|
O Irenie Sendlerowej, tegorocznej laureatce Nagrody im. Karskiego, i "Żegocie"
Oswajanie strachu
Jerzy Korczak
Drobna, niewysoka, o krótkich gładko zaczesanych włosach, zawsze skromnie ubrana, była
idealnie wtopiona w pejzaż okupacyjnej warszawskiej ulicy. Tylko ci, co zetknęli się z
nią bliżej, mogli w jej wyglądzie dopatrzyć się jakichś cech szczególnych. Na pewno
oczy. Duże, jasne, zawsze z uwagą wpatrzone w rozmówcę. Od jej właściwej decyzji
zależało wszystko - ukrycie zaszczutej istoty, dobrze dobrane papiery, mądrze wymyślony
życiorys.
 |
 Irena Sendlerowa, 1943 |
|
Ratowała nie tylko przemycane z getta żydowskie dzieci. Ocalanie dzieci to było jej właściwe,
wyznaczone w konspiracji zadanie. Lecz raz po raz ratować trzeba było także dorosłych,
naznaczonych przez okupanta piętnem złego pochodzenia. A ona, bez względu na trudności,
pomocy nie odmawiała nigdy. Była urodzonym społecznikiem, nie tylko z powołania. Jako
pracownica Wydziału Opieki Społecznej w zarządzie miasta stołecznego Warszawy poznała
setki pogmatwanych życiorysów i dramatów.
Ulica Markowska
,,Jolantę", czyli Irenę Sendlerową - bo o niej mowa - poznałem w połowie 1943
roku w mieszkaniu przy ulicy Markowskiej 15 na warszawskiej Pradze. Tam, w brzydkiej
kamienicy, ukrywał się pod nazwiskiem Stefan Zgrzembski jej przyszły mąż i bliski współpracownik.
Tam też odbywały się regularne zebrania "Żegoty" i spotkania ludzi z tego kręgu.
,,Adam" (pod takim pseudonimem funkcjonował Zgrzembski) miał, jak to się wówczas
mówiło, wyjątkowo "zły wygląd". Silny brunet o wybitnie semickich rysach
nie mógł nie tylko wychodzić na ulicę, ale nawet stawać w pobliżu okna. A jego aż
nosiło, rwał się do działania, kipiał energią. Dużo zdrowia i nerwów kosztowało
panią Irenę, aby wyznaczać mu zadania, w których był przydatny, nie wystawiając nosa
poza cztery ściany. Pomagał więc przy rozdzielaniu zapomóg, sortował dokumenty, główkował,
w jaki sposób i gdzie lokować coraz większą liczbę podopiecznych "Jolanty".
Irena Sendlerowa urodziła się w 1910 r. w Otwocku; jej ojciec Stanisław Krzyżanowski
był lekarzem-społecznikiem i działaczem Polskiej Partii Socjalistycznej. Przed wojną
studiowała polonistykę i działała w PPS. Podczas okupacji hitlerowskiej była
pracownikiem opieki społecznej; w przebraniu pielęgniarki nosiła do getta jedzenie,
leki i pieniądze. Po decyzji Niemców o likwidacji getta Sendlerowa rozpoczęła wraz z
współpracownikami akcję wyprowadzania stamtąd dzieci i umieszczania ich w polskich
rodzinach, sierocińcach i klasztorach - uratowała w ten sposób 2500 dzieci,
zaszyfrowana i ukryta w słoikach dokumentacja ich danych przetrwała wojnę. Od jesieni
1943 Sendlerowa kierowała Referatem Dziecięcym Rady Pomocy Żydom "Żegota",
20 X 1943 r. została aresztowana przez gestapo i poddana torturom na Pawiaku. Uniknęła
rozstrzelania dzięki wpłaconemu przez "Żegotę" okupowi. Po 1945 r. pracowała
w wydziale opieki miasta stołecznego Warszawy. Współtworzyła domy dziecka i domy starców
oraz dzienne pogotowia dla dzieci. Opiekowała się tzw. gruzinkami, dziewczynami, które
oddawały się prostytucji na gruzach Warszawy. W 1949 r. ciężarną Irenę przesłuchiwano
na UB; jej synek urodził się za wcześnie i umarł po kilku tygodniach.
W 1963 r. umarło jej drugie dziecko, 12-letni Adaś.
