|
Czy nicejski system głosowania zapewni Polsce silną pozycję w Unii?
Dołączmy do odważnych
Marek Orzechowski z Brukseli
Za kilka miesięcy Polska będzie członkiem UE. Te kilka słów czyta się zaledwie dwie
sekundy. Musiały jednak minąć lata, by można je było napisać. W tym czasie Polska i
Unia wiele się od siebie nauczyły, ale coś znacznie ważniejszego dopiero przed nami:
wzajemne dopasowywanie, a z naszej strony - przystosowywanie do życia we Wspólnocie. Już
czas, abyśmy zaczęli opracowywać strategię naszego w Unii członkostwa.
Podpisanie Traktatu Akcesyjnego w Atenach zakończyło etap polityczny dochodzenia Polski
do Unii. Do 16 czerwca 2003 r. wszystko, co wydarzyło się na linii Warszawa-Bruksela,
podyktowane było polityką: otwarcie się wspólnoty na nowe państwa, nasza gotowość
do akcesji, proces negocjacyjny, poszukiwanie kompromisów. Urzędnicy mogli napinać mięśnie,
pokazywać zęby, spóźniać się, nie przysyłać faksów na czas, dostarczać
niekompletne dane. I tak najważniejszą instancją była wizja polityków - rozszerzenie
Unii. Politycy nie chcieli, by spory psuły im historyczną perspektywę, więc wszystko
podporządkowano ich woli. Cel osiągnęli. Unia Europejska będzie prawdziwą unią
europejskich państw - od zachodu do wschodu.
Polacypod europejskim adresem
W negocjacje zaangażowanych było - po obu stronach, przez wszystkie lata - może 2 tys.
osób. Do rozmów przy stołach zasiadało 200-300. W szpicy negocjacyjnej znalazło się
osób kilkadziesiąt. Ostateczne rozstrzygnięcia w Kopenhadze zapadły w gronie
kilkuosobowym. Politycy przestawiali rzędy liczb, dopisywali miliony w tę lub tamtą
stronę. Pragnęli sukcesu rozszerzenia. To dlatego kanclerz Niemiec, Gerhard Schröder,
przyznał w ciągu jednego dnia premierowi Leszkowi Millerowi miliard euro. Niemcy Polakom
nic nie byli dłużni, ale miliard euro pasował do europejskiej wizji Niemiec, w którą
Berlin mocno się zaangażował.
Grunt pod "sukces rozszerzenia" przygotowali jednak urzędnicy: policzyli krowy,
owce i świnie; przejmowali się zbiorami pszenicy i buraków; ważyli cukier; oszacowali
wytop stali i małorolne gospodarstwa chłopskie. Opisali stan zastany, możliwy i zakreślili
oczekiwane skutki rozszerzenia. Ich praca na tym się nie skończyła.
Teraz zaczyna się liczyć coś innego: jak sprawna będzie Polska w Unii? Z jaką
strategią zawitamy pod europejski adres? W czasie, gdy byliśmy z Europą po
zapowiedziach, nawet jeżeli trwały one siedem lat, strategia nie była konieczna.
Dzisiaj jesteśmy już po zaręczynach, stoimy przed ołtarzem. Dobrze zrobimy ujawniając
Unii, jakim będziemy dla niej partnerem. Pytają o to unijni politycy. Skoro im brakuje
wizji naszej obecności w UE, dlaczego nie brakuje jej nam?
W Brukseli można czasami odnieść wrażenie, że Polsce zależało jedynie na członkostwie
w Unii, bez zaprzątania sobie głowy jego charakterem. Czy znaczy to, że skoro
negocjacje zakończono i wygrano referendum, resztą nikt się nie zajmie? A przecież
brak wizji polskiego bycia w Unii skaże nas na członkostwo marne, najeżone problemami,
zarzutami o brak lojalności i rzetelności. Skąd Wspólnota Europejska ma wiedzieć, jaką
Unię może z Polakami budować, skoro nie potrafimy powiedzieć, co w Unii chcemy robić?
Polska jest dużym krajem tylko na mapie. Gdzie nam pod względem realnego potencjału,
np. do małej Holandii? Nasze braki nie muszą być wieczne, ale wpierw musimy wypracować
rozsądną strategię. W tym momencie Europa nie wie, czy Polska traktuje siebie,
strategicznie i taktycznie, jako kraj mały, średni czy duży? Czy naszym sojusznikiem są
duże państwa europejskie, nadające ton Unii, czy też wolimy liczniejsze towarzystwo państw
małych i cichych? Nie wie też, jak wysoką cenę możemy zapłacić za modernizację
gospodarki i społeczeństwa. Czy opowiadamy się za pogłębieniem integracji
europejskiej, czy też bardziej nam odpowiada wspólnota unijna "w stylu
brytyjskim" - bez znaczących zobowiązań, jako strefa wolnego handlu? Europa nie
wie w końcu, czy chcemy budować "europejską tożsamość obronną" i jaki
chcemy mieć udział we wspólnej polityce zagranicznej.
