|
„TP”, Nr 32 (2822), 10 sierpnia 2003, http://www.tygodnik.com.pl/ksiazki/32/ksiazka04.php
O "Historii dyplomacji polskiej X-XX w."
Smutna tradycja?

Piotr Wandycz
W chwili, gdy toczy się polemika na temat miejsca Polski w Europie, spojrzenie na całokształt
dziejów naszej polityki zagranicznej i dyplomacji wydaje się szczególnie celowe.
"Rzeczpospolita nie prowadziła nigdy żadnej konsekwentnej polityki zagranicznej -
pisał przed kilkudziesięciu laty przedwojenny poseł w Wiedniu Jan Gawroński. - Dawna
Rzeczpospolita była jedynym w Europie wielkim państwem, które pozwalało sobie na
luksus stałego odosobnienia, nigdy nie należąc do żadnej koalicji, do żadnego
szerszego systemu bezpieczeństwa, w których nawet mocarstwa szukały wspólnego
zabezpieczenia swych żywotnych interesów... Brak polityki zagranicznej, brak jasno określonego
programu państwowego bezpieczeństwa jest tradycją naszych dziejów - smutną, ale
nieprzerwaną". Ta apodyktyczna opinia zabarwiona goryczą przychodzi na myśl, gdy
otwieramy nowo wydaną "Historię dyplomacji polskiej X-XX w.". Czy istotnie
bilans jest aż tak ujemny?
Szukając odpowiedzi na to pytanie sięgamy do tego pięknie wydanego tomu liczącego
ponad 600 stron tekstu i zawierającego wielostronicowe kalendarium wydarzeń
polityczno-dyplomatycznych 1989-2001, indeksy, wybraną bibliografię i 120 fotografii.
(Niestety w bibliografii zauważamy przykre opuszczenia: np. dzieł Haleckiego i
Paszkiewicza, i pominięcie nazwiska Pobóg-Malinowskiego jako autora "Najnowszej
historii politycznej Polski").
We wstępie czytamy, że nie ma to być szczegółowa prezentacja polityki zagranicznej,
ale przedstawienie ogólnych założeń i programów tejże polityki, oraz dyplomacji, a
więc mechanizmu reprezentacji i rokowań oraz organizacji służby dyplomatycznej.
Czytelnik, który spodziewa się, że otrzyma możliwie ujednolicony wykład z naciskiem
położonym na interpretację, dozna rozczarowania. "Historia dyplomacji" jest w
istocie skrótem pięciotomowego wydawnictwa pod tym samym tytułem i o podobnym
charakterze. Autorzy są w większości wypadków ci sami. Dodajmy, że stanowią oni śmietankę
polskiej historiografii i są uznanymi autorytetami w swoich dziedzinach.
Dylematy Jagiellonów
Gdy czytamy rozdziały o okresach piastowskim i jagiellońskim, kiedy polityka zagraniczna
była domeną monarchy - dopiero od 1573 r. król nie mógł wypowiadać wojny i zawierać
pokoju bez zgody Rad Koronnych - uderza nas niesłychanie złożony charakter stosunków
międzypaństwowych. Czytelnikowi, dla którego suwerenność państwowa i wyraźnie określone
granice linearne są czymś oczywistym, trudno uzmysłowić sobie funkcjonowanie systemu,
w którym cesarstwo i papiestwo tworzyły oś, wokół której obracała się ówczesna
dyplomacja. Zawiłe zależności lenne, częste mediacje i arbitraże, rola soborów, klątwy
rzucane na monarchów (na podłożu politycznym) nie tylko przez papieży, ale i ich legatów;
banicja, którą cesarz mógł obłożyć podległy już koronie polskiej Gdańsk czy Elbląg,
dyplomacja oparta o dynastyczne mariaże, sprawiały, że ówczesna Europa była w pewnym
sensie zintegrowaną i połączoną wieloma związkami społecznością. Może warto to
przypomnieć dziś, gdy boimy się nadmiernej ingerencji czynników ogólnoeuropejskich.
