|
O Zofii Starowieyskiej-Morstinowej i jej biografie
Poezja i dobroć

Zygmunt Kubiak
Piękna, pełna zadumy, a nacechowana nienatrętną czujnością i przenikliwością twarz
młodej Zofii Starowieyskiej-Morstinowej (ur. 21 VII 1891 w Bratkówce koło Krosna, zm. 3
VII 1966 w Krakowie) zdobi piękną książkę Bronisława Mamonia, świeżo wydaną przez
Znak: "Cieszyć się życiem. Zofia Starowieyska-Morstinowa - szkic do
portretu". My takiej młodej Pani Zofii nie znaliśmy. Ale poznaliśmy jej serce.
Kiedyś o jakiejś świeżo poślubionej parze bardzo ubogich ludzi powiedziała mi:
"Ona go naprawdę kocha. Ja się na tym znam". Była to mądrość serca, łącząca
się u Pani Zofii z ironiczną, nieubłaganą świetnością umysłu.
 |
 Zofia Starowieyska-Morstinowa i Emil Zegadłowicz |
|
W zakonu gdzieś rycerskiego ostatki
Takiej dobroci już potem nie spotkałem. Pani Zofia nie lubiła żadnych skandalistów.
Jej sztuka była uczennicą starych mistrzów, takich jak "Michelet stary"...
Tak, cytuję tu Cypriana Norwida, elegię "Do Bronisława Z.".
Michelet stary, którego młodzieńcze, czarne oczy
Przy, jak śnieg, białej grzywie włosa stoją mi jeszcze
w pamięci,
Mówił mi był, że "Sztuki przyszłość polega na tym,
By wyrazić dobroć"... piękność bowiem i świętość
Częstotliwiej zachwycał niejeden dostojny mistrz.
Prawie to samo mówił Norwidowi "Wallenroda autor w Rzymie"... Więc rzecze
Norwid Bronisławowi:
"Co piszę?" mnie pytałeś; oto list ten piszę do ciebie -
Zaś nie powiedz, iż drobną ślę ci dań - tylko poezję,
Tę, która bez złota ubogą jest, lecz złoto bez niej,
Powiadam ci, zaprawdę jest nędzą nędz.
Zniknie i przepełznie obfitość rozmaita,
Skarby i siły przewieją, ogóły całe zadrżą,
Z rzeczy świata tego zostaną tylko dwie,
Dwie tylko: poezja i dobroć... i więcej nic...
Umiejętność nawet bez dwóch onych zblednieje
w papier.
Tak niebłahą są dwójcą te siostry dwie!...
Ty myśliłbyś, że z Paryża teraz do ciebie piszę,
Tą przepłynionego Sekwaną, która co noc
Samobójstwo lub zbrodnię falami swymi
W płachty chłodne otula przy drżącym blasku gazu...
Patrz! Oto tam i owdzie mało okaźne mury.
Wnijdź! Ma się pod wieczór, mniemałbyś może,
Iż na Malcie w zakonu gdzieś rycerskiego ostatki
Zatułałeś się...
Tradycja ziemiańska
Pani Zofia w niej i nią żyła, i ją przed wszystkim innym odtwarzała. Autor urzekającej
książki, którą teraz czytam, doskonale to wyczuł i opisał, już w pierwszym
rozdziale pod tytułem "Dom". "Matka - tak jak ją pani Zofia ukazała w mówionych
i spisanych przekazach - była osobą niezmiernej dobroci, wolną całkowicie od zawiści
i intryg, rozkochaną w swoim mężu, nieustannie drżącą o jego zdrowie i zamartwiającą
się jego chwilowymi niedyspozycjami. (...) Ojciec był pierwszym, który objaśniał świat.
Mówił, jak drzewa rosną, ale także o Słowackim, Fredrze, polityce, o rzeczywistości,
która wciąż się zmieniała, przeobrażała, była w ciągłym ruchu".
Był to tak szeroki ogląd intelektualny całości życia, że nie pojawiały się
przyczyny rozdrażnienia. Środowisko ludzi, którzy nie odczuwali gniewu. "Dzieciństwo
- czytam w tym pierwszym rozdziale - upłynęło pani Zofii na wsi, w domu, w którym się
nie przelewało, ale przyjaznym każdemu, kto się w nim znalazł, w którym wszyscy się
wzajemnie wychowują, podlegając temu samemu obyczajowi i codziennej obrzędowości. Do
rodziny zalicza się tu także służbę domową".