Nawet gdyby sprowadzono problem jedynie do pieniędzy, które zdominowały polską dyskusję
o Unii, sprawa członkostwa wywołuje pytania. Bruksela przydziela przecież fundusze na
rolnictwo, rozwój wsi, budowę dróg i oczyszczalni ścieków. Wszędzie, dokąd docierają
jej środki, muszą jednak działać te same mechanizmy rozdziału i kontroli. Nie ma
"jakoś to będzie", "jakoś sobie poradzimy", "mamy jeszcze
czas". Musi być tak, jak chce Unia, jak jest we Francji, Niemczech, Holandii.
Inaczej nie będzie pieniędzy.
Komisja Europejska zwraca Polsce uwagę na niedociągnięcia i nie jest to z jej strony
pustosłowie. Wykorzystanie pieniędzy z funduszu ISPA jest przecież niewielkie, SAPARDU
- jeszcze niższe. A to one miały "wdrożyć" naszych rolników i urzędników
różnego szczebla do unijnego rytmu wykorzystywania unijnych funduszy. Co prawda, np. Włosi
też nie wykorzystują wszystkich środków, jakie mogliby uzyskać, ale ich zdrowiu to
nie szkodzi. Z nami jest inaczej: nie tylko mamy budować drogi, ale i wiedzę.
Polska - wieczny outsider?
W Brukseli nawet Günter Verheugen, komisarz Unii do spraw rozszerzenia, nie wie, jak
Polacy rozumieją UE. Czy Unia jest dla nas luźnym związkiem państw, które spotykają
się tylko przy unijnej kasie? Organizmem łączącym różne narodowe interesy i definiującym
je na poziomie wspólnotowym? A może wizją, wybiegającą daleko w przyszłość? Z
nadchodzących z Polski rozbieżnych opinii nie da się wywnioskować, jak głębokie
zaangażowanie w integrację europejską nas by satysfakcjonowało. Jeśli to wiemy, nie
chowajmy tego wstydliwie w zanadrzu. Zdecydujmy się wreszcie na coś!
Dynamika rozwoju Wspólnoty Europejskiej jest dziełem odważnych. Możemy oczywiście
odrzucić unijną awangardę, narażając się na pozycję widza. Obstrukcją sprowokujemy
jednak podział Unii na grupy państw mniej lub bardziej aktywnych. Polska jest bowiem
zbyt dużym krajem, by mogła stać z boku, a jej postawa nie skłaniała innych do
podobnych zachowań.
Kraje tworzące jądro unijnej integracji: Francja, Niemcy, Holandia, Belgia, Luksemburg,
Włochy nie będą na Polskę czekać lub cierpliwie do pogłębionej integracji zapraszać.
Jeżeli Warszawa, już niebawem, nie opowie się wyraźnie po stronie pogłębionej
integracji, szybko zostanie przesunięta na zewnętrzną orbitę. Integracja nie dokonuje
się przecież w pustym, brukselskim powietrzu, tylko na ziemi krajów członkowskich.
Podróże bez paszportów oznaczają wizy dla innych, likwidację bazarów, handlu
przygranicznego, przemytu. Wprowadzenie euro zaś to silna dyscyplina budżetowa i
finansowa. Innymi słowy, zaciskanie pasa. Czy Polacy pogodzili się już z tymi
konsekwencjami? Czy nie wybrali Europy tylko dlatego, że jest tam "ładniej"?
W procesie integracji naturalnym partnerem Polski są Niemcy, bez których konsekwentnego
wsparcia nie zostałaby członkiem UE. Sojusznikiem jest też Francja, bez której nie byłoby
Wspólnoty Europejskiej. Jedynie te dwa państwa unijne są w stanie wyrazić pewien
historyczno-filozoficzny stosunek do Polski. Trzeba być z nimi w parze, żyć w
symbiozie, nie obok, a z pewnością - nie przeciw. Jeżeli Polska zlekceważy ten tandem,
wszystko straci. Szybko sprawdzi się rzucane kiedyś mimochodem powiedzenie: droga
Warszawy do Brukseli prowadzi przez Berlin. Dodajmy, z przystankiem w Paryżu.
Skutki nicejskiego zmęczenia
Tandem Niemcy-Francja wywołuje pytanie o siłę naszego głosu w europejskiej wspólnocie.
Dzięki wymyślonemu w pięciodniowym maratonie na szczycie w Nicei systemowi głosowania
otrzymaliśmy pozycję "niemal równą Niemcom" i "taką samą jak
Hiszpania". Nikt wprawdzie nie rozumie matematyki tego systemu, ale system nicejski
(jeszcze nie sprawdzony w praktyce!) stał się symbolem. Ponoć dzięki niemu będziemy
mogli w Unii coś "dyktować".
