|
Londyn: wielcy mistrzowie i "sztuka krytyczna"
Pochwała malarstwa
Barbara Majewska
Z Kartą Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Sztuki (AICA) wchodzę do Prado,
Luwru, wiedeńskiego Kunsthistorisches Museum. Nie została uznana, gdy wchodziłam do
galerii Saatchi w Londynie. Słusznie, po co im krytycy sztuki? Tu przychodzą żądni
sensacji i zgrywy.
 |
 Tycjan, "Bakchus i Ariadna", 1522-23, Galeria Narodowa w Londynie |
|
Według ostatniej książki Yves Michaud - uczestnika zażartych dyskusji o sztuce współczesnej,
jakie toczyły się we Francji pod koniec lat 90. - istnieje sztuka, której nie określa
zespół cech (np. estetycznych), lecz recepcja. To, co nas porusza, jest dziełem
"agent social" lub "acteur social", a nie twórcy.
Muzeum Saatchi mieści się od niedawna w dostojnym County Hall nad Tamizą, w pobliżu
Parlamentu. Gromadzi nową sztukę brytyjską z kolekcji przedsiębiorcy Charlesa
Saatchiego, który od 1985 r. zbiera ją i lansuje. Zjawisko "young British
artists" (yBa) opisał Andrzej Szczerski w "Tygodniku Powszechnym". Jeden z
przedstawicieli tego nurtu, Chris Ofili reprezentuje swój kraj na Biennale w Wenecji. Duże,
dekoracyjne plansze z dominacją czerwieni i zieleni mają fakturę wzbogaconą różnymi
materiałami, np. suszonymi odchodami słonia (to właśnie - za sprawą słynnej wystawy
"Sensation" z 1997 r. powtórzonej dwa lata później w Nowym Jorku - dało artyście
rozgłos).
Nie będę zajmować się ani owcami i świniami w formalinie, ani głową krowy zżeraną
przez robaki, z których lęgną się muchy, kłębiące się w szklanej klatce i pokrywające
jej podłogę brudem. Zamiast tego Tracey Emin. Jej najsławniejszym dziełem jest
"Moje łóżko" z 1998 r. - rozesłane, zmierzwione, pokryte masą śmieci,
jakby wysypanych z damskiej torebki. W tej kategorii mocniejsza jest szklana klatka wypełniona
wodą, w której znajduje się mały gabinet ginekologiczny (podobno odniesienie do
aborcji autorki). Praca zawiera w sobie nutę prostego optymizmu. W tym chorym otoczeniu pływają
bowiem ryby, świecąc srebrną łuską. Zwiedzający wpada w egzystencjalną zadumę: skąd
one takie zdrowe i wesołe?
Ta wizyta poddała mi myśl, by w Polsce zrobić oddzielne muzeum (znaleźć takiego
Saatchiego...) i umieścić razem: palmę Rajkowskiej z Ronda de Gaulle'a, Julitę Wójcik
obierającą kartofle, pogrzeb Zuzanny Janin zorganizowany przez nią samą, Katarzynę
Kozyrę rozbierającą staruszków albo dorabiającą młodzieńcom "waginki" w
miejscu członków, Nieznalską wieszającą fotografię członka na krzyżu (równoramiennym,
greckim...), a obok sądzący ją trybunał i oskarżających radnych. Aby nie było zbyt
feministycznie, pokażmy wyciągarkę do penisa Zbigniewa Libery i jego obóz
koncentracyjny z klocków Lego oraz wideo Żmijewskiego - cierpienia chorej kobiety i
gimnastykę ludzi pozbawionych nóg lub rąk. New Polish art.
Równowaga i niesamowitość
Niektórzy sądzą, że sztuka przeszłości jest przeszłością. Cóż, współczuję
im. Do Londynu przyjechałam na wystawę Tycjana zorganizowaną przez National Gallery
oraz Prado. Obrazy niezwykle obecne, niesamowicie żywotne. Przepełnione znaczeniami.
Sens Tycjana nie wymaga rozbudowanych opisów, z którymi biedzą się komentatorzy
dzisiejszej "sztuki krytycznej". Nie istnieje ona bez opisu. Tymczasem sens
Tycjana nie wymaga nawet szczególnej znajomości mitów greckich, Ewangelii, pocztu
Habsburgów czy Farnezych. Obywamy się bez słów, wystarczy patrzeć. Przypominamy
sobie, czym jest malarstwo.
