|
Po pierwsze, nie mają łopat
Jacek Podsiadło
A mój syn od małego ma paszport. I już jest duży, ale na razie był tylko w Czechach.
Ale coś czuję, że niedługo wyskoczymy na Ukrainę. To bardzo miłe, że ukraińskie władze
nie zemściły się na moim synu za decyzję polskich władz o wprowadzeniu wiz dla Ukraińców.
Tymczasem moi nieokrzesani przyjaciele z dzikich krajów, takich jak właśnie Ukraina,
Białoruś czy Rosja, narzekają, że teraz, aby przyjechać do mnie do Europy, będą
musieli wykupić wizę. A wiza, wiadomo, kosztuje, kupa dutków i kupa nerwów.
Europejskie maniery każą mi odpowiedzieć coś przyjaciołom Azjatom, ale nie wiem, co
odpowiadać. Związku między wprowadzeniem obowiązku wizowego a tzw. uszczelnianiem
granic nigdy nie potrafiłem pojąć. Konieczność zdobywania wizy zawsze wydawała mi się
zwykłym utrudnieniem, zniechęcaczem do odwiedzenia jakiegoś kraju. Wyobrażam sobie, że
jeśli jakiś mafioso ma przyjechać do nas, do Europy, po dziesięć kilo naszej dobrej
europejskiej amfetaminy, to odcierpi swoje i wykupi tę wizę, bo i tak mu się to opłaca.
Za to, jeśli ktoś chciał przyjechać do nas na wakacje, to teraz oleje nasz Kraków,
naszą Pragę i nasz Rzym, i pojedzie sobie na Krym. Nigdy też nie potrafiłem pojąć,
dlaczego zacieśniając więzy internacjonalistycznej przyjaźni z Belgami czy Francuzami,
musimy odgrodzić się od przyjaciół ze Wschodu, z którymi takeśmy się przez 50 lat zżywali.
Zacząłem zatem wertować dzieła mędrszych od siebie i tym bardziej nadstawiać ucha,
co w trawie piszczy w tym temacie. Ostatnio sporo piszczano w związku ze wprowadzeniem
wiz dla mieszkańców obwodu kaliningradzkiego, którzy podróżując z Rosji do Rosji
muszą przejechać przez kawałek naszej Europy. I tu trafiłem na ciekawy dokument pt.
"Siedem mitów na temat Kaliningradu". Od razu mówię, że nie opublikował go
żaden LPR, "Młodzież Wszechmocna" czy coś w tym rodzaju, ale solidna firma,
Ośrodek Studiów Wschodnich. Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz go napisała przy współpracy
Bartosza Cichockiego. Dokument wyjaśnia w dwóch europejskich językach, polskim i
angielskim, dlaczego świat stanie się o wiele lepszy od chwili wprowadzenia wiz dla
Rosjan podróżujących z Rosji do Rosji. Politycznych rozważań, czy to wzmocni, czy osłabi
Putina, przyznaję, że nie rozumiem, bo sam dźwięk tego nazwiska mnie osłabia. Za to
bardzo świetnie zrozumiałem rozdzialik rozprawiający się z mitem o izolacji
Kaliningradu od matuszki Rosji. Oto ten rozdzialik w pełnym brzmieniu: "Obwód
kaliningradzki nie jest i nie będzie po rozszerzeniu UE izolowany od Rosji, posiada
bowiem bezpośrednie połączenie morskie z resztą państwa. Z enklawy do Moskwy można
też podróżować samolotem. Wprawdzie obecnie osobowy transport morski praktycznie nie
istnieje, lotniczy zaś jest bardzo słabo rozwinięty, wynika to jednak z niewystarczającego
zainteresowania Moskwy rozwojem tych połączeń, a także z braku funduszy na
uruchomienie przepraw promowych i dofinansowanie znajdującego się w kryzysowej sytuacji
jedynego przewoźnika lotniczego w enklawie "Kaliningrad-Awia"".