Projekt traktatu europejskiego wprowadza natomiast system czytelny i bardziej
demokratyczny - liczy się wielkość państwa. Decyzje podejmuje się tzw. podwójną większością:
państw głosujących "za" ma być większość i muszą liczyć 60 proc.
mieszkańców Unii. Skoro mamy odejść od unijnego "liberum veto", takie rozwiązanie
jest krokiem w dobrym kierunku. Dlaczego Polakom to nie odpowiada?! Chcemy się droczyć z
resztą Europy o utrzymanie systemu nicejskiego, choć prawie wszyscy, zarówno członkowie,
jak kandydaci, uznali, że uzgodnienia z Nicei trzeba pogrzebać zanim się narodziły.
Francja nie jest równa Litwie, a Niemcy Finlandii; Polska jest większa od Łotwy, a Włochy
od Słowenii. Z wielu różniących nas parametrów zdecydowano się wybrać liczebność
społeczeństw. To miara bardziej sprawiedliwa od potencjału gospodarczego, rezerw
bankowych, stopy rozwoju czy deficytu. Polska, która pod względem liczby ludności jest
ponad dwukrotnie mniejsza od Niemiec, ma w tym systemie dwa razy mniej od nich głosów.
To oczywiste, ale nas to razi. Polacy chcą pozycji "niemal równej Niemcom",
by, czego wielu polskich polityków nie ukrywa, "Europa nie stała się bardziej
niemiecka". Czy jednak ci polscy "Europejczycy" są skłonni przyznać
uprzywilejowaną pozycję Czechom, mniejszym od nas, by były "niemal równe
Polsce"? Jak porównać naszą pozycję z Maltą, Cyprem, Litwą albo Estonią? Czy słusznie
mają mniej głosów?
Propozycja Konwentu Europejskiego prostuje to, co w Nicei uchwalono na skutek zmęczenia i
politycznego klinczu między prezydentem Chirakiem a kanclerzem Schröderem. Klincz już
dawno zastąpiła przyjaźń. Natomiast niemal następnego dnia po zakończeniu spotkania
w Nicei unijni politycy postawili sobie za punkt honoru zmianę sztucznego systemu.
Wnioski dla Polaków narzucają się same. Zamiast walczyć o przywrócenie systemu
nicejskiego, na co nie ma szans, Polska powinna zabiegać o stworzenie koalicji powiększającej
grono państw "najsilniejszych". Dzisiaj są to: Niemcy, Francja, Włochy i
Wielka Brytania. W naszym interesie jest dołączenie do tego grona, razem z Hiszpanią.
Nie dla poprawy samopoczucia, ale zapewnienia pozycji i ograniczenia niebezpieczeństwa
"polskiego rokoszu". Cztery najważniejsze państwa zaproszą nas do klubu, jeżeli
Polska nie będzie zwalczać systemu zaproponowanego przez Konwent i przedstawi im swoją
"strategię europejską" państwa odpowiedzialnego, przesiąkniętego
europejskim duchem, ambitnego w realizacji idei unijnych. Po prostu jednego z nich.
Naiwność nowicjusza
Wsparcia Polski oczekuje się też w wielu gabinetach europejskich wobec perspektywy wspólnej
polityki zagranicznej i bezpieczeństwa. Potrzebny jest odważny i europejski głos
Polski. Europejski, co nie znaczy: antyamerykański.
Obecne stanowisko Polski porównywane jest z pasją, nie-obcą dla kraju, który przez
lata tkwił w systemie antyamerykańskim. Niektórzy widzą w tej postawie naiwność
nowicjusza, przeceniającego swoje znaczenie dla Waszyngtonu. Zapominamy o tysiącach powiązań
Europy Zachodniej z Ameryką, które sprawdziły się podczas długich lat zimnowojennego
konfliktu. Upłyną lata, zanim wejdziemy w ten delikatny obieg wzajemnych zależności.
Nie musimy jednak czekać tak długo. Azymut dla Polski jest jeden: Europa. Im bliżej będziemy
Europy, tym mamy większe szanse przyłożenia ręki do partnerstwa Europy z Ameryką. Nie
możemy być natomiast przyjaciółmi Ameryki w opozycji do Europy. Jeżeli Polska poważnie
traktuje członkostwo w Unii, powinna mieć w tej chwili pełne ręce roboty. Musimy być
wręcz jednym z filarów europejskiej integracji. To jest nasz, polski adres. Dzięki Unii
Polska stanie się zasobnym i bezpiecznym krajem. Tylko taka - związana naturalnymi więzami
z Europą - będzie partnerem dla USA.
Za kilka miesięcy pierwsi polscy urzędnicy i reprezentanci kraju wejdą do swoich
gabinetów w Brukseli. Powinniśmy sobie życzyć, aby oczekiwano ich tam z wiarą w
sukces integracji. By byli przedstawicielami kraju, który wniesie do Unii odwagę i
wytrwałość oraz wizję i odpowiedzialność w kształtowaniu wspólnego, europejskiego
interesu.
MAREK ORZECHOWSKI jest korespondentem TVP w Brukseli.
|