|
"Tygodnik Powszechny", Nr 32 (2822), 10 sierpnia 2003, http://www.tygodnik.com.pl/ksiazki/32/ksiazka10.php
Lektury pobożne
Mistrzowie dawni i współcześni

Ks. Adam Boniecki
Czegoś takiego mogła dokonać tylko dziewiętnastowieczna hrabianka z kresów. Bo
kresowe hrabianki końca IX i początków XX wieku miały dość fantazji, by podejmować
się zadań niemożliwych, i uporu, by wytrwać w ich urzeczywistnianiu wbrew trudnościom,
które innego dawno by powaliły.
Tylko kresowa hrabianka mogła działać wbrew wszelkim konwenansom, nie tylko towarzyskim
i społecznym, lecz także kościelnym, tworząc dzieło, które ostatecznie, wbrew
najgorszym oczekiwaniom dobrze myślących, stało się chlubą Kościoła. Dodać jednak
wypada, że ta kresowa hrabianka w 22 roku życia zupełnie oślepła, że dwukrotnie, w
wieku 55 i 56 lat (były to lata 20. zeszłego wieku) operowana była na nowotwór, że
kolejne wojny zniszczyły w znacznym stopniu rodzinny majątek, z którego ona sama zresztą
nie zamierzała korzystać.
Wielka Niewidoma
Mowa o Róży Czackiej, założycielce Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi (1908), zakonu
Franciszkanek Służebnic Krzyża i Lasek, ośrodka dla niewidomych i centrum duchowości,
które w dwudziestoleciu stało się ośrodkiem odnowy duchowej polskiej inteligencji. Książka
Ewy Jabłońskiej-Deptułowej "Matka Elżbieta Czacka i dzieło Lasek" nie jest
pierwszą książką o Wielkiej Niewidomej, jednak bodaj pierwszą jej monografią z
zachowaniem wymogów, jakie stawia się dziełu historycznemu. Pozbawiona akcentów
hagiograficznych (autorka zastrzega się, że książka nie zajmuje się świętością
Matki Czackiej), pozwala zdać sobie sprawę z niezwykłości dzieła i człowieka.
Panna Czacka po zapoznaniu się - dzięki odbytym w tym celu podróżom zagranicznym - ze
sposobem podejścia do niewidomych i praktykowanymi na świecie i w Polsce formami opieki
nad nimi, tworzy własną koncepcję, która z jednej strony zakłada konieczność pełnego
rozwoju człowieka niewidomego, z drugiej bierze pod uwagę wynikłe z kalectwa jego
ograniczenie. W tym celu powstaje Towarzystwo Opieki nad Ociemniałymi, prowadzone przez
ludzi świeckich (pod jej prezesurą). Temu dziełu ma też służyć zakon Franciszkanek.
Relacje zakon-Towarzystwo, zakres wzajemnych kompetencji, problemy materialne, tworzyły
istną kwadraturę koła, z którą trzeba było się zmagać przy niebywale
niekompetentnej, czasem zaś wręcz niechętnej asystencji warszawskiej Kurii, lecz z
entuzjastycznym poparciem nuncjusza, potem papieża Piusa XI.
Żmudna, pokazana jakby dzień po dniu, rekonstrukcja nieprawdopodobnej przygody kresowej
hrabianki i jej dzieła to rozdział historii polskiego Kościoła, a także historii
polskiej kultury dwudziestolecia, bez którego nie sposób zrozumieć nasze czasy. Być może
ta monografia, oparta przede wszystkim na archiwach i relacjach pochodzących z wewnątrz
zakonu, mimo starannych przypisów, ukazujących szersze tło, w niewielkim stopniu
pokazuje Matkę Czacką i Laski widziane z zewnątrz. Trudno, nie można mieć wszystkiego
w jednym tomie, a i tak lektura tej książki jest fascynująca. Tym bardziej czytelnik
cierpi, potykając się co chwila o niechlujną korektę, która czasem daje efekty zgoła
absurdalne, jak w przypisie na str. 256, gdzie mowa o operacji usunięcia przez znakomitą
okulistkę, szarą urszulankę dr Woyno, zranionej podczas Powstania Warszawskiego gałki
ocznej Matki Czackiej "bez znieczulenia (środków znieczulających nie zabrakło)".