Irena Sendlerowa została uhonorowana m.in. tytułem Sprawiedliwy Wśród Narodów Świata
oraz Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski. Stowarzyszenie Dzieci
Holocaustu zamierza zgłosić jej kandydaturę do pokojowej nagrody Nobla. Kilka lat temu
uczennice szkoły w Uniontown (Kansas) wystawiły własną sztukę teatralną opowiadającą
o Irenie Sendler, zatytułowaną "Życie w słoiku". W październiku Irena
Sendlerowa odbierze przyznaną jej właśnie Nagrodę im. Jana Karskiego "Za Odwagę
i Serce". |
|
Właścicielką mieszkania i jego dobrym duchem była Maria Kukulska, warszawska
nauczycielka, przedwojenna członkini PPS. Obok stałego zagrożenia, bo przecież w domu
był prawdziwy tajfun, na głowie miała jeszcze jeden niebezpieczny obowiązek. Jako
pedagog z powołania nie chciała się rozstać z ukochanym zawodem. Przy ulicy Kawęczyńskiej,
w podziemiach bazyliki, prowadziła konspiracyjne nauczanie. Pochodziła z Łomży z
rodziny o wielkich tradycjach patriotycznych. Jej panieńskim nazwiskiem Kaliwoda nazwano
ulicę w tym mieście. Brat Leon, peowiak, zginął przy rozbrajaniu Niemców w 1918 roku.
W bramie domu, gdzie trafiła go niemiecka kula, jest tablica upamiętniająca ten fakt.
Należała do kręgu Władysława Spasowskiego, wielkiego społecznika i pedagoga. Ukończyła
prowadzone przez niego studium nauczycielskie i w dalszym życiu kierowała się zawsze
jego wskazaniami. Toteż po ukończeniu nauki ruszyła od razu na głęboką wieś, aby w
trudnych warunkach mazowieckiej biedy nieść "kaganek oświaty".
Spotkanie na skwerku
W gmatwaninie wielu spraw i śmiertelnych zagrożeń było miejsce i na wątek
romantyczny. To właśnie dzięki sprawom sercowym trafiłem na ulicę Markowską. Z córką
pani Marii szybko zaprzysięgliśmy sobie dozgonną miłość. Zaczęło się to na jakimś
śródmiejskim skwerku, gdy, zgnębiony i bezradny, rozmyślałem, co robić dalej. Było
to tuż po ucieczce z internatu Rady Głównej Opiekuńczej przy ulicy Idzikowskiego na
dolnym Mokotowie. Uciekłem przez dach na moment przed wejściem gestapo. Konspiracyjne
nici z moją sekcją w dzielnicy Ochota zostały przerwane, bo tam też była wpadka. A
moje zagrożenie było podwójne - nie tylko konspiracja, ale i złe pochodzenie. Nie
trzeba wspominać, że za to wyrok był jednoznaczny. Ale pewien mądry i odważny człowiek,
któremu zawdzięczam życie, ratując mnie, przykazał: "Zapomnij, że masz coś wspólnego
z żydowskim plemieniem. Działaj tak, jakby ciebie to nie dotyczyło".
Do tej rady starałem się stosować. Wciąż czułem nad sobą palec Pana Boga. Dowodów
miałem sporo, niektóre istotnie graniczyły z cudem. Już w kilka dni po ucieczce z
Krakowa do warszawskiego mieszkania, w którym się zatrzymałem, wtargnęło w nocy
gestapo. Okazało się, że w dwóch sąsiednich pokojach ukrywają się żydowskie
rodziny. Potwornie wystraszonych ludzi z wrzaskiem i biciem wyprowadzano na korytarz. W
tym czasie przy moim łóżku stanął mówiący płynnie po polsku cywil. Kazał pokazać
dokumenty, obejrzał je i przysiadł obok. Ocierając pot z czoła zaczął utyskiwać na
ciężką pracę; wszystko przez przeklętych Żydów. Któryś z mundurowych odwołał go
i cała grupa zniknęła na schodach. Po chwili zza okna usłyszałem warkot ruszających
samochodów.
Na owym skwerku zwróciłem uwagę na dwie dziewczyny. Zwłaszcza jedna, urodziwa
szatynka, wpadła mi ogromnie w oko, choć przecież nie w głowie były mi zaloty.