Wystawa miała układ chronologiczny. Na początku przekonująco pokazano zakorzenienie
malarza w szkole weneckiej. Giorgione, który zmarł już w 1510 r., ożywa później w
aurze pejzaży, w tle pięknej sceny z Chrystusem "Noli me tangere". Ale przede
wszystkim Bellini. Proste, zdecydowane cięcie form, "rzeźbiarski" rysunek głów,
duże płaszczyzny koloru kobiecych zawojów.
Tycjan jest w tych "realiach" tak naturalnie osadzony, że może mówić
swobodnie. W latach 1556-8 powstał "Chrystus na krzyżu z Marią, św. Janem i św.
Dominikiem" przechowywany w pinakotece miejskiej w Anconie. Oczywistość i prostota,
format wysokiego prostokąta, precyzja i równowaga. Obraz nie jest ani tak modelowany jak
wcześniejsze, ani tak rozmalowany jak późniejsze. W głębokości zieleni i ciemnych błękitów
ujawnia siłę ważnego komunikatu wypowiedzianego naturalnym tonem. Siła i spokój
wynikają chyba z akceptacji tematu. Nie ma tu natarczywych pytań, nie ma nadmiernej
ekspresji, dramatu. Wypowiedź jest twierdząca.
W tej naturalności i równowadze, jakże różnej od obecnej w manieryzmie dążności do
zadziwiania, Tycjan osiągał czasem coś, co można by nazwać niesamowitością. Jakieś
przekroczenie reguł gry i własnego obyczaju. "Bakchus i Ariadna" - jeden z
trzech mitologicznych obrazów namalowanych na zamówienie księcia Ferrary w latach
1518-1525. Widzimy Bakchusa pod drzewami na tle nieba, w masie błękitu. Ukazany jest w
tańcu, gdy lekko zstępuje z rydwanu, uskrzydlony rozwianą połą płaszcza.
Niesamowite są niektóre z wielu Tycjanowskich portretów, na przykład wizerunki papieży,
choćby Pawła III z Neapolu (1543). Statyka i powaga tej siedzącej frontalnie postaci
jest wzmożona (zakłócona?) dziwną poświatą, jakby dodatkowym obrysem portretowanego.
Przypominają się wariacje na temat papieskich portretów Velázqueza, które w XX wieku
podejmował Francis Bacon.
Ale te niezwykłości Tycjana, widoczne zwłaszcza w późnym okresie jego twórczości
(np. "Złożenie do grobu" z Prado czy "Męczeństwo Marsjasza"
przechowywane w Czechach), wtopione są w jego wieloletnią służbę wizerunkom ludzi z różnych
epok, w afirmującą obfitość przedstawianego. Żeby przekraczać zasady, trzeba je
wpierw posiadać.
Dzięki tej pierwszej monograficznej wystawie Tycjana w Wielkiej Brytanii wstąpiłam na
chwilę do wszechświata londyńskich muzeów. Różnorodność, bogactwo, brak ducha
centralizmu, tak widocznego w muzeach pobliskiego Paryża. Mimo nieuniknionych akcji porządkowania
zbiorów, które podejmują wszyscy muzealnicy, w Londynie nie zatarła się historia ich
gromadzenia. Ta historia pomaga w odbiorze dzieł, choć zapewne go modyfikuje.
W telewizyjnym reportażu z Biennale weneckiego słyszę kpinę komentatora-krytyka z
narodowych pawilonów. Przecież sztuka współczesna z założenia jest (ma być) międzynarodowa.
Nie ma nic równie międzynarodowego, jak zbiory sztuki starożytnej Grecji w British
Museum. Od blisko dwóch wieków rzeźby z Partenonu tu właśnie oddziałują na kolejne
pokolenia widzów.
Idziemy ku nim pod przejrzystym namiotem, którym Norman Foster przykrył całą przestrzeń
muzealnych dziedzińców. Po drodze mijamy monumentalne reliefy asyryjskie, jakby dalszy
ciąg tych z Luwru. Są tu zawsze, teraz po wojnie w Iraku bardziej obecne, cząstka
naszej cywilizacji. Po lewej - salka, w której komputerowo oglądamy wszystkie płaskorzeźby
Partenonu w całości wirtualnej budowli. To bardzo dydaktyczne i użyteczne, ale taki chłód
od tego bije, że trzeba biec szybko do wyszczerbionych przez czas, niekompletnych lecz
prawdziwych ludzi, bogów, koni z marmuru. W odróżnieniu od sztuki współczesnej, międzynarodowej
z założenia, sztuka dawna ma podlegać narodowym rewindykacjom. Miejmy nadzieję, że
działanie parlamentu europejskiego okaże się w tym względzie bezskuteczne.