Ojciec
Lekturą dopełniającą monografię Matki Czackiej jest wznowienie wydanej po raz
pierwszy w 1978 książki dwóch laskowskich franciszkanek, s. Teresy Landy i s. Rut
Wosiek, "Ksiądz Władysław Korniłowicz". Nowe wydanie uwzględnia ukazujące
się w ciągu tych lat opracowania poświęcone bohaterowi książki. Ksiądz Korniłowicz
jest w historii Dzieła Lasek postacią ważną. We wstępie ks. Prymas Glemp nazywa go
"współtwórcą Dzieła Lasek", tak zresztą mówiła o nim Matka Czacka. Ewa
Jabłońska-Deptuła tymczasem uważa, że ten akurat tytuł mu się nie należy. Jedno
jest pewne: gdyby nie on, Laski nie byłyby tym, czym są.
Geniusz rekolekcjonisty, charyzmat docierania do wątpiących i niewierzących, idąca za
ks. Korniłowiczem sława wybitnego spowiednika sprawiły, że Laski bardzo szybko stały
się - zgodnie z ideą Matki Czackiej - miejscem otwartym nie tylko dla niewidomych na
ciele, ale i dla niedowidzących na duszy. Był teologiem Lasek, spowiednikiem, ojcem
duchownym. Choć właśnie on, wtedy akurat pełniący jakiś urząd w kurii, pomógł w
pierwszych staraniach Matce Czackiej, choć właśnie jego wybrała na kapelana Dzieła
(co gorąco zaaprobował nuncjusz Ratti, późniejszy Pius XI), to przy początkach
tworzenia Lasek go nie było. Pełnił inne obowiązki, jeździł na różne kongresy, do
Lasek mógł wpadać tylko od czasu do czasu. A jednak to on - później na stałe osiadł
w Laskach i do końca życia towarzyszył Dziełu - sprawił, że z Laskami związała się
elita polskiej inteligencji, że związały się z nimi wielkie postacie ówczesnego
katolicyzmu europejskiego, jak Maritainowie, Charles Journet i inni. Był jednym z tych,
którzy zapoczątkowali najlepszy nurt w polskim Kościele dwudziestolecia; był dowodem
na to, jak wiele może jeden człowiek wewnętrznie wolny i współdziałający z łaską.
Lektura obu książek pokazuje też problemy, spory i nieporozumienia (o poważnym
nieporozumieniu ks. Korniłowicza z Matką wspomina Ewa Jabłońska-Deptuła, nie wchodząc
w meritum sporu, siostry biografki Korniłowicza o tym milczą). Tak, historia Kościoła
(także w Polsce) nie jest historią instytucji, ale historią świętych.
A mistrzowie naszych czasów?
Z zapałem rzuciłem się na nową książkę ojca Anselma Grüna ("Anselm Grün
odpowiada na pytania") - z nadzieją, że zrozumiem, na czym polega siła przyciągania
tego niemieckiego benedyktyna, autora płodnego i poczytnego (w Polsce od 1996 roku ukazało
się dziewięć jego książek). Odpowiedź zdawała się zapowiadać nota na okładce, o
możliwości - przez lekturę tej książeczki - "przestąpienia tajemniczego świata
mnichów" i "spotkania z doświadczonym mnichem". Niestety, książka, która
ma być zapisem rozmowy i szczerych odpowiedzi zakonnika na wnikliwe pytania (Jana Paulasa
i Jaroslava Šebeka - kto to taki?), nie ma nic z klimatu rozmowy, raczej robi wrażenie
tekstu od początku do końca pisanego. Ani w pytaniach, ani w odpowiedziach ojca Anselma
nie znalazłem nic, co by wychodziło poza znane schematy. Chociaż może... np. ciekawe
wyjaśnienie - za Alice Miller - fenomenu osobowości Adolfa Hitlera i trawiącej go
rzekomo nienawiści trudnymi relacjami z ojcem oraz kompleksem nieprawego, do tego żydowskiego
po nieprawym ojcu, pochodzenia.