Czytając te niezwykle treściwe, a nawet przeciążone materiałem rozdziały, można
stwierdzić raz jeszcze, że przeciwstawianie sobie idei czy polityki piastowskiej -
rzekomo ukierunkowanej na zachód - idei czy polityce jagiellońskiej (wschodniej) jest
ogromnym uproszczeniem. Podobnie rzecz się ma z "odwiecznym" konfliktem
polsko-niemieckim, gdy czytamy o związkach polskich władców z bawarskimi Wittelsbachami
czy saskimi Wettinami.
Władcy Polski w mniejszym lub większym stopniu dostosowywali się do istniejących układów,
starając się zachować maksimum swobody manewru. To nie rzekoma izolacja czy brak
sojuszy, ale słabość finansowo-gospodarcza i pewne opóźnienia rozwojowe sprawiały,
że nawet w okresie tak pomyślnym jak panowanie Kazimierza Jagiellończyka dyplomacja
polska była zmuszona podpisać traktat toruński z Krzyżakami, który pozostawił
nierozwiązany problem pruski, tę zmorę dziejów Polski. Konflikty zbrojne między
samymi Jagiellonami osłabiały idealizowany nieco przez Haleckiego blok państw jagiellońskich:
Polski, Litwy, Czech i Węgier. Często się o tym zapomina.
Przez stulecia powoływaliśmy się na zasługi Polski jako tarczy Europy. Marian Biskup
przypomina, że Rzeczpospolita była po raz pierwszy przedstawiana jako "mur obronny
przeciw niewiernym" dla celów dyplomatyczno-propagandowych. Jagiellonowie starali się
unikać wojny z Turcją. Widziana z dzisiejszej perspektywy a1ternatywa oparcia się o
Habsburgów i powiązania Rzeczypospolitej z systemem habsburskim może wydawać się
najbardziej atrakcyjna, ale była nierealna, gdyż szlachta za nic nie chciała Habsburga
na tronie. Jakkolwiek za ostatnich Jagiellonów pozycja Rzeczypospolitej w Europie w
dyplomacji była wysoka, zaczyna występować słabe rozeznanie sytuacji międzynarodowej
i "wishful thinking". Cecha ta zwiększa się, gdy Polska słabnie.
Organizacja polskiej dyplomacji jest przedstawiana w każdym rozdziale tej książki - choć
nie zawsze w jednolity sposób - i wnosi z pewnością wiele cennego materiału. Ale czy
musi być aż tak szczegółowa? W nawale informacji czytelnik może nie zauważyć takich
anomalii, jak to, że polityka zagraniczna Rzeczypospolitej w XVII w. pozostawała w
gestii pięciu osób plus hetmani, co musiało wpływać na jej efektywność.
Od rozbiorów do II wojny
Narastający problem moskiewski, wejście Rzeczypospolitej w "wielką politykę"
w dobie Wojny Trzydziestoletniej; katastrofa "potopu" (z tym, że najdotkliwszy
cios zadaje Brandenburgia - mści się tu nie załatwiony problem pruski), a następnie
szanse i słabości unii z Saksonią - to może najlepiej napisane rozdziały w tym tomie.
Po faktycznym zamarciu polskiej dyplomacji w okresie saskim zostaje ona odbudowana za
Stanisława Augusta, który zdaniem Jerzego Michalskiego był dyplomatą z prawdziwego
zdarzenia. Jego polityka w okresie Sejmu Czteroletniego jest przedstawiona w dodatnim świetle,
co zapewne wywoła kontrowersje.
Cezura rozbiorów sprawia, że po 1795 r. mamy do czynienia z zupełnie innego typu
dyplomacją - prowadzoną na emigracji bez oparcia o własne państwo. Jedynie podczas
powstania listopadowego i w mniejszym stopniu styczniowego istnieją namiastki organu
dyplomatycznego w kraju. Wymagało to wyodrębnienia tej części choćby przez podtytuł.