Instynktownie wodziłem za nią wzrokiem, aż i ona spojrzała w moją stronę. Reszta
odbyła się w jak złym filmie, w którym scenariusz jest banalny i mało wiarygodny.
Ostateczna jego pointa miała się rozegrać ponad trzydzieści lat później, gdy Anna
Kukulska odbierała dla siebie i nieżyjącej już matki medale Sprawiedliwych wśród
Narodów Świata.
Wtedy, wbrew wszelkim obowiązującym regułom, kierując się tylko wiarą w moje słowa
i własną intuicją, Anna zaprosiła mnie na Markowską. Tam natychmiast ostro skarcono ją
za lekkomyślność, mnie zaś poddano przemyślnemu testowi na prawdomówność. Egzamin
wypadł pomyślnie i szybko zostałem włączony w niecodzienny rytm tego domu. Daleko mi
jednak było do poznania wszystkich tajemnic, które kryły jego ściany.
W "Zündappie"
Jesienią 1943 roku zacząłem pracę w niemieckiej placówce zajmującej się remontami
motocykli marki "Zündapp". Firma, będąca we władaniu Wehrmachtu, mieściła
się niedaleko placu Zbawiciela. Dawała znakomity "dekunek"; ausweis miał
ogromny stempel ze swastyką i zaświadczał, że posiadacz jest "Im Dienst der
Deutsche Wehrmacht". Bardziej przezorni, do których należałem, przyszywali do
kombinezonów firmową plakietkę, co miało dodatkowo chronić w razie łapanki. Że tak
było, miałem okazję szybko się przekonać. Wychodząc po pracy z nieco starszym kolegą,
bystrym warszawiakiem Wieśkiem, zobaczyliśmy na roku Koszykowej i Marszałkowskiej sznur
esesmanów. Policyjne budy nie dawały żadnych złudzeń - łapali. Wiesiek, rzecz jasna,
znał o mnie tylko połowę prawdy: że i ja maczam palce w jakiejś konspiracji. O
drugiej połowie zagrożenia, tej groźniejszej, nie miał pojęcia.
Chciałem się cofnąć, była szansa, że uda się skręcić w Śniadeckich, on jednak ścisnął
mocno moje ramię. "Śmiało na nich. Papiery są mocne". Nie było czasu, aby
mu cokolwiek tłumaczyć; z obojętną miną, nie zwalniając kroku, szliśmy prosto na
Niemców. Któryś z nich wrzasnął "Halt!", zażądał dokumentów, rzucił na
nie okiem i pchnięciem w plecy dał znak, że możemy iść dalej. To udane oswajanie
strachu przydało mi większej pewności siebie. Zwłaszcza że w "Zündappie"
panowała atmosfera złudnej swobody. Podziemna robota szła tu na całego, koronnym
dowodem były krążące gazetki i radiowe nasłuchy. Najgroźniejsza choroba konspiracji
- zbytnia fanfaronada - objawiała się tu w całej pełni.
Naszym bezpośrednim szefem był polski majster Potajałło, przyszły mistrz motocyklowy
kraju, ale za całość pracy na hali montażowej odpowiadał starszy, kulawy feldfebel
rodem z Bawarii. Pewny, że z racji wieku i kalectwa na front go nie wyślą, kichał na
wszystko, zdrowo popijał i nie zatruwał nikomu życia. I jego też miała zgubić złudna
wiara, że nikomu tu nic nie grozi.
Któregoś dnia w czasie krótkiej przerwy obiadowej do warsztatu wkroczyła grupa
cywilnych i mundurowych gestapowców. Według listy zaczęli wykrzykiwać nazwiska. Wywoływanych
wyprowadzono do czekających na ulicy samochodów. Wszystko odbyło się błyskawicznie.
Zniknął też nasz dobrotliwy kuternoga, a jego miejsce zajął untersturmführer SS o
twarzy rozjuszonego rottweilera. Pobijając pejczem o wysokie buty, dławiąc się niemal
własnym wrzaskiem, oznajmił, że w firmie trwa od dawna sabotaż i wroga wobec Rzeszy
działalność; winni będą surowo ukarani, a my natychmiast mamy się zabrać do roboty,
bo inaczej spotka nas los kolegów. Powiało grozą, złowróżbną ciszę przerywał
tylko stukot narzędzi.
