|
Józefa Hennelowa
Dziesięciolecie i wnioski
Komentarze w dziesięciolecie podpisania konkordatu między III RP a Stolicą Apostolską
były zwięzłe i bez wyjątku pozytywne: nie potwierdziły się obawy o dominację Kościoła
w życiu państwowym, a gwarancje udzielone pracy Kościoła zaowocowały wielu dobrymi
skutkami. Wszystko prawda. Warto jednak pamiętać o kilku jeszcze sprawach.Po pierwsze,
dlaczego konkordat ratyfikowano dopiero pięć lat po podpisaniu? Czy nie dlatego, że
podpisywano go pośpiesznie, już po rozwiązaniu Sejmu i przed nowymi wyborami?
Jakikolwiek by był nowy parlament i nowy rząd, został postawiony przed faktem
dokonanym, jakby demonstracyjnie. Niczego już nie wolno było w podpisanym tekście nie
tylko poprawić czy uściślić, ale nawet dyskutować. A prawnicy wskazywali na niedoróbki.
Choćby na brak uściślenia, kto ma obowiązek - w myśl artykułu pierwszego - zgłosić
ślub kościelny w urzędzie stanu cywilnego, by skutkowało to konsekwencjami
cywilnoprawnymi. Dobrze, że długotrwała pauza pozwoliła na dopracowanie bodaj aneksów.
Wśród gwarancji danych wierzącym, że ich życie religijne nie napotka przeszkód,
jedna z najważniejszych dotyczyła włączenia nauczania religii w system oświaty. Włączenie
to jednak jest dalej jakby niepełne i niejasne. Zwalnia rodziców z jakiegokolwiek zaangażowania
w wybór (co konkordat przewiduje, ale co w praktyce dokonuje się automatycznie), a równocześnie
miejsce religii wśród przedmiotów szkolnych jest innej rangi niż pozostałych (stopień
bez znaczenia dla średniej). Czy jest to rozwiązanie na pewno najlepsze i nie wymagające
namysłu nad skutkami wychowawczymi - dzisiaj, po tylu latach?
Zaledwie naszkicowane są w konkordacie kwestie finansowe. Odsyła on do planowanej
"specjalnej komisji" stworzonej przez obie strony. I nic się tu nie zmienia,
gdy tymczasem sytuacja materialna społeczeństwa, a więc i Kościoła, ulega daleko idącym
przeobrażeniom i rodzi nowe pytania, np. dotyczące podatków.
Wreszcie najważniejsza dla samych wierzących w Polsce sprawa zabezpieczenia misji Kościoła,
a nie tylko jego struktur. Misja ta oparta została na uznanej w umowie "zasadzie
niezależności i autonomii obu stron" oraz zobowiązaniu "do pełnego
poszanowania tej zasady (...) dla rozwoju człowieka i dobra wspólnego". Tak więc
nieustannie my, wierzący, mamy do rozstrzygania, w jakiej mierze problemy stające przed
nami są autonomiczne, a w jakiej należą do naszej misji. Styk świeckości i wiary w
naszej rzeczywistości społecznej, politycznej, państwowej nie przestaje być problemem
numer jeden.
Krzysztof Burnetko
MSWiA: ciemno pod latarnią
W ciągu tygodnia w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji poleciały trzy głowy
- i to z najwyższych stołków. Parę tygodni wcześniej były dwie kolejne ofiary. Powód
był prosty: prasa ujawniła, że mógł zachodzić tzw. konflikt interesów wynikający z
faktu, że równocześnie z funkcjami państwowymi działały one w biznesie prywatnym.
Dochodziło lekceważenie ustawy antykorupcyjnej i obowiązku składania oświadczeń majątkowych
oraz - być może - oszukiwanie przełożonych. Tak się składa, że większość z tych
przypadków dowodzi też skutków omijania przez obecną ekipę zasad służby cywilnej,
które winny przyświecać nowoczesnej administracji. Chodzi m.in. o czytelność podziału
między funkcjami politycznymi a urzędniczymi w strukturach państwowych oraz o regułę
obsadzania najwyższych stanowisk w ministerstwach na podstawie konkursu, a nie partyjnych
czy towarzyskich znajomości.
Minister Krzysztof Janik - stojący na czele resortu z "administracją" w nazwie
- nie mógł być nieświadomy, że w III RP standardy służby cywilnej są łamane. Nie
mógł nie słyszeć o głośnym werdykcie Trybunału Konstytucyjnego w sprawie
pozamerytorycznego obsadzania stanowisk, albo o monitach Rady Służby Cywilnej czy jej
Szefa, a wreszcie o alarmach mediów. Tymczasem tolerował bałagan nawet na swoim podwórku.
Teraz ostro zabrał się za sprzątanie (m.in. wezwał wojewodów, by pilnie przedstawili
plan konkursów na wakujące stanowiska dyrektorów generalnych w swoich urzędach). Czemu
tak późno? I czemu dopiero w odzewie na serię skandali.
|
|
Anna Mateja
Najważniejsza jest aktywność
Dziura budżetowa zmusiła w grudniu 2001 r. rząd do likwidacji zasiłków, obniżenia świadczeń
przedemerytalnych z 90 do 80 proc. i zaostrzenia kryteriów ich przyznawania (posiadając
odpowiedni staż pracy, kobiety mogą się o nie ubiegać po ukończeniu 58 lat, mężczyźni
- 63). Poza oszczędnościami chodziło o powstrzymanie odchodzenia osób w wieku
przedemerytalnym z rynku pracy. Nic dziwnego: tylko 45-50 proc. Polaków w wieku
produkcyjnym pracuje zawodowo.