Po poślubieniu Zygmunta Morstina w roku 1917 objęła duży majątek Święcice na ziemi
miechowskiej.
Patos takiego życia
Przyjaciel mój, świetny krytyk i pisarz, Bronek Mamoń (Czytelnicy wybaczą ten koleżeński
kolokwializm), napisał właśnie o tym życiu urzekającą książkę, do której ciągle
wracam, nie mogąc się od niej oderwać. Jest to opowieść o pewnym rodzaju życia, a
także o dobrze nam znanej osobie, której wiele zawdzięczamy. Już to określenie książki
wprowadza nas w strefę staroświecką. Dziś się takich wizerunków nie przedstawia.
Chyba że są to politycy, budzący polityczne zaciekawienie. Niegdyś zaś składano hołd
samemu zjawisku osoby ludzkiej.
Obrazując to życie, Bronek uwydatnia jego ciężar. "Codzienne bytowanie ziemianina
- pisze w rozdziale "Pani na Święcicach" - dalekie było od idylli. Wiązało
się z nieustającym wysiłkiem, z ciężką pracą od świtu do zachodu. Spadały na jego
głowę coraz to nowe kłopoty. Musiał stale inwestować w gospodarstwo, bo bez
inwestycji nie przynosiło ono dochodów. Nie mógł się całkowicie zdać na ludzi
folwarcznych, sam więc zamawiał nawozy sztuczne, wysyłał po nie furmanki; sam udawał
się na jarmark ze świniami i krowami. Jesienią i wiosną pilnował, by dobrze zaorano i
zasiano pola. Latem musiał być obecny przy żniwach, jesienią przy wykopkach ziemniaków,
buraków. W niewielu wolnych chwilach prowadził jeszcze księgowość, zamartwiając się,
że nie starczy tego, co sprzedał, na podatki, na zapłacenie procentów od zaciągniętych
pożyczek".
Lecz zarazem dom Morstinów w Święcicach był, jak opowiada Bronek, przepojony literaturą.
Latem odwiedzali go znakomici goście: Maria Pawlikowska, Józef Wittlin, Leopold Staff,
Zygmunt Nowakowski, Maciej Starzewski, Ludwik Hieronim Morstin i Maria Morstin-Górska. Dużo
ważniejszym wydarzeniem było dla Pani Zofii to, że w roku 1930 urodził się jej syn,
Andrzej, w późniejszych latach wspaniały uczestnik dysput intelektualnych, co dobrze
zapamiętałem. Ale kontakty literackie nie były do pogardzenia. W pokrewnym majątku
Ludwika Hieronima Morstina w Pławowicach odbyły się w roku 1928 i 1929 słynne zjazdy
poetów, które odegrały ważną rolę w życiu literackim międzywojennej Polski.
Uczestniczyli w nich, jak to odczytuję z zamieszczonej w książce "Cieszyć się życiem"
na str. 41 fotografii: Antoni Słonimski, Józef Wittlin, Ludwik Hieronim Morstin, Emil
Zegadłowicz, Leopold Staff, Jarosław Iwaszkiewicz, Jan Lechoń, Zofia
Starowieyska-Morstinowa, Paul Cazin, Julian Tuwim, Maria Morstin-Górska, Maria
Pawlikowska-Jasnorzewska. Czytając Bronka, widzimy to wszystko tuż przed sobą. Na przykład,
jak deklamuje wiersze Lechoń, "który - jak mówili jego przyjaciele - znał całą
wielką poezję polską".
"Nastrój lata - powiada Bronek - wschody i zachody słońca, księżyc, wiejska
cisza, kumkanie żab w stawie pałacowego parku oraz dużo wina, którym częstował
gospodarz, wprawiały wszystkich w znakomite humory. Nawiązywały się bliższe znajomości,
przyjaźnie".
Droga do literatury
Tak się nazywa następny rozdział w książce Bronka. Nasz biograf przypomina, że Pani
Zofia debiutowała w roku 1924 recenzją "Różowej magii" Marii
Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej w "Czasie". Następnie drukowała recenzje i eseje
w "Pionie", "Czasie", "Wiadomościach Literackich",
"Kurierze Porannym", poznańskiej "Kulturze", a także "Przeglądzie
Powszechnym", gdzie redakcja zostawiała jej dużą swobodę wypowiedzi. Po wielkim
kataklizmie wojny światowej, w roku 1945, miała 54 lata, i w dorobku cztery eseistyczne
książki, z których najważniejsza jest "Kabała historii", napisana już w
porze grozy. Bronek dokładnie i arcyciekawie - w osobnym rozdziale "Jak powstawała
"Kabała historii"" - obrazuje kształtowanie się tej historiozoficznej
książki o sztuce i kulturze europejskiej, książki, która w życiu pokolenia
powojennego odegrała wielką rolę.