Natychmiast po fajrancie wskoczyłem do tramwaju na Pragę. Jak najszybciej chciałem się
znaleźć na Markowskiej. W tym tak bardzo zagrożonym mieszkaniu czułem się dziwnie
bezpiecznie. Atmosfera przyjaźni i serdeczności robiła swoje. Tego dnia panowało
jednak prawo serii; od progu wiedziałem, że stało się coś złego. Zawsze ożywiony
"Adam", który nigdy nie tracił wiary, że wojnę uda się przeżyć, siedział
teraz w rogu pokoju na krześle i tępo patrzył przed siebie. Ledwo zauważył moją
obecność. - Irena... Już wiesz... - mruknął. Hania dała mi znak, żebym z nią
wyszedł. - Jest na Szucha, a może już na Pawiaku. Są starania, żeby ją wydobyć.
Do Otwocka
Oboje byliśmy bliscy załamania. Nie zawsze widzialna ręka pani Ireny kierowała dotąd
wszystkim. Wiedziałem, że i ja mogłem liczyć na jej pomoc. Co teraz? -
"Adama" na pewno trzeba będzie wywieźć. Chyba do Otwocka albo do Świdra. Są
tam jakieś nie spalone mieszkania. Ale z jego wyglądem...
Zaczął się kolejny rozdział w moich wojennych losach. Do "Zündappa"
postanowiłem nie wracać. Kusiła partyzantka. Najbliżsi koledzy już się tam
wybierali. Mnie jednak pisany był los bardziej prozaiczny.
Ludzie z kręgu pani Ireny, którzy objęli nade mną kuratelę, po prostu kazali mi się
uczyć. Miejscem edukacji miały być komplety gimnazjalne w Otwocku. Zapewniano
mieszkanie, wikt i opierunek. Wciąż jednak marzyła mi się wojna z karabinem w ręku.
Od ślęczenia nad szkolnymi podręcznikami odwykłem i ta pozorna normalizacja wydawała
się trudna do zaakceptowania. Po latach niekiedy myślę, że to wyzywanie losu było
zwykłą szczenięcą głupotą, ale inny głos podpowiada, że był to właśnie sposób,
aby przetrwać. Bałem się jak ognia bierności, bezczynnego oczekiwania na wyznaczony z
góry wyrok. Wciąż miałem w oczach pędzone na śmierć tłumy, które nie próbowały
żadnego oporu.
Tymczasem czas, który szczególnie zagrożonym ludziom tak bardzo się dłużył, uległ
nagle przyspieszeniu. Wszystko wskazywało na to, że wojna zbliża się ku końcowi. Na
odprawach coraz częściej zapewniano o rychłym powstaniu.
Pani Irena, po ogromnych staraniach, dzięki łapówce wręczonej prominentnemu
gestapowcowi, była już na wolności. Ulokowany w Świdrze "Adam" odzyskał
dawny optymizm i zapominając o niebezpieczeństwie zaczął się pokazywać w okolicy. Mówił,
że jest z pochodzenia Węgrem, w co nikt nie wierzył; Węgrów w okolicy nie było, a
ukrywających się Żydów sporo. Szczęście mu jednak sprzyjało, bo choć raz po raz,
ze względu na szantaże, musiał ze Świdra znikać, to zawsze z opresji wychodził cało.
Julian Grobelny
Późną jesienią 1944 roku do wynajętego przez panią Kukulską mieszkania w Otwocku
przy ulicy Akacjowej wprowadziło się tajemnicze małżeństwo. Zajmowałem tam pokój, w
którym niemal zawsze nocowało kilku nielegalnych gości. Nietrudno było się zorientować,
że państwo Grabowscy nie są zwykłymi lokatorami. Takich zresztą w kręgu pani Ireny
nie było - wyłącznie konspiratorzy albo Żydzi, a niekiedy jedno i drugie. Ci nowi
lokatorzy na Żydów nie wyglądali, ale o ich właściwej roli i randze w życiu
podziemnym miałem się dowiedzieć dopiero znacznie później.