Chrześcijaństwo u ojca Grüna jest jakby chrześcijaństwem spoza Kościoła. Owszem, ma
on słowa uznania dla Jana XXIII, który był wizjonerem, umiał przekonać ludzi do
Soboru, ale realizacja wizji przychodziła mu z trudem, "bo chciał wszystko robić
według litery prawa kościelnego". Paweł VI otrzymuje pochwałę za inteligencję,
ale i naganę za "Humanae vitae", Jan Paweł II, choć jako kardynał
"potrafił bardzo odważnie odstąpić od własnych tradycji narodowych" (?!),
to jako papież zrobił widać dla Kościoła i wiary niewiele, jeśli jego pontyfikat można
podsumować w taki sposób: "Jest niewątpliwie bardzo silną i fascynującą osobowością
i pomimo swego wieku tryska energią. Do jego największych zasług należy to, że
ideologia komunistyczna utraciła swój wpływ... Wszystko, co mówi o sprawach
ekonomicznych i społecznych, ma charakter bardzo współczesny". Trudności ma o.
Anselm "z pewnymi tendencjami rozwojowymi, jakie obserwuje wewnątrz Kościoła",
dopuszcza jednak, że być może nie jest to wprost wina Jana Pawła II, ale działanie sił
konserwatywnych w Rzymie, które wykorzystują częste nieobecności Papieża dla własnej
gry o władzę. Jednym słowem, też winien jest Papież - po co tyle jeździ? Dziwny mi
się też wydał ten benedyktyński klasztor, w którym decyzje podejmuje się
demokratycznie. Czy to aby w zgodzie z Regułą Świętego Ojca Benedykta? O samym
opactwie nasz doświadczony mnich zresztą niewiele ma do powiedzenia. Ciekawe, że wskazówki
psychologiczne typu "bądź dobry dla samego siebie" są traktowane przez
interlokutorów jako absolutna w Kościele rewelacja.
Spory ojca Kowalczyka
Niewielką książeczkę warszawskiego jezuity o. Dariusza Kowalczyka "Między
dogmatem a herezją" przeczytałem z przyjemnością i zamierzam teraz lekturę niektórych
jej rozdziałów dawać penitentom za pokutę. Nie dlatego, że samo czytanie ich jest
pokutą, ale dlatego, że w miarę pobożne, jednocześnie rozjaśniają w głowie.
Ksiądz Kowalczyk, może dzięki temu, że od dwóch lat prowadzi forum internetowe
(www.opoka.org,pl/porozmawiajmy) mówi o sprawach ważnych i delikatnych: m.in. o tym, czy
Kościół jest święty, czy do pomyślenia jest (w przyszłości) spowiedź przez
internet, o Komunii na rękę, dyskryminacji homoseksualistów i czy można wierzyć, że
zwierzęta mają duszę i co robić z nieszczęsnymi neokatechumenami. Kowalczyk nie tylko
dobrze wybrał tematy, ale zabierając się za nie, nie umyka w pobożną gadaninę. Nie
krytykując Kościoła, mówi o tym, co jeszcze, być może, jest przed nami, jak wiele
jeszcze w Kościele jest możliwe.
Można wierzyć ojcu Kowalczykowi, można mu nie wierzyć. On sam książkę swoją
traktuje jako spór w sprawach wiary, jako refleksję nad problemami, wokół których
toczą się w Kościele spory. A Kościół - przypomina autor - nie jest instytucją, która
z góry zna odpowiedź na wszystkie pytania, choć czasem lubi sprawiać takie wrażenie.
© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl
|