Z końcem wojny "Kabała historii" była już ukończona. W cytowanym przez
Bronka liście do Józefa Wittlina Pani Zofia pisze o tragedii swojej rodziny, o tych, którzy
zginęli albo na Wschodzie, albo w Dachau, albo w innych miejscach, gdzie ludzie ginęli.
Zaczyna odnajdować swoje miejsce w świecie dopiero wtedy, gdy jesienią 1945 roku
podejmuje pracę w redakcji "Tygodnika Powszechnego", gdzie po wyjeździe Marii
Czapskiej do Paryża przejmuje dział literacki.
Bronka interpretacja naszego życia
Rolę tego pisma świetnie przedstawia Bronek w rozdziale "W kręgu "Tygodnika
Powszechnego"". Pierwszy numer ukazał się z datą 24 marca 1945 roku. Firmowała
pismo Kuria Metropolitalna w Krakowie. Sam zbliżyłem się do "Tygodnika" w
roku 1951 i niebawem związałem z nim moje serce i los. Najbliżej się wówczas stykałem
z Jerzym Turowiczem, Stanisławem Stommą, Antonim Gołubiewem i Jackiem Woźniakowskim i
dwiema świetnymi pisarkami, Hanną Malewską i właśnie Panią Zofią, jak ją nazywaliśmy.
Przyjeżdżając do Krakowa, najczęściej mieszkałem wówczas w gościnnym domu Pani
Zofii, gdzie się zaprzyjaźniłem z Andrzejem i poznałem opiekunkę obojga, roztropną,
znającą się też na pisarstwie, Pannę Rózię.
W przyjaźni z Andrzejem, w pełnym rewerencji chłonięciu mądrości Pani Zofii, kształtowałem
w sobie najlepsze możliwe wyobrażenie o naszym kraju, chociaż czasy były ciężkie.
Ogarniała mnie w tym domu zaciszność, czar kultury ziemiańskiej. Był to
"dawny" jeszcze "Tygodnik Powszechny", przed zamknięciem pisma w
marcu 1953 z powodu odmowy pokłonienia się Józefowi Stalinowi. W okresie kwarantanny
trzyletniej odwiedzałem nieraz Kraków i wtedy też pukałem najczęściej do drzwi
nieugiętej i spokojnej Pani Zofii. Kiedy zaś "Tygodnik" wznowił się w roku
1956, na Boże Narodzenie (pamiętam, jak w Warszawie czekałem z Jackiem Woźniakowskim w
kawiarni, a potem w mieszkaniu Anieli Urbanowiczowej, gdy Turowicz, Stomma i Gołubiew
poszli na rozmowę z Gomułką, naszym wówczas idolem, niestety, jak się niebawem okazało,
krótkotrwałym). Ale "Tygodnik" zdążył się wznowić.
W tym wznowionym piśmie poznałem nowych uczestników naszego trudnego do zdefiniowania
(a bardzo wyrazistego na tle tego, co się w Polsce działo), nieposłusznego wobec
komunizmu, środowiska intelektualnego. Weszli do niego moi rówieśnicy albo niemal rówieśnicy,
dwaj dziś już nieżyjący niestety, Jurek Kołątaj i Jacek Susuł, oraz właśnie
Bronek Mamoń, którego niezależność duchowa oraz fascynacja kulturą zachodnią i
mniej konwencjonalnymi zjawiskami kultury polskiej zachwycały mnie. Wszedł on do
"Tygodnika" i przez dziesięciolecia, o wiele dłużej tu przebywając niż ja,
odgrywał w nim i nadal odgrywa ogromną i dobroczynną rolę, niekonwencjonalną, po
prostu europejską. Mało kto jest tak kompetentny jak on, żeby pokazać nowe zjawisko w
kulturze polskiej, dać odczuć jego smak.
Co się tyczy gustów samej Pani Zofii, Bronek, jak wiem, nie wszystkie je podzielał.