Idea repertuarowa
Wróciłam jeszcze do National, by dokładniej spenetrować tę zwiedzaną już kiedyś
galerię. Zachodnioeuropejskie malarstwo od 1250 do 1900 roku. Około 2300 obrazów,
wszystkie na jednym poziomie, bez pięter, kondygnacji, wind i ruchomych schodów. Można
je objąć jednym uściskiem.
Arcydzieła, czasem niespodziewanie ujawnione (Seurat, "Kąpiący się w
Asnieres") i wizerunki świata słabsze, idące ku lokalności (taki wydał się
Turner). "Egzekucja Maksymiliana" Maneta: pocięta i złożona, niekompletny,
ale jakże piękny kawałek malarstwa. Dalej olśniewający szlagier "Słoneczników"
Van Gogha, naprawdę jaśniejących. Stałość i pewność - nie siebie, lecz świata w
"Kąpiących się" Cézanne'a.
Jakby ktoś specjalnie to wszystko zainscenizował według wyrafinowanej idei
repertuarowej. Jedność sztuki, możliwość mieszania gatunków, dzieła restytuowane,
mało znane, dzieła z "drugiej linii". I wreszcie fakt, że przedmioty
historyczne pozostają w napięciu z kulturą współczesną.
W zachodnim skrzydle, tam gdzie zwykle przebywają "Bakchus i Ariadna" Tycjana
oraz portret papieża Juliusza II Rafaela, wspaniale prezentowały się dumne i twarde
Holbeiny ("Ambasadorowie"). W północnym - Rembrandt, Vermeer, Caravaggio, Velázquez.
Prosto sprzed tego ostatniego ("Biczowanie Jezusa", "Maria i Marta",
"Św. Jan Chrzciciel", bo "Toaleta Wenus" jest jednak zbyt słodka),
zwiedzający "wypada" do sali wystaw czasowych, gdzie pomieszczono prace Rona
Muecka.
Za niezwykłą zręczność i umiejętność operowania skalą Galeria Narodowa mianowała
w 1999 r. Muecka swym piątym Artystą Stowarzyszonym. Zadaniem zrzeszonych twórców jest
działanie w relacji do dzieł pomieszczonych w kolekcji. Ron Mueck uznał, że Dzieciątko
Jezus jest przedstawiane w sposób bardzo nierealistyczny. Z właściwą sobie dokładnością
wyprodukował więc figurę leżącej nagiej kobiety z noworodkiem skulonym na niej w
chwilkę po urodzeniu, z nieodciętą jeszcze pępowiną. Matka jest pomniejszona w skali,
dalej stoi ogromna, dwukrotnie chyba powiększona figura kobiety na chwilę przed porodem.
Dziwny ten przeskok od Velázqueza do Rona Muecka. To tak, jakby cyrkowiec przebiegł w
podskokach obok wielkiego mistrza. Ale nie wyciągajmy stąd wniosków dotyczacych całej
epoki. Idźmy dalej. Następna wystawa czasowa w tym samym miejscu to "Pissarro w
Londynie".
Na dobudowaniu skrzydła Sainsbury najbardziej skorzystało malarstwo włoskie i
flamandzkie (1250-1500 r.). Piero della Francesca jest ukryty w niewielkiej salce. Widzimy
z bliska jasny "Chrzest Chrystusa", "Narodzenie" ze śpiewającymi
aniołami i pięknego archanioła Michała, stojącego z uciętą głową smoka w ręce.
Niedaleko - "Bitwa" Uccella, ta z różową podłogą i lampionami pomarańczy w
ciemnej zieleni. Zostaje w pamięci szeroko rozłożona, rozbudowana scena "Męczeństwa
św. Sebastiana" Pollaiuolo i niezwykle dekoracyjny, bogato ustrojony i uskrzydlony
archanioł Michał na koniu, zabijający smoka w obecności klęczącego donatora, pędzla
małego mistrza, Bartolomeo Bernejo.
Wiek XX
A gdzie w Londynie obejrzeć można Francisa Bacona, Luciena Freuda, Davida Hockneya,
czyli tych Brytyjczyków, którzy po uczcie malarskiej w National Gallery mogą nas nasycić
malarstwem XX wieku? Przemówić współcześnie, językiem tej samej wspaniałej
dyscypliny? Niestety, są niemal nieobecni w zbiorach publicznych, trzeba czekać na
wystawy czasowe.
Ogromne przestrzenie obu galerii Tate zawierają różnorodne dzieła powstałe od 1500 r.
do dziś, głównie brytyjskie, ale i (w Tate Modern) tzw. międzynarodowe. Wybrano układ
tematyczny, połączony z monografiami niektórych artystów. Sprawia to wrażenie chaosu,
spod którego wygląda - dość konwencjonalne - widzenie kierunków sztuki XX wieku.