Tymczasem odpowiednie rozdziały mają w tytułach jedynie daty: 1795-1832, 1831-1860 i
1860-1914. Stwarza to mylące wrażenie ciągłości.
Geneza odzyskania niepodległości i dzieje dyplomacji Drugiej Rzeczypospolitej są
przedstawione w raczej jasnych barwach, z podkreśleniem osiągnięć polityki
zagranicznej tego okresu. Społeczeństwo nie zdawało sobie w pełni sprawy z tego, że
przy zwiększającej się słabości systemu powersalskiego i odzyskiwaniu mocarstwowej
pozycji przez Niemcy i ZSRR los Polski był przesądzony. Nie oznacza to, że polscy
dyplomaci prowadzili złą politykę zagraniczną - nie było innej alternatywy. Jednakże
może warto było podkreślić słabość Rzeczypospolitej, głównie gospodarczą, która
rzutowała na siłę zbrojną.
Rola i możliwości polskiej dyplomacji podczas II wojny światowej są przedstawione zbyt
optymistycznie. Jedyną szansą uratowania niepodległości Polski była bądź to
jednoczesna klęska Niemiec i ZSRR, na którą liczono, bądź to przekonanie mocarstw
anglosaskich, że wzrost potęgi ZSRR będzie zagrażał całemu zachodniemu światu. Choć
Churchill zdawał sobie z tego częściowo sprawę, sojusz z ZSRR, bez którego wojna nie
zostałaby wygrana, był dla niego priorytetem. Koncepcja powojennego świata Roosevelta
sprowadzała się zasadniczo do dominacji czterech mocarstw, w tym ZSRR ("czterech
policjantów"). których współpraca była koniecznym warunkiem trwałego pokoju.
Miejsce przyszłej Polski było dla prezydenta sprawą trzeciorzędną. Hipokryzja
Roosevelta była posunięta bardzo daleko i przywodzi na myśl rzekome powiedzenie
Bismarcka, że nigdy tak się na kłamie jak przed wyborami, podczas wojny i po polowaniu.
Churchill, moim zdaniem, jest w tym rozdziale potraktowany surowiej niż na to zasługuje.
Z wielu sformułowaniami i opiniami, które tu występują, nie mógłbym się zgodzić.
Ocena roli ministra Augusta Zaleskiego podczas rokowań z Majskim, którą starałem się
przedstawić w mej książce "Z Piłsudskim i Sikorskim" (zamiast niej w
bibliografii figuruje pierwsza niekompletna wersja), nie jest fair. Tzw. kryzys lipcowy
1940 i związane z nim memorandum-otwarcie wobec ZSRR nie jest uwzględniony. Józef
Retinger jest wspomniany mimochodem. Teza, że MSZ sabotował politykę Sikorskiego, jest
co najmniej kontrowersyjna. Presja Waszyngtonu na rząd brytyjski, by w umowie z ZSRR
pomijał sprawy graniczne, nie była z pewnością powodowana troską o Polskę. Czy
uwaga, że po Katyniu dyplomacja polska winna była skorygować swą linię polityczną
wobec ZSRR oznacza, że należało przyjąć sowieckie warunki i w praktyce podporządkować
się Moskwie? Krytyka rządu Arciszewskiego, który był w istocie rządem "protestu
narodowego", nie jest słuszna.
Dyplomacja czy "aparat"?
Ostatni rozdział pt. "Dyplomacja polska w latach 1944-1989" pióra Józefa Kukułki
nie ma związku (w odróżnieniu od pozostałych) z pięciotomową "Historią
dyplomacji polskiej", gdyż ta nie wykracza poza rok 1945. Mówiąc oględnie, czytałem
go z mieszanymi uczuciami.