Zresztą nie podzielali ich też inni członkowie zespołu. Bronek wspomina, że Pani
Zofia nie przepadała za Gombrowiczem i Witkacym. A dobrze pamiętam, że w samych początkach
rozpadania się ścisłej wersji totalitaryzmu w naszym kraju, w roku 1956 pojechałem na
dwa dni do Krakowa, gdzie "Tygodnik" jeszcze był uśpiony. Kantor wystawiał
tam wówczas "Mątwę" Witkacego. Oba wieczory spędziłem w jego teatrze i na
obu spotkałem, chociaż się nie umawialiśmy, Jerzego Turowicza.
Bronka rozróżnienie rodzajów krytyki
Autor pięknego "Cieszyć się życiem" także dziś w swojej opowieści
oddziela się od tej strony gustów Pani Zofii. Zresztą dobrze wiemy, jak ceni on
Gombrowicza i Witkacego. Ona ich nie ceniła. Ale w głębszym nurcie pisarstwa należała
do samego sedna idei "Tygodnikowych". Bronek świetnie to pokazuje. Wspomina, że
w roku 1973 Wydawnictwo Znak opublikowało niemal 500-stronicowy tom esejów literackich
Pani Zofii pod ogólnym tytułem "Szukam człowieka". Bronek świetnie rozróżnia
rodzaje pisarstwa krytycznego. Najdroższe Pani Zofii, pisze nasz autor w rozdziale
"Rozumieć, kochać i pośredniczyć", było nie ferowanie wyroków, lecz samo
pośredniczenie między autorem i czytelnikiem. Torować drogę, wydobywać z napotykanych
tekstów jak najwięcej ludzkiej treści, to był główny cel tej pisarki. To jest też
czarem urzekającej "Kabały historii", książki o historii i o arcydziełach
sztuki i literatury.
Tę samą metodę krytyczną stosowała wobec utworów skromniejszych, nawet drugorzędnych.
Wszędzie bowiem można się dosłuchać ludzkiego wołania. Była to krytyka w najwyższym
stopniu wybredna, a przy tym zawsze otwarta. Nieraz, jak pokazuje Bronek, górowała nad
tym, o czym pisała. Cudze książki często szlachetniały i rosły w jej rękach. Wcielała
je w swój świat wewnętrzny, w swoje własne życie. Autor "Cieszyć się życiem"
słusznie uważa, że tworzy się wtedy nowy rodzaj pisarstwa, odmienny i wyższy od zwykłej,
choćby nawet wytrawnej, krytyki.
Czytanie było częścią życia Pani Zofii, podobnie jak inne rozmowy z ludźmi. Bronek
uwydatnia też rzecz bardzo ważną: podczas gdy dokoła zmieniały się poglądy i oceny
krytyczne według "etapów" w kulturze "etapów" politycznych, Pani
Zofia była duchowo niepodległa. W młodości potrafiła bronić "Przedwiośnia"
Żeromskiego. Lekceważyła sobie takie nagany, jak na przykład przedwojenną ironię
Zofii Jachimeckiej, którą raziło to, że, jak mówiła, służące wycinały sobie z
pism i zbierały recenzje Pani Zofii. "Prawda - pisała w "Tygodniku
Powszechnym" w roku 1962 - to słowo ustawicznie i na wszelkie tony wydobywa się z
czytanych książek. (...) Nieraz się zdarza, że na najzupełniej wydeptanej ścieżce
wybucha nagle taki granat poznania. Po prostu eksploduje w nas z siłą nieodpartej
oczywistości".
,,Piękno w sztuce - pisze Bronek w tym samym rozdziale "Rozumieć, kochać i pośredniczyć"
- dla autorki "Szukam człowieka" jest zawsze wiedzą tajemną, czymś, czego się
nie da ująć dyskursywnie, zanalizować, opisać". Bronek szuka krytyka, który nie
jest "martwym automatem"; który raczej woli się spierać z samym sobą. To
znajduje w Pani Zofii i w jej kryteriach. Głęboko zawodzą nas książki, gdzie dziwność
jest celebrowana, a więc sztywna. Dla naszej Mistrzyni, powiada Bronek, kryterium
omawiania książek stanowiło tylko jedno pytanie: czy pisarz ma coś do powiedzenia i
jakiej wagi jest to, co mówi. W swoim "Notatniku recenzenta" na łamach
"Tygodnika Powszechnego" nie ukrywała, pisze Bronek, że "Witkacy i
Gombrowicz ją nudzą"... Takie były jej gusty, "...że zasypia nad ich
utworami, bo za dużo w tym pisarstwie jest chwytów literackich, że nad treścią ciąży
technika zapisu, który jej przeszkadza w odbiorze i uniemożliwia bezpośredni i żywy
kontakt".