Rozwiązanie to obróciło się jednak przeciwko pracownikom, którzy nie zamierzali z
pracy rezygnować. To osoby w wieku zobowiązań, również finansowych, wobec dwóch
generacji: dzieci i rodziców. Tymczasem, po utracie pracy, mimo długiego stażu i doświadczenia
zawodowego, bezrobotna nauczycielka czy górnik są na rynku pracy bez szans. Większość
pracodawców zakłada, że "stare nawyki" nie pozwolą pracownikom po 50.
dostosować się do "nowych wymagań". W Polsce zaczęła więc powstawać grupa
"ludzi niepotrzebnych": zwolnieni pracownicy po 50., bez emerytury i możliwości
korzystania z zasiłku przedemerytalnego.
Mimo 650 tys. podpisów, jakie zebrała "Solidarność" pod projektem
obywatelskim, postulującym przywrócenie dawnych zasiłków i świadczeń, trudno liczyć
na jego realizację. Dziura budżetowa straszy nadal. Potrzebie zatrzymania ludzi na rynku
pracy też nikt nie zaprzeczy. Rząd zaproponował jednak, aby świadczenia
przedemerytalne trafiły do osób zwolnionych z przyczyn ekonomicznych i tych, które
utraciły prawo do innych świadczeń społecznych, np. renty. 50-latek miałby się
rejestrować jako bezrobotny; przez pół roku otrzymywać zasiłek i korzystać z pomocy
urzędów pośrednictwa pracy w znalezieniu zatrudnienia. W grę wchodziłoby także opłacenie
szkolenia i udział w pracach interwencyjnych. Jeśli próby znalezienia pracy zakończyłyby
się niepowodzeniem, osoba otrzymywałaby świadczenie przedemerytalne. To już coś: zaczęto
rozmawiać o bezrobociu osób dojrzałych, które marzą nie tyle o karierze, co o wywiązaniu
się z życiowych zobowiązań.
Jeszcze jedno: jako społeczeństwo starzejemy się. Dzisiejsi 50-latkowie przychodzili na
świat podczas powojennego boomu demograficznego, a odchodzą na emeryturę, gdy przyrost
jest znikomy. Niedługo możemy stanąć przed problemem niewypłacalności systemu
emerytalno-rentowego. Niewykluczone, że wydłużona aktywność zawodowa stanie się
wymuszonym modelem życia.
Andrzej Brzeziecki
Lew pisnął
Miała być sensacja, jest żenada. W "Trybunie" ukazał się wywiad Marka Barańskiego
z Lwem Rywinem. Z tekstu "Lew otworzył paszczę" o kulisach afery Rywina nie
dowiadujemy się niczego nowego. Za to poznajemy jej głównego bohatera jako człowieka
kultury i sztuki, rozczytanego w Gombrowiczu, będącego za pan brat z Wajdą i
Spielbergiem i tylko przypadkiem wplątanego w polityczną aferę i zdradzonego przez
dawnych przyjaciół z Agory - "złowrogiej potęgi Adama Michnika", a teraz
niesłusznie poniewieranego przez dziennikarzy i polityków.
Właściwie nie wiadomo, kto z kim przeprowadza wywiad. Barański nie zadaje trudnych pytań,
za to prawi rozmówcy komplementy: - Jest Pan człowiekiem światowym - mówi mu.
Dwaj panowie gawędzą sobie niespiesznie: Rywin żali się, że nie może wyjeżdżać za
granicę, a przecież zaproszeń ze świata filmu ma aż nadto, Barański pociesza go: -
Niech Pan będzie dobrej myśli. Nie ma takiej możliwości, żeby Panu ten paszport
odebrali na zawsze. (...) To się kiedyś musi skończyć.
Obaj są zgodni: "Trybuna" nie jest organem Rywina. - Jak Pan wie, tak nas połączono...
- żali się Barański. - Zarówno pan, jak i ja wiemy, że to nieprawda. - mówi Rywin.
Wywiad ma jednak wyraźne cele, zupełnie nie nowe: przedstawić Agorę jako firmę
nielojalną, a jej kierownictwo, zwłaszcza Wandę Rapaczyńską, jako spiritus movens całej
afery i zasugerować, że jej ofiarą miał paść premier Leszek Miller, który tylko
"dzięki wyjątkowym talentom politycznym" zdołał wyjść z niej cało. Ale
"nie złożono broni": każdy, najbardziej banalny pretekst jest wykorzystywany
do ataku na jego najbliższych współpracowników. (...) za chwilę znów sięgnie się
po niego [Millera] - wróży Barański. Faktycznie: mataczenie przy ustawie o mediach, Łapiński,
Starachowice, afery w MSWiA - same banały.
Oczywiście, "Trybuna" nie jest organem Rywina, ani tym bardziej Millera. W ogóle
nie jest organem.
|