Przede wszystkim należało zaznaczyć choćby w tytule - dyplomacja PRL czy Polski
Ludowej - że nastąpiła przerwa w ciągłości. Autor nie stara się przedstawić
teoretycznej podbudowy komunistycznej polityki zagranicznej, jaką daje Alfred Lampe. Nie
stawia kluczowego pytania, które z działań warszawskiej dyplomacji na płaszczyźnie
ONZ, Europy czy krajów eks-kolonialnych - autor skrupulatnie je wylicza - leżało w
interesie narodu i państwa polskiego. Czy istniał jakiś margines swobody i w jakim
stopniu był wykorzystywany? Do jakiego stopnia można traktować ministra spraw
zagranicznych i jego coraz bardziej upartyjniony resort za "normalne"
ministerstwo, a do jakiego stopnia za "pas transmisyjny" przekazujący dyrektywy
Biura Politycznego?
Autor pomija milczeniem niewygodne sprawy, jak stanowisko MSZ w przygotowaniach do inwazji
Czechosłowacji w 1968. Prześlizguje się nad czystkami w 1968 roku, którym sprzeciwiał
się Rapacki. Nie mówi nic o trudnościach w trójkącie Moskwa-Pankow-Warszawa w okresie
Chruszczowa, które jeden z historyków zachodnich określa mianem "zimnej
wojny" wewnątrz bloku.
Wspominając stan wojenny, Kukułka nie zauważa dramatycznego zerwania Romualda
Spasowskiego (ambasadora PRL w Stanach Zjednoczonych) z reżymem. Chwali natomiast
dyplomację polską za aktywność w ONZ "w sprawie ochrony i rozwoju praw człowieka".
W tekście jest więcej takich kwiatków. Autor szafuje określeniami takimi jak
"wasal", "klient", "ograniczona suwerenność" itp. dla określenia
zależności PRL od Sowietów. Niemniej jego rozdział robi wrażenie sprawozdania z
czynności aparatu dyplomatycznego lat 1945-89, pisanego z perspektywy ówczesnego MSZ. Próbką
stylu może być zdanie z ostatniego akapitu: "Weryfikacji przedstawionych uwarunkowań
i czynników sprawczych dyplomacji polskiej okresu "realnego socjalizmu" dokonał
przełom ustrojowy 1989 roku. Pokojowa rewolucja solidarnościowa rozpoczęła bowiem
proces zasadniczych przewartościowań elementów polskiej neopolityki państwa w środowisku
międzynarodowym oraz jej strategii cząstkowych" (s. 607).
Pisał ks. Adam Czartoryski: "Rolą emigracji jest być na zewnątrz okiem kraju,
jego rzecznikiem przed opinią publiczną i rządami... nawiązywać i rozwijać też z
obcymi państwami stosunki, które Polsce dopomóc mogą i do jej wydobycia się z
niewoli, i do jej niepodległego w przyszłości życia i działania". Niestety,
emigracyjna dyplomacja sui generis po II wojnie - opisana m.in. przez Pawła Machcewicza
("Emigracja w polityce międzynarodowej", t. II opracowania "Druga Wielka
Emigracja 1945-1990", Warszawa 1999) - nie istnieje w "Historii dyplomacji
polskiej". Można z tego powodu jedynie wyrazić ubolewanie.
8 * *
Przegląd dziesięciu wieków polskiej dyplomacji - wzlotów i upadków, ciągłości i
jej przerw, gospodarczo-finansowych braków, efektywności kierownictwa dyplomacji - w
formie dostępnej dla szerszego grona czytelników nie jest z pewnością łatwy. Fakt, że
nie otrzymaliśmy całościowej syntezy, nie jest winą autorów, z których prawie
wszyscy przedstawili swą tematykę w sposób wnikliwy i wartościowy. Założenia i
konstrukcja tomu nie pozwoliły jednak na malowanie szerokim pędzlem przejrzystego
obrazu, który mógłby inspirować tak potrzebne i trudne dziś zadania, jakie stoją
przed dyplomacją III Rzeczypospolitej.
© 2003 Tygodnik Powszechny. Kontakt: redakcja@tygodnik.com.pl
|