Geometria natury, Joseph Beuys, Cy Twombly, światy wewnętrzne, natura w działaniu,
Anselm Kiefer, obiekty autonomiczne - wymieniam tematy kilku kolejnych sal w Tate Modern.
A mające porządkować wszystko działy to pejzaż, materia, environment, martwa natura,
przedmiot, realne życie (centralna sala tego działu nazywa się "Po
Duchampie").
Dwa piętra wyżej (nad wystawami czasowymi) mamy "Historię, pamięć, społeczeństwo"
oraz "Nagość, działanie, ciało", gdzie pomieszczono Giacomettiego i Wolsa,
ale gdzie królują instalacje wideo - Bill Viola, a pośrodku Bruce Nauman na tle
szklanej ściany, za którą widać Londyn po drugiej stronie rzeki: surowy, postprzemysłowy,
bez cienia kokieterii. Bill Viola to poeta. Dzieło klasyka gatunku, Bruce Naumana, to
cztery scenki: para przy stole, posiłek. Wstają, a kobieta potężnym ciosem kolana w
rozporek obala na ziemię współbiesiadnika.
Patrząc na wideo Naumana w Tate Modern, przypomniałam sobie inne. Kobieta w lekkiej
sukience idzie chodnikiem i wali grubą pałą w tafle sklepowych witryn. Autorką tego
wideo jest Pipilotti Rist. Wspomnienie odżyło, gdy antyglobaliści rozbijali witryny w
Genui.
Na piętrze wystaw czasowych napotkałam na wielką prezentację obrazów Maxa Beckmanna,
którą zimą oglądałam w Centre Pompidou w Paryżu. Ta sama wystawa, ale nie taka sama.
Obrazy jakby lepsze, lepiej widoczne. Kolor żyje, czarne grafizmy konturów trzymają
ekspresję, ale nie zabijają relacji barw. Co się stało w ciągu paru miesięcy? Czy to
zmienność percepcji, żywej jak żywy jest człowiek? Lepiej rozdysponowane obrazy?
Na wystawie paryskiej sale obrazów Beckmanna były przedzielone salami projekcji wideo
wielkości ścian. Z autentycznych ujęć filmowych I wojny światowej dwóch niemieckich
twórców wideo złożyło niezwykłe sceny, mówiące o osobistym doświadczeniu, z którego
wyłonił się świat malarstwa Beckmanna. Pola poprzecinane okopami, żołnierze wychodzący
z nich szeregami, każdy widoczny, powiększony. Parę kroków do przodu z karabinem
gotowym do strzału. Padają szeregami, każdy dobrze widoczny, powiększony.
Ta projekcja, "instalacja wideo", porażała prawdą i grozą. Nie było łatwo
powrócić do obrazów w sali obok. Niosły inną prawdę. Porażający dokument
czarno-białego filmu podważał w jakiś sposób język malarstwa. Powodował, że obrazy
brzydły, przestawały mówić. Zrozumiałam to dopiero w Tate Modern, gdy po paru miesiącach
znów oglądałam wystawę Beckmanna - bez filmowych obrazów I wojny światowej. Oddano głos
malarstwu.
Beckmann był niewatpliwie artystą "drugiej linii", by użyć określenia Michała
Bristigera. Wziął szeroki zamach, chciał wszystko ogarnąć swoim malarstwem - od
katastrofy Titanica poprzez katastrofę wojny, lata tułaczki i grozę faszyzmu, aż po
ludzki los ubrany w legendę, mity egzystencji. Jego teatr jest wielopostaciowy, bliski
stylistyce Nowej Rzeczowości i ówczesnego ekspresjonizmu.
Ale Beckmann pozostaje poniżej dwóch wielkich, z którymi chciał rywalizować. Picasso
i Matisse pozostają dla niego nieosiągalni. Ich wielkość można było bezpośrednio
zmierzyć oczami ubiegłej jesieni, w Grand Palais (przedtem w Tate Modern, później w
nowojorskim Moma). Tych wystaw nie mogłaby zakłócić żadna projekcja. Tymczasem językowi
obrazów Beckmanna trzeba przysłuchiwać się samodzielnie.
Awangardy XX wieku chciały uporczywie przekraczać granice, mieszać sztukę z życiem,
scenę zamieniać z widownią. Bez względu na to, czy "posunęły sztukę do
przodu", nadszedł czas rozdzielania, a nie mieszania. Przynajmniej dla nas - widzów.
Dla mnie. Czas zamykania formy, a nie otwierania jej w nieskończoność.
|