I wszystko jasne! Jak nie mają samolotów i promów, to niech podróżują samolotami i
promami, a jak nie mają pieniędzy, to niech sobie kupią więcej tych samolotów i promów.
Uzupełnijmy te myśli, będące efektem niewątpliwie głębokich studiów nad Wschodem,
o spostrzeżenie, że z Rosji do Rosji można też przedostać się podkopem, za pomocą
teleportacji, albo zzipować się i wysłać przez internet. Co prawda w ostępach obwodu
kaliningradzkiego brakuje łopat, badania nad teleportacją nie są prowadzone, a łącza
internetowe wciąż przegryzają dziki, ale to już nie nasz problem, myśmy nasze dziki
wyłapali i zeuropeizowali. Kolejny mit, z jakim Katarzyna Pełczyńska-Nałęcz
bohatersko się rozprawia, to mit pt. "Wprowadzenie wiz tylko utrudni Rosjanom
przekraczanie kaliningradzkiej granicy". Z rozprawki wynika, że owszem, utrudni, ale
utrudnienia te to nie będą takie zwykłe utrudnienia, bo tak naprawdę będą to ułatwienia:
"Obok skutków negatywnych zaostrzenie regulacji wizowych będzie miało dla znacznej
części podróżujących także pozytywne implikacje. Przede wszystkim wizy wyeliminują
znaczną część drobnych handlarzy blokujących przejścia kilometrowymi nieraz
kolejkami (dotyczy to głównie granicy polskiej). Skrócony zostanie więc czas odprawy,
który obecnie trwa kilka godzin - w przypadku osób poruszających się samochodami
osobowymi, a kilkanaście do kilkudziesięciu - w przypadku kierowców tirów.
Usprawnienie przeprawy granicznej zmniejszy też niewątpliwie korupcję na granicy, nie będzie
już bowiem potrzeby "opłacania się" milicjantom i pogranicznikom (np. za
szybszą odprawę)". No, tu to już troszkę nie rozumiem. Nie rozumiem np. związku
między "drobnymi handlarzami" a kolejkami tirów. Jeśli jeżdżą tirami, to
jacy tam oni drobni. ŕ propos moich przyjaciół, zmuszony jestem poinformować, że
konieczność wykupienia wizy wyeliminuje też z ruchu granicznego drobnych pisarzy i
drobnych malarzy. Poza tym w ramach własnych, bezośrodkowych studiów nad Wschodem za dużo
się naprzekraczałem wschodnich granic i za dużo się napatrzyłem na swołocz
granicznych funkcjonariuszy, żeby dać sobie wcisnąć kit, jakim jest teoria o
zwalczaniu łapówkarstwa za pomocą wiz. Założę się o dowolną unijną dotację służącą
rozwojowi badań nad Wschodem, że problem rozwiąże się tym samym, co zwykle, w pełni
naturalnym trybem: po prostu podniesie się trochę łapówki. Nie będę się już
rozwodził nad wymiarem etycznym rozwiązania, które zamiast godzić bezpośrednio w
przestępstwo, godzi w jego ofiary.
"Na Ukrainę? Lepiej byście do Niemiec pojechali" - tę niezapomnianą frazę
usłyszałem kilka lat temu z ust polskiego pogranicznika w Medyce. A co ja poradzę, że
nie ciągnie mnie do Hannoveru ani Brukseli, a do Lwowa i Mińska ciągnie? Może jestem złym
Europejczykiem, ale chyba wiem, co odpowiem moim wschodnim druhom. A potem ja z Jewropy, a
oni z bagien Polesia, dziczy zaporoskiej i tundry rosyjskiej, będziemy się przedzierać
z nożami w zębach, dziećmi w kobiałkach i łapówkami w dłoniach, aż dotrzemy na
Krym. A tam to już pójdziemy w dym.
Jacek Podsiadło
podsiadlo@atol.com.pl
|