podhale wrócił jako nauczyciel w 1958 r. Uczył w Technikum Przemysłu Skórzanego
CZSP i Technikum Budowy Instrumentów Lutniczych. Przez prawie 30 lat uczył historii języka
polskiego i literatury, zwracając uwagę uczniów na piękno gwary podhalańskiej.
Przybliżał im związane z Podhalem postacie, wysyłał w teren, kazał im robić
wywiady.
Prezes, juror, pasjonat
W 1960 r. wstąpił do Związku Podhalan. Najpierw był wiceprezesem oddziału
nowotarskiego, od 1979 r. - wiceprezesem Zarządu Głównego ZP oraz prezesem oddziału
nowotarskiego. Wreszcie w 1984 r. został prezesem Związku Podhalan w Polsce (do 1987
r.). Wydarzeniem, które zdominowało kadencję kierowanego przez niego Zarządu Głównego,
było sprowadzenie prochów Kazimierza Przerwy-Tetmajera i jego syna z Warszawy do Ludźmierza
(13 kwietnia 1986), a następnie ich pogrzeb na Pęksowym Brzyzku w Zakopanem (14 czerwca
1986).
Prowadzony przez Kudasika Zarząd działał sprawnie i efektywnie. Prezes zwracał szczególną
uwagę na edukację młodzieży: - Andrzej zawsze twierdził, że jeżeli chcemy budować
tożsamość kultury, tożsamość tradycji Podhala, trzeba to robić od dziecka, które
chłonie, dostrzega wartość gwary, stroju, przestrzeni architektonicznej - mówi
proboszcz i kustosz luźmierskiego Sanktuarium Maryjnego, ks. Tadeusz Juchas. W końcu
"nas podhalański Sokrates radziył wychowywać dzieci, a nie ino dzieci, ale starsyk
tyz". Leżały mu na sercu sprawy krajobrazowe, sprawy parku tatrzańskiego, działał
na rzecz ochrony środowiska, bo "ni mozno pedzieć, zeby Jędruś Kudasik nie znoł
się na przyrodzie". W 2001 r. zaangażował się w obronę Wojciecha Gąsienicy-Byrcyna
odwołanego z funkcji dyrektora Tatrzańskiego Parku Narodowego. Próbował gasić też
spory, które wokół odwołania Byrcyna narosły w samym Związku Podhalan. Jako człowiek
wykształcony bacznie przyglądał się nie tylko sprawom gospodarczym, ale też działalności
naukowej i wydawniczej ZP oraz Podhalańskiego Towarzystwa Przyjaciół Nauk, w którym
działał od 1988 r.
- Zdyscyplinowany. Nie opuścił żadnego zebrania, a przede wszystkim człowiek z otwartą
głową, bardzo pomocny w redagowaniu różnego rodzaju publikacji - wspomina go były
wieloletni prezes PTPN, prof. Julian Ciuruś. - Chodzi zwłaszcza o różnego rodzaju
monografie, choćby wspomnieć o "Dziejach Nowego Targu", monografii Szaflar czy
obszernej rozprawie "U podnóża Gorców". Wprawdzie te opracowania wykonywali
zawodowi historycy, tym niemniej on jako człowiek, który tkwił w tym środowisku, miał
zawsze cenne uwagi.
- No i cały czas był przewodniczącym Sądu Koleżeńskiego. Zawsze się śmiał, że to
funkcja fajna, bo honor jest, a roboty za wiele nie ma - przypomina działalność męża
w ZP Wanda Kudasik. - Ta organizacja była jego drugim życiem. Cieszył się, jeśli coś
się udało zrobić, jeśli w dobrym kierunku szła praca. Martwił się bardzo, że Związek
tak się ostatnio zaplątał w politykę, a nie powinien, bo to nie jego misja ani rola.
Sokrates godoł: "Ej ludzie, ludzie: dzięki takim, jako politycy, ino sie wóm
zdaje, zeście scęśliwi, a dzięki takiemu jak jo, sómeście scęśliwi!".
Obok działalności w Związku Podhalan także w inny sposób angażował się w ochronę
oraz rozwój kultury i tradycji podhalańskiej. Przede wszystkim od 1973 r. współtworzył
zespół regionalny "Śwarni", a od 1980 r. był jego kierownikiem
organizacyjnym. Uczestniczył w licznych wyjazdach zagranicznych zespołu, m.in. w 1986 r.
do Holandii czy dwa lata wcześniej do Włoch. Po koncercie "Śwarnych" w Aula
Clementina Papież powiedział: "Najpierw byłem góralskim kapłanem, biskupem, a
teraz góralskim papieżem".