Jak już wspomniałem, nie wszyscy podzielali te gusty w pełni, ale miała w środowisku
"Tygodnika Powszechnego" wielką solidarność dwóch znakomitych pisarek, Hanny
Malewskiej i Józefy Golmont Hennelowej. Pierwsza z nich już niestety nie żyje, druga zaś
ku naszej radości ciągle karmi nas swoją mądrością, nieraz gorzką, lecz zawsze
krzepiącą, na łamach "Tygodnika".
Lata powojenne
Były one dla nas wszystkich bardzo ciężkie, a dla autorki "Kabały historii"
ożałobione też boleśnie tym, że w roku 1954 ciężko chorował i umarł jej mąż,
Zygmunt Morstin. Życie odarło ją z tego, co najcenniejsze. "Małżeństwo bowiem -
cytuje Bronek jej słowa ze zbioru "Fakty i słowa" - to także przyjaźń,
wzajemne zrozumienie się, wspólna praca i wspólne cele, to wspólne przekonania i wspólna
odpowiedzialność. To dzielone w przenośni smutki i radości, obawy i zwycięstwa. To
wspólnie układana przyszłość. Wzajemna pomoc, wzajemna wierność i wzajemne
zaufanie".
Rok zaś 1957 i lata najbliższe budzą nadzieje na zmianę bytu w naszym kraju. Otwierają
się granice z Zachodem. Nie ma jednak w naszej pisarce żadnego zawrotu głowy. Ona
zawsze żyła w Europie, więcej: w dziedzictwie ludzkości. Autor "Cieszyć się życiem"
znowu doskonale to przedstawia. "Ostatnią książką pani Zofii - pisze w rozdziale
"Zwierzenie i przesłanie" - ogłoszoną drukiem za jej życia, były rozważania
o starości "Patrzę i wspominam". Książka przynosiła osobiste zwierzenia i
przesłania. Była opowieścią dramatyczną, wolną od elementów tragizmu, była powieścią
o samotności, chorobie, smutkach, ale także o pociechach tego wieku, w którym ma się
już więcej czasu na rozmowy z przyjaciółmi...". Nasz autor trafnie stwierdza,
pisząc o umysłowości Pani Zofii w zakończeniu rozdziału "Zwierzenie i przesłanie",
że mądrość owej książki jest inna niż mądrość książek ówcześnie się ukazujących:
"Nie jest to mądrość człowieka miasta, budowniczego cywilizacji technicznej,
hodowanego w hurtowych składach. Taką mądrość spotyka się jeszcze czasem u ludzi
wiejskich, żyjących blisko natury. Miłość do przyrody czyni czymś normalnym ich rozwój
wewnętrzny, uczy ich samoistności duchowej. Tę samoistność posiadała pani Zofia w
stopniu najwyższym - zdobyła ją w długim i zażyłym obcowaniu nie tylko z książkami,
ale i drzewami, kwiatami, ptakami. I w tym znaczeniu można powiedzieć, że miała
mentalność wiejską".
Wracam do dotkniętego już w tym artykule związku duchowości Pani Zofii z tradycją
kultury ziemiańskiej. Znakomita, przebogata książka Bronisława Mamonia daje wiele
materii do rozmyślania o tej sprawie. Najpierw jawi się we mnie myśl, że główną
cechą kultury ziemiańskiej jest spokój. Wynikający może w dużej mierze z braku
poczucia niższości i z błogosławionego braku dążenia do agresji. U ziemian może
zupełnie inaczej płynie czas. Już poczyniłem w tej sprawie pewne obserwacje, ale
jeszcze nie umiem tego określić. Dopiero przyszłe lata zbadają, jak wielką rolę w
naszym wyzwoleniu (zdumiewającym) od komunizmu odegrał "Tygodnik Powszechny".
I do jakiego stopnia "Tygodnik" wywodzi się z polskiej kultury ziemiańskiej.
Myślę, że wywodzi się z niej w ogromnej mierze, oczywiście z dodatkiem wielu elementów
takiej na przykład inteligencji polskiej, z jakiej w Warszawie wyrósł
"Skamander".
Ostatnie lata
Tak się w książce nazywa przedostatni jej rozdział. Serce dygocze - w radości, ale też
w bólu, gdy Bronek opisuje emocje Października 1956. Społeczeństwo, przynajmniej w
początkowym okresie, wydaje się wyzwolone. Pani Zofia cała pogrąża się w pracy nad
wznowionym na Boże Narodzenie 1956 "Tygodnikiem Powszechnym". Jest zarazem
otwarta na wszystkie sprawy ludzi. W całej naszej biedzie stara się (za pośrednictwem
Wittlinów) o wysłanie chorej Haliny Poświatowskiej do Ameryki na leczenie. Wyjeżdża
też wreszcie sama na miesiąc do ulubionej Francji.
