„TP”, Nr 31 (2821), 3 sierpnia 2003, http://www.tygodnik.com.pl/tp/2821/felmilosz.php Syn niewolników
Czesław Miłosz Czego nauczyła ją wojna Moja matka nauczyła się, że seks jest zły, Mężczyźni są nic nie warci, jest zawsze zimno I nigdy nie ma dosyć jedzenia. Nauczyła się, że jeśli masz dwie lewe Ręce nie przeżyjesz Zimy, nawet jeśli przeżyjesz jesień. Nauczyła się, że tylko młodzi przeżywają Obozy. Starzy zostają na stercie Jak makulatura, a niemowlęta Zdarzają się tak rzadko jak kurczęta i chleb. Nauczyła się, że świat to takie rozbite miejsce Gdzie nie śpiewają ptaki i nawet anioły Nie mogą unieść smutku, który zadaje im Bóg. Nauczyła się, że nie należy się modlić O to aby wrogowie cię nie torturowali. Modlić się trzeba o to, żeby cię nie zabili. Wiersz bardzo polski, sumujący niektóre z doświadczeń wojennych pewnego pokolenia. A jednak nie. Nie został napisany przez polskiego poetę. Jego autor, John Guzlowski, jest poetą amerykańskim i pisze po angielsku. Jest nie tylko poetą, również wykładowcą literatury angielskiej i amerykańskiej oraz autorem prac z zakresu krytyki literackiej. Wiersz zacytowałem w przekładzie Bohdana Zadury i wyjąłem z dwujęzycznego tomu pt. "Język mułów / Language of Mules. I inne wiersze", wydanego przez Bibliotekę Śląską w Katowicach w 2002 roku. Na ogół w mojej rubryce nie wykraczam poza wiersze polskie, robię tutaj wyjątek, bo wypadek jest szczególny. Autor urodził się w Niemczech, w roku 1948, w rodzinie przymusowych robotników rolnych (ojciec z Poznańskiego, matka spod Lwowa). Sam nie pamięta tamtych czasów, ale drogą jakiejś osmozy czy empatii w jego wierszach powracają opowiadania i wspomnienia rodziców. Może to nieco osobliwe, to szukanie więzi z przeszłością, podczas kiedy w Polsce poeci młodego pokolenia nie bardzo się kwapią do pamięci. Co prawda Guzlowski nie jest już taki młody - dzisiejsi młodzi urodzili się gdzieś około roku 1980. W jego wierszach kraina jego rodziców i obozy pracy są ciągle obecne, choć zarazem stanowią one tylko część jego poetyckiego rynsztunku. W tomie, który wziąłem do ręki, wiele jest wierszy zupełnie innych, całkowicie wyzwolonych z obciążeń przeszłością. Ten tomik nawet zdziwił mnie swoją dwuskrzydłowością. Pierwsza część przywołuje właśnie obozowe obrazy życia rodziców autora, traktowanych przez nazistów jak zwierzęta pociągowe. Ich język nieporadny, bo oboje półanalfabeci, był dla Niemców językiem mułów. Druga część wykazuje ogromną zdolność do ujmowania rzeczywistości z dystansem, niejako obiektywnie i nie mogę powstrzymać się od zacytowania wiersza pt. "Melon", który mógłby znaleźć się w mojej antologii "Wypisy z ksiąg użytecznych", wiernej mojemu ideałowi poezji, będącej jakby odpowiednikiem holenderskich martwych natur XVII wieku. Melon Gabrielowi Josipovici Kiedy patrzymy na melon błyszczący na stole w porannym świetle, czemu nasze serca biją radośnie, wyrywają się do niego tak właśnie, jak to robią? Czemu chcemy naszkicować ten melon, zamknąć go w słowach lub umieścić w krótkich melodycznych frazach? Czasami myślę, że robiąc tak, chcemy w pewien sposób ten melon posiąść, nie w znaczeniu kupna, nie to mam na myśli, lecz świadomość, że ten melon nie jest częścią mnie, nie mnie, nie może być, w rzeczy samej nigdy bliżej mnie niż jest teraz, w tej chwili, kiedy widzę go przed sobą na stole jak mały świat, o którym śniłem jako dziecko w piaskownicy snów, i widząc go jak ten świat jestem urzeczony przez niego tak pewnie jak wiosna bierze klon, rozpuszczając go aż zima przestaje znaczyć cokolwiek w jego życiu, aż skóra jego utraconych liści jest niczym. Wówczas staję się melonem, istnieję tylko po to aby podziwiać jego piękno, jego białą jak wapno skórę i chłodną słodycz, jego Betlejem i Golgotę, istnieję tylko po to by podziwiać jego odrębność i widzieć moje ja w oderwaniu od niego, nigdy bliżej niego niż teraz, nigdy bardziej wolny niż teraz od mojego własnego wzgórza czaszek. |