Wielokrotnie był też jurorem w konkursach poetyckich, jak choćby w organizowanym w Ludźmierzu
dorocznym konkursie poezji religijnej. - Obaj też jurorowaliśmy w konkursach
recytatorskich w szkołach na Podhalu: w Szaflarach, Skrzypnem, Białym Dunajcu - uzupełnia
nowotarski poeta Roman Dzioboń. Kudasik, podobnie jak w przypadku debiutanckich tomików
m.in. Zofii Bukowskiej, Anny Waluś czy Bogdana Werona, był jego promotorem: - Zawsze
pisząc coś, przynosiłem mu do opiniowania. Na ogół przyjmował te wiersze pozytywnie.
Przeważnie to swoją babę więcej krytykował jak mnie - żartuje Dzioboń, który jako
jedyny poeta pisze w gwarze nowotarskiej z charakterystycznymi końcówkami na f.
- Wspominam go przede wszystkim jako naturalnego pasjonata kultury regionalnej, góralskiej
- mówi były burmistrz Nowego Targu, bliski znajomy Kudasików, Czesław Borowicz. - Myślę,
że ta fascynacja miała olbrzymie wsparcie w Tischnerze; on inspirował i zachęcał, był
naszą podporą, jakby ojcem duchowym.
Sokrates z babóm swojóm Ksantypóm
Wszyscy podkreślają wyjątkowość relacji, które łączyły Kudasika z Józefem
Tischnerem. - To było coś więcej niż przyjaźń - nie ma takiego słowa, to tak jak
wolność i śleboda. Śleboda to jest coś więcej niż wolność - zastanawia się Czesław
Borowicz.
Po raz pierwszy spotkali się na obozie harcerskim latem 1948 r. w Płazówce koło Kościeliska.
W biografii ks. Tischnera Wojciech Bonowicz cytuje Kudasika: "Kiedy stawiliśmy się
z plecakami na rynku w Nowym Targu i podjechała ciężarówka, a on miał zarządzić zbiórkę,
to zamiast regulaminowych komend, usłyszeliśmy: "Chłopoki, ustowcie się", a
potem: "Wsiadojcie"".
W opublikowanym po śmierci ks. Józefa w "Tygodniku" wspomnieniu "Miałem
przyjaciela" Kudasik pisał o tamtym spotkaniu: "Słowo znajomość należy
rozumieć tak: ja znałem Józefa Tischnera (...) i darzyłem szacunkiem, jakim zwykł
darzyć przełożonego - podwładny, On - wątpię by w ogóle zwrócił wtedy na mnie,
szkraba, uwagę."
- W ogóleśmy się znali wszyscy, bo jego rodzice byli nauczycielami, moi i Jędrka też
- mówi żona Andrzeja. Ważną rolę w rozwoju tej znajomości odegrał niewątpliwie
kolega klasowy małżeństwa Kudasików, Marian Tischner, który specyfikę późniejszych
relacji ks. Józka- Jegomościa i Jędrzka Kudasika wyłuszcza za pomocą anegdoty: - Józiu
zawsze był podbudowany rozmową z nim, bo on też patrzył na życie trochę z przymrużeniem
oka. Wiem, że raz nasza kuzynka, co jest w zakonie, przechodziła depresję. I między
innymi miała kryzys, czy będzie zbawiona. Józiu przyjechał tu raz od Andrzeja taki
rozbawiony, bo się go pyta: "Czy ty masz jakieś zmartwienie tego typu, czy będziesz
zbawiony?", a Andrzej mu na to: "A sroł pies, nie!".
Ksiądz Tischner w drodze z Krakowa, bądź to w czwartek wieczór, bądź to w piątek
przed południem, zawsze odwiedzał nowotarskich przyjaciół. Potem zaczął pisać
kolejne fragmenty "Historii filozofii po góralsku". "W samym środku
miasta na rynku pojawieł sie Sokrates. Ino ze Sokretes nie nazywoł sie Sokrates, ba Jędruś
Kudasik z babóm swojóm Wandóm to jest Ksantypóm, co koło niego bockowała".
- Co kawałek napisał, to wpadał tutaj i żeśmy się zaśmiewali do łez - pani Wanda
przypomina też śluby, których ks. Tischner udzielał ich synom, Marcinowi i Bartkowi: -
Ślub Bartka odbył się w sobotę, umówiliśmy się z Józkiem na drugą sobotę w
Krakowie, przyjechaliśmy, ale był już w szpitalu.
W bibliotece Kudasików pełno jest książek z dedykacjami i podpisem Józek: "Jędrusiowi
Kudasikowi, chłopu honorowemu, co se ino... krajym nieba", "Rzetelnemu Gaździe
- Andrzejowi - na dalsze wierchowanie"... Adresat ich opatrzył zaś wstępem
Tischnerowski "Boski młyn".
"Co ja zawdzięczam Józkowi? - pytał siebie we wspomnianym już artykule z
"Tygodnika". - Dzięki niemu inaczej patrzę na świat, inny jest mój stosunek
do ludzi, inna, bo jakby mądrzejsza, moja wiara".
Bohater "z losecką"
W listopadzie 1986 r. Andrzej Kudasik przeszedł zawał. Przeżył dzięki pomocy prof.