Pani Halina, osoba pod czterdziestkę, energiczna i pogodna, całą uwagę skupiała na
chorym mężu. Najwyraźniej poważnie chory, z łóżka prawie nie wstawał. Panował
jednak wokół niego nieustanny ruch. Wciąż przewijali się jacyś ludzie, coś
tajemniczo szeptali i znikali, a wtedy, podnosząc się z łóżka, wydawał żonie jakieś
polecenia. Wszystko to nie mogło ujść mojej uwadze.
Pani Halina wiedziała oczywiście, że mogą na mnie liczyć. Dość długo z tej możliwości
nie korzystali. Któregoś dnia pan Julian wezwał mnie jednak do swojego pokoju. Dłuższą
chwilę taksująco patrzył mi w oczy. Był kredowoblady, a jego krótka siwa bródka i
zapadnięte policzki czyniły z niego prawie starca, choć ledwo przekroczył pięćdziesiątkę.
Ale dopiero kiedy zaczął mówić, zorientowałem się jak bardzo był chory. Po paru
zdaniach milkł i łapał powietrze. Zlecił mi, abym jak najszybciej pojechał do
Warszawy; podając adres i kopertę zaznaczył, że są to dokumenty dla bardzo zagrożonego
człowieka. Zapamiętałem, że trasa wiodła na Służew, papiery opiewały na nazwisko
Czesław Broszkiewicz, a w zagrożonym człowieku rozpoznałem po latach jednego z
prominentnych wiceministrów. Wypady do Warszawy z dokumentami dla różnych ludzi miały
odtąd stać się moim stałym zajęciem.
Minęło znowu trochę czasu, od wschodu coraz głośniej słychać było działa, gdy
dowiedziałem się, że mój współlokator to Julian Grobelny, prezes Rady Pomocy Żydom.
Z funkcji tej musiał ustąpić, bo ciężkie krwotoki z płuc i nerek powtarzały się
nieustannie; był już w ostatnim stadium gruźlicy. Znikał z Akacjowej coraz częściej,
w ścisłej konspiracji przewożono go do szpitala na Woli i do otwockiego sanatorium.
Pani Halina trzymała się dzielnie, gdy umarł tuż przed Bożym Narodzeniem w grudniu
1944 roku, choć bliska załamania, ściganym ludziom pomagała do końca.
Do szczegółów z życia Grobelnego dotarłem grubo później. Jego postać przykuwa moją
uwagę do dziś. Był jeszcze przed I wojną światową bojowcem PPS, brał udział w
akcjach strajkowych w Łodzi, uczestniczył w powstaniu śląskim. W latach 20. współorganizował
opiekę społeczną, aktywnie działał w ruchu socjalistycznym. Do konspiracji wstąpił
latem 1940, gdy Polska Partia Socjalistyczna pod kryptonimem WRN (Wolność-Równość-Niepodległość)
rozpoczęła działalność na różnych polach Państwa Podziemnego.
* * *
Moje zaś losy potoczyły się dość nieoczekiwanie. Skoncentrowany w rejonie Karczewa
oddział do powstania nie dotarł i większość z nas w różnych, często dramatycznych
okolicznościach trafiła do Ludowego Wojska. Znalazłem się na Majdanku w 2. zapasowym
pułku piechoty, gdzie na pryczy, ledwo uprzątniętej po obozie koncentracyjnym, gryziony
przez wszy, czekałem na dalszy przydział. Potem była dwumiesięczna szkoła oficerska w
Lublinie, II Armia, front, okrążenie pod Budziszynem i ciężkie walki na wschodzie
kraju, długo jeszcze po nastaniu pokoju.
Nie tak wyobrażałem sobie nadejście wolności, ale przecież mogłem mówić o szczęściu.
Wielu moich kolegów z sąsiednich prycz znikało nagle i tajemniczo, przeważnie w nocy.
Czekał ich los znany Polakom od wieków - wywózka w głąb Rosji.
JERZY KORCZAK (ur. 1927 w Krakowie) jest prozaikiem, autorem opowiadań i powieści oraz
reportaży historycznych poświęconych rozmaitym epizodom II wojny światowej (szlak
bojowy II Armii WP, Armia "Poznań" w kampanii wrześniowej, konspiracja
wielkopolska, misja Jana Karskiego). Ostatnio wydał: "Konspiratorzy i zdrada"
(2000), "Karski" (2001), "Pamięć ci wszystko wybaczy" (2001).
|