Zdrowie jej coraz słabsze. Ale ma w Krakowie troskliwych lekarzy, wśród nich
znakomitego doktora Juliana Aleksandrowicza, przyjaciela, kawalera Virtuti Militari, który
ocalał z grozy holokaustu ukrywając się z rodziną na wsi. Teraz leczy on serce Pani
Zofii w Żegiestowie. A ona od schyłku 1957 roku pracuje nad "Domem", pisząc
też wiele felietonów. Synowi Andrzejowi udaje się wyjechać (w tamtych czasach,
uwierzcie, to było wydarzenie) śladami matki do Francji, Szwajcarii, Austrii. Halina Poświatowska
- dzięki niej i Wittlinom - dotarła do USA na operację serca, udaną. W rodzinie jednak
Pani Zofia ma wielki smutek: umiera jej brat Ludwik. Potem umiera jej powiernik
artystyczny, Wilam Horzyca. Lecz na szczęście zapełnia się scena redakcji. Dołączają
młodsi: Tadeusz Żychiewicz, Krzysztof Kozłowski. Z Warszawy Marek Skwarnicki. Jest
Stefan Wilkanowicz, a ze swojej pustelni patronuje sztuce Jerzy Zawieyski. Bezcennym
przewodnikiem duchowym jest ksiądz Andrzej Bardecki. Odwiedza Kraków Zbigniew Herbert, a
na miejscu, pod Wawelem, jest Tadeusz Chrzanowski.
"Po srogiej zimie - pisze pięknie Bronek - maj 1963 roku zrobił się bardzo piękny.
Nastąpiła prawdziwa eksplozja wiosny: zieleni, kwiatów. Pokój pani Zofii pełny jest
świergotu, bo ptaki zagnieździły się w drzewach rosnących przed oknami
mieszkania". Nie w samym smutku więc pisała swoją książkę o starości,
"Patrzę i wspominam". Aż spotykamy w opowieści "Cieszyć się życiem"
epizod, który dziś budzi w nas dreszcz wzruszenia.
Czytamy: "24 marca 1965 roku, dokładnie w 20 rocznicę powstania "Tygodnika
Powszechnego", redakcja i administracja w komplecie zostaje zaproszona do pałacu
przy ul. Franciszkańskiej. Ksiądz metropolita Karol Wojtyła odprawił Mszę św. w
intencji pisma. Pani Zofia wzmocniona kroplami i kawą wyrusza na tę uroczystość, choć
piętro w Pałacu Biskupim dosyć wysokie (nie było wtedy jeszcze windy). Po Mszy św.
arcybiskup Karol Wojtyła zaprosił całą redakcję na kolację do jadalni. Było
serdecznie, uroczyście, jubileuszowo. Tadeusz Żychiewicz trochę się wygłupiał. Ksiądz
metropolita bardzo lubił Tadeusza, jego otwartość, swoiste poczucie humoru. Cenił także
jego umiejętności pisarskie. Bawił się więc jego dowcipami. Wszyscy byli na luzie.
Wszyscy też z redakcji cenili spotkania z metropolitą. Były regularne i zawsze przy
jadalnym stole".
Książki o swoim przodku po kądzieli, generale- -poecie Franciszku Morawskim, Pani Zofia
już nie zdołała ukończyć. Fragmenty są w "Twórczości" oraz w
"Tygodniku Powszechnym". Umarła 3 lipca 1966 roku. Wypełniającego ostatni
rozdział książki Bronisława Mamonia opisu pogrzebu Pani Zofii na Cmentarzu Rakowickim
w Krakowie (6 lipca) nie sposób czytać ani cytować spokojnie. Nasz znakomity kolega,
prawdziwy pisarz polski, dołożył tu jeszcze jeden medalion do cyklu opisów pożegnań,
znanych zwłaszcza z naszej literatury XIX-wiecznej. "Stałem blisko Jerzego
Zawieyskiego, kiedy przemawiał nad trumną - wspomina autor "Cieszyć się życiem".
- W pewnej chwili głos Jerzego się załamał. Popatrzyłem na jego twarz. Z oczu po
policzkach spływały dwie duże łzy".
|