Andrzeja Szczeklika. Rozpoczęła się długotrwała rehabilitacja. - Jędrek tak uwierzył
w powrót do zdrowia, że potem nawet były problemy, bo mój Jędruś chciał być wszędzie,
o każdej porze dnia i nocy, na bankiecie, na zawodach, na spacerze, na kawie, na wyjeździe
zagranicznym, na wystawie, w teatrze, wszędzie, wszędzie...- wspomina żona. - Ogromnie
się cieszyłam, ale równocześnie drżałam w środku ze strachu, czy to aby nie za dużo.
Ale chwała Bogu, że tak było i było tak do końca.
Mimo że związkową prezesurę dokończyć musiał ówczesny zastępca Józef Staszel,
Kudasik nadal aktywnie działał w Związku. Za jego staraniem odsłonięto w 1987 r.
tablicę na domu naczelnika Konfederacji Tatrzańskiej i poety Augustyna Suskiego.
Po zawale skupił się również na publicystyce i pisarstwie. Pisał do
"Podhalanki", "Nowego Podhala" i "Tygodnika Podhalańskiego".
Wspólnie z Włodzimierzem Wnukiem opublikował "Podhalański ruch regionalny"
(1993 r.), a z Julianem Kowalczykieam opracował monografię Związku Podhalan "Hej,
tam spod Tater..." (1996 r.). Trudno pominąć też książki, w których przedstawiał
portrety zasłużonych dla Podhala, zarówno tych znanych (Tetmajer, Tischner), jak i
tych, których tylko jego pióro ratowało przed zapomnieniem (walczący pod Tobrukiem czy
nad Wielką Brytanią podhalańscy oficerowie).
- Był niezwykle ważnym głosem dla zachowania tożsamości, niezwykle wyważony, doświadczony,
z miłością i szacunkiem dla innych ludzi i ich opcji kulturowych - kreśli jego sylwetkę
ks. Juchas.
Przyjaciele z podziwem mówią o jego walce z chorobą. - On dla mnie był moralnym
bohaterem. Dlaczego? Przecież 17 lat życia zostało mu darowane - opowiada Roman Dzioboń.
- Podziwiałem, jak potrafił znosić dolegliwości w sposób pogodny, nawet więcej jak
pogodny, bo on po prostu to bagatelizował, czasem ironizował ze swoich ułomności, ze
swojej losecki, czy z chodzenia, czy z tego, że nie może się ubrać, że mu coś spadło...
- To jest dla mnie człowiek, który nie poddał się cierpieniu, chorobie, zachowując
wielką radość i optymizm, stał się świadkiem tego, że można do końca służyć
dla sprawy, którą się kocha, dla której się żyje - dodaje ludźmierski proboszcz.
Takim zapamiętali go również najbliżsi przyjaciele. Józef Borowicz: - Jak człowiek
miał kłopoty, nie mógł sobie dać rady, szedł wieczór z nim na spacer i mogliśmy po
prostu nawet tylko idąc, nic nie mówiąc - doskonale się rozumieć.
Siedzimy w ogródku "Pod smrekiem", gdzie niedawno jeszcze "Jędruś
wywodziył". - Był człowiekiem upartym w działaniu, nie zrażał się byle czym,
wszystko musiał doprowadzić do końca - wspomina Dzioboń. - Rzymianie mówili: "De
mortuis nihil nisi bene". Oczywiście, Andrzej też miał wady i najlepiej to baba
Ksantypa o tych wadach wie... A teroz się śmieje... Choć kiedy ją brało na diabły i
mu nad głową suściła.
- Nie na darmo też nazwał go ks. Tischner Sokratesem; był człowiekiem naturalnie
spokojnym, otwartym na ludzi i rozważnym - mówi Czesław Borowicz. - Im był starszy,
tym więcej ludzi liczyło się z jego zdaniem i zabiegało nawet, żeby wiedzieć, co on
na dany temat myśli.
- Ludzie słuchali jego rad i cenili jego zdanie - przytakuje "baba Ksantypa". -
A równocześnie był ogromnie skromny. Nie działał nigdy z powodu, że tak wypada, że
będzie miał duże audytorium, że go ktoś pochwali. Nie, zupełnie nie!
Chciałoby się po góralsku pedzieć: pamięć o cynach i myślach Jędrka Kudasika
wiecnie zywa. A i nie ino pamięć. Roman Dzioboń na pogrzeb Andrzeja Kudasika napisał
epitafium. Ostatnia jego strofa brzmi: Patrzoj Jyndrek!
Choć ocy nase mokrościom zachodzom
zol w sercaf się obzywo i wypływo łzami
syćka wiymy, ześ cołkiem nie umar
ba zyjes:
Twoja mądrość nos wiedzie prościutko do nieba
wyndrujemy za Tobom górskimi pyrciami...
* * *
Ej, mioł Romek racje, bo cym-ześ cłeku jest? "Jędrek pedzioł: dusóm. Dusóm-ześ
cłeku, a nie